Czarnogóra na liście UNESCO. Kotor - włoskie usta Czarnogóry

Podobno Dubrownik jest najpiękniejszym miastem po słowiańskiej stronie Adriatyku. Jednak po wycieczce do Czarnogóry, zaledwie 70 km na południe, łatwo w to zwątpić
Kotor swoim położeniem zostawia w tyle wszystkie dalmatyńskie miasta. Ulokował się na samym krańcu zatoki powstałej z zatopionych przez morze dwóch podłużnych równoległych dolin, które w środkowej części łączy wąski przesmyk. Pejzaż budzi skojarzenia z Norwegią, toteż Czarnogórcy chwalą się jedynym na południu Europy fiordem Boką. Ta wywodząca się z włoskiego nazwa nawiązuje do kształtu zatoki, która z lotu ptaka wyraźnie przypomina wielkie usta (wł. bocca). A nie trzeba mieć skrzydeł, żeby ją móc z takiej perspektywy oglądać.

***

Hotel, w którym zamieszkaliśmy, okres świetności miał dawno za sobą, ale kiedy wyszliśmy na taras, przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. Przed nami widać było wąską rynnę zatoki, hen, daleko zamkniętą skalistym łańcuchem górskim. Równie strome wzgórza ciągnęły się wzdłuż jej brzegów - po prawej pasmo Dobroty, po lewej Vrmac. Tylko na wąskim pasku lądu nad samą wodą widać było wianuszek miejscowości. Niemal w bezpośrednim sąsiedztwie hotelu, przycupnięty u stóp góry Sveti Ivan, leżał stary Kotor - białe kamienne domy i morze czerwonych dachówek. Mury obronne opasujące miasto wspinały się po zboczu aż na szczyt, do górującej nad okolicą twierdzy. Ale prawdziwa niespodzianka czekała na nas wieczorem: w górze zalana ciepłym żółtym światłem twierdza, w dole rozświetlone miasteczko, a pomiędzy nimi rozpięte mury, bastiony i blanki połyskujące nierealnym seledynowym blaskiem.

W zatoce ruch bywa duży. Dzień i noc w porcie naprzeciw murów miejskich mijają się statki wycieczkowe, regularnie przypływające z Budvy, Herceg Novi i z Dubrownika. Większe często mają włoską banderę, a wiele z cumujących w porcie luksusowych jachtów to jednostki brytyjskie, kanadyjskie i amerykańskie.

Dzięki stateczkom dyżurującym naprzeciw bramy morskiej można za przystępną cenę obejrzeć miasto i okolicę z wody. W ofercie są dwa warianty wycieczek, w obu przypadkach jednak główną atrakcją jest panorama Kotoru i górującego nad nim szczytu (przejażdżka ze zwiedzaniem Perastu i wyspy Gospa od Škrpjela - 6 euro).

***

Najwspanialszy widok na miasto i całą Bokę roztacza się z drogi do Cetyni, dawnej stolicy Czarnogóry. Ryzykownymi serpentynami wije się zboczem masywu Lovcen, aż do przełęczy Krstac (926 m n.p.m.). Cierpiących na lęk wysokości pokonywanie karkołomnych zakrętów z malowniczą, ale prawie bezdenną przepaścią u stóp może przyprawić o atak histerii. Tym bardziej że poboczy praktycznie nie ma, a drogę upodobały sobie wałęsające się samopas krowy. Miejscowym kierowcom rogate wędrowniczki zupełnie nie przeszkadzają. Nie zauważyłem ani śladu irytacji, gdy pojawiały się niespodziewanie za ostrym zakrętem i wymuszały gwałtowne hamowanie.

Jeśli nie mamy ochoty na takie ekscesy, można wybrać pieszą wspinaczkę do twierdzy na szczycie Sveti Ivan (wstęp 1 euro). Przewodniki mamią obietnicą, że z poziomu morza na wysokość 260 m n.p.m. dotrzemy w 20 minut - nam udało się w tym czasie pokonać ledwie trzecią część drogi. Gdy wspięliśmy się do XVI-wiecznej cerkwi Matki Boskiej od Zdrowia (Gospa od Zdravlja), na podziwianie zabytku nie mieliśmy już siły (większe wrażenie robiły na nas napoje sprzedawane wprost z turystycznej lodówki).

Na szczycie nagroda - wspaniała panorama okolicy. Dopiero stąd można dostrzec charakterystyczny trójkątny kształt starego miasta wciśniętego między masyw Dobroty, do którego należy Sveti Ivan, brzeg morski i rzekę Škudrę. Szacunek budzą potężne mury miejskie. Mają 4,5 km długości, ich grubość waha się od 2 do 15 m, a wysokość w niektórych miejscach dochodzi nawet do 20 m. Najstarsze fragmenty pochodzą z IX w., a ponieważ poprawki i naprawy przeprowadzano jeszcze w wieku XX, można uznać, że wznoszono je ponad tysiąc lat! Większość jednak zbudowali za swojego panowania Wenecjanie.

Wcześniej mieli tu siedzibę Ilirowie, którzy wznieśli pierwszą twierdzę na szczycie. Później Grecy założyli tu handlowy port Akurion. W 168 r. p.n.e. zastąpili ich Rzymianie i pozostali prawie sześć wieków. Miasto nazwali Acruvium. Po upadku zachodniego Cesarstwa Rzymskiego aż do XII w. Kotor, znany wtedy jako Decatera, był jedną z najważniejszych twierdz bizantyjskich nad Adriatykiem. Przez następne dwa stulecia pełnił zaś funkcję głównego portu serbskiego państwa Nemanjiciów, by później przez niemal wiek cieszyć się autonomią. W 1420 r. dobrowolnie z niej zrezygnował i na ponad trzy i pół wieku stał się częścią Republiki Weneckiej - nazywał się wtedy Cattaro. Gdy kupiecka Republika św. Marka upadła, zaczął się prawdziwy kalejdoskop: trzy lata panowała Austria, rok Rosja, sześć lat napoleońska Francja, od 1814 r. do końca pierwszej wojny światowej znów Austria, a potem Austro-Węgry. Po upadku cesarstwa Habsburgów Kotor znalazł się w granicach Czarnogóry jako część Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, po kilku latach przemianowanego na Królestwo Jugosławii. To, co dalej, jest już powszechnie znane.

***

Do opasanego murami starego miasta można się dostać na trzy sposoby. Najstarsza droga prowadzi przez bramę południową, zwaną też Vrata od Gurdicia od znajdującego się w pobliżu źródła. Pochodzi ona z XI w. i jest najsolidniejsza, bo zabezpiecza ją zwodzony mostek i trzy pary wrót. Na przeciwległym krańcu miasta znajduje się brama północna wzniesiona w XVI w. po udanej obronie Kotoru przed flotą Barbarossy. Trzecia, główna brama, wychodzi na zatokę i dlatego zwana jest Morską. Do XIX w. dostęp do niej możliwy był tylko łodzią, gdyż mury znajdowały się nad samym brzegiem Boki. Dziś ciągnie się tu wysadzana palmami promenada.

Po przekroczeniu Bramy Morskiej wchodzimy na podłużny dziedziniec zwany placem Broni (Trg od oružja), gdzie niegdyś znajdował się austriacki arsenał. Na wprost bramy stoi wenecka wieża z 1602 r., na której w czasach napoleońskich okupujący miasto Francuzi zamontowali działający do dziś zegar. Przed nią średniowieczny słup wstydu, czyli miejski pręgierz w kształcie piramidy. Wszystkie budynki wzniesiono z białego kamienia, który, wyślizgany tysiącami stóp, mamy również pod nogami.

***

Nie ma znaczenia, w którą stronę się stąd udamy. Jeśli nie zrobiliśmy wcześniej rozpoznania, na pewno czeka nas błądzenie labiryntem wąskich uliczek i nieregularnych placyków. Orientacji nie ułatwia brak nazw ulic - patrona mają tylko ważniejsze place. Tak jest od czasów średniowiecza, kiedy powstał układ przestrzenny miasta. A ponieważ na dodatek Kotor należy do nielicznych miast na terenie dawnej Jugosławii, które zachowały nietknięte oryginalne mury obronne, w 1979 r. wpisano go na listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO.

Wieczorami życie z ciasnych kamieniczek przenosi się na niewiele przestronniejsze uliczki, na które ludzie wynoszą stoły i krzesła, by zasiąść do kolacji. Dzieci grają w piłkę, a panie domu plotkują z sąsiadkami. Włócząc się po ciemnych zakamarkach, ma się trochę krępujące wrażenie spacerowania po mieszkaniach.

Ze starannie odnowionymi kościołami i kamienicami z mnóstwem knajpek na parterach sąsiadują budowle zaniedbane i proszące się o remont. Ale nawet te ostatnie mają niewątpliwy urok, a często potrafią zaskoczyć. Przykładem może być kościół św. Franciszka z 1668 r., niedaleko bramy południowej. Poważnie uszkodzony podczas trzęsienia ziemi w 1979 r. do dziś straszy swoim wyglądem. Tyle że za zrujnowaną fasadą ukrywa ekskluzywną restaurację umiejętnie wykorzystującą ocalałe z kataklizmu piwnice i dziedzińce.

***

Wróćmy jednak na plac Broni. Niemal całą jego zachodnią pierzeję zajmuje XV-wieczny Pałac Książęcy z charakterystycznym balkonem, który ciągnie się wzdłuż całej 55-metrowej fasady. Kiedyś była to siedziba namiestników weneckich, czyli najwyższej władzy w mieście. W sąsiedztwie stoi XVIII-wieczny Pałac Rady Miejskiej, który okupujące Kotor wojska francuskie przekształciły w teatr, stąd jego do dziś używana nazwa - Napoleonovo Pozorište. Spektaklu tu już nie obejrzymy, ale warto skusić się na lody w kawiarni na parterze.

Z Placu Broni skręcamy w uliczkę obok hotelu Vardar. Po kilku krokach gablota zakładu fotograficznego. Na starych dagerotypach mundury ck-monarchii i sumiaste wąsy oficerów. W kiosku przed Bramą Morską jegomość w kaszkiecie kupuje gazetę, dama w jasnej sukni z gorsetem czeka na niego kilka kroków dalej, bawiąc się parasolką. Staromodny krój liter na szyldach po niemiecku i serbsku, ale place i zaułki zupełnie takie jak dziś.

Kilkadziesiąt metrów za zakładem fotograficznym uliczka przechodzi w niewielki plac Mączny (Trg od brašna), który nazwę zawdzięcza zapasom gromadzonym tu niegdyś dla wojska. Poczerniała fasada trochę zaniedbanego barokowego pałacu rodziny Pima gdzie indziej byłaby sporą atrakcją turystyczną, tu raczej nie przyciąga uwagi. Miejsce jest ruchliwe, ale mało kto przysiada w ogródku jedynej kawiarenki. Przechodnie spieszą na główny plac miasta - plac Powstania Morskiego (Trg Ustanka mornara), który miejscowi nazywają też imieniem świętego Trypuna. Najważniejszą budowlą jest monumentalna katedra pod wezwaniem tego pochodzącego z Azji Mniejszej świętego (wstęp 0,50 euro, o ile akurat ktoś pobiera opłaty). To najbardziej znany zabytek romańskiej architektury w Czarnogórze. Święty Trypun jest również patronem miasta. Co ciekawe, kotoranie kupili go na początku XIX w. od weneckich kupców, którzy schronili się przed sztormem w jednej z zatok pobliskiego półwyspu Luštica. Zaraz potem ruszyła budowa poświęconej mu katedry.

Z tego właśnie czasu pochodzi kamienny sarkofag i chrzcielnica w głównej nawie oraz relikwie ze szczątkami św. Trypuna przechowywane w skarbcu (wstęp 1 euro). Dla Polaków bardziej interesujący będzie zapewne skromny drewniany krzyżyk, którym papieski wysłannik Marco d'Ariano miał błogosławić wojska Sobieskiego ruszające do boju pod Wiedniem.

Zainteresowani historią powinni zajrzeć do położonego naprzeciwko katedry Archiwum Historycznego, w którym przechowywane są dokumenty dotyczące Kotoru - najstarsze pochodzą w 1309 r. (wstęp 2 euro).

Po północnej stronie placu leży gotycki Pałac Drago. Wybrawszy uliczkę obok niego, po chwili mijamy skwer zastawiony kawiarnianymi stolikami. Między nimi drugi symbol Kotoru - XVII-wieczna studnia Karampana otoczona kutym ogrodzeniem. Wyróżnia ją wymyślny mechanizm pozwalający bez wysiłku wprawić w ruch jej ogromne ramię.

***

Stąd jedna z najwęższych uliczek w mieście prowadzi nas na Trg Bokeljske mornarice, który wita przybysza gwarem niczym rój pszczół wiszącym nad dziesiątkami stolików. Zanim stąd uciekniemy, zaglądamy do Muzeum Morskiego w Pałacu Grgurin, by obejrzeć odtworzone XIX-wieczne salony znamienitych rodów Kotoru i innych miast Boki oraz stare mapy i ryciny (wstęp 2 euro).

Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, na bezimiennym placu przy bramie północnej, stoi jednonawowa romańska kolegiata Najświętszej Marii Panny, z powodu położenia zwana też św. Marią z Rzeki (Sveta Marija od rijeke). Zabytek, w którym zachowały się fragmenty fresków - formalnie bizantyjskich, dogmatycznie zaś katolickich - zdaje się nie budzić specjalnego szacunku okolicznych mieszkańców. Plac wokół świątyni to królestwo bezpańskich psów i kotów przyciąganych przez resztki z restauracji rybnej. Miejsce jest kameralne i niewielu turystów tu dociera. Nieliczni szybko znikają w uliczce zaczynającej się pod łukiem ozdobionym skrzydlatym lwem, symbolem Republiki Weneckiej. Tędy prowadzi jedna z dwu dróg do twierdzy. Na fasadzie sąsiadującej z przejściem kamienicy odnajdziemy wyrzeźbiony w kamieniu emblemat apteki z 1326 r., podobno jednej z pierwszych w Europie, poza Włochami.

Spod apteki w kilka minut docieramy na plac Braterstwa i Jedności. Dominują nad nim wieże neobizantyjskiej cerkwi św. Mikołaja z dużym zbiorem ikon (wstęp 2 euro).

Jednak znacznie sympatyczniejsze wrażenie robi stojąca na środku placu jednonawowa romańsko-bizantyjska cerkiewka św. Łukasza. Tablica przy wejściu głosi, że ufundowało ją w 1192 r. małżeństwo Kacafrangi. Do połowy XVII w. kościół służył katolikom, później przekazano go prawosławnym, ale łaciński ołtarz pozostawiono do 1812 r. Długo odprawiano tu na zmianę nabożeństwa obu obrządków. Tę otwartość odczuwa się do dziś - pop przyjaźnie zagaduje każdego, kto zagląda do cerkwi, a jej wrota są gościnnie otwarte na oścież do późnej nocy.

Podążając za strumieniem turystów, wracamy na plac Broni. Wieczór dopiero się zaczął, teraz kolej na poszukiwanie miejsc dostępnych wytrwałym łazikom. Nasze ulubione leży na uboczu. To kameralny trójkątny placyk na tyłach katedry św. Trypuna. Tu wieczorami miewa próby orkiestra dęta, jest też rodzaj squatu, kolonii artystów i niebieskich ptaków na parterze dawnego austriackiego więzienia. Wejście zdobi zbieranina dziwnych rekwizytów: flaga dawnej Jugosławii, wielkie pięcioramienne gwiazdy, świerki i palmy w starych beczkach, wiekowe parowe urządzenia niewiadomego przeznaczenia... W samo południe, w apogeum letniego skwaru, z okien zwykle sączył się leniwie jazz albo ballady Paolo Contego. Kamienna ławeczka pozostawała jeszcze w cieniu, a spragnionych ze środka placyku zapraszała zabytkowa pompa z pitną wodą. Wystarczyło tylko poruszyć jej długim ramieniem.

Warto wiedzieć

•  Dojazd. Bezpośrednio tylko w sezonie autokarem z biurem podróży - bilet w obie strony 350-400 zł (dodatkowa atrakcja to przejazd przez Bośnię i Hercegowinę). W podobnej cenie lot do Dubrownika (np. z Centralwings), dalej autobusem: do czarnogórskiego Herceg Novi, a stamtąd do Kotoru (2,5-3 euro) - kursują bardzo często.

•  Waluta. W 2002 r. euro zastąpiło w Czarnogórze niemiecką markę; karty są prawie bezużyteczne, trzeba przywieźć gotówkę.

•  Noclegi. Hotele są drogie, np. Fiord - najtańszy nocleg od 120 euro, Marija - najtańsza dwójka ze śniadaniem - ok. 70, Vardar - od 40. Znacznie tańsze są pensjonaty i kwatery prywatne - nocleg bez śniadania od 5 euro. Niestety, w Kotorze jest ich mało, znacznie większe możliwości są w pobliskiej Budvie - od 7 euro.

•  Jedzenie i picie. W kawiarniach i restauracjach na Starówce: kawa - 1-2 euro, piwo - 2-3, lampka wina - ok. 1,50, obiad - od 6-7, pizza - od 5, burek z mięsem lub serem - ok. 0,70. W sklepach spożywczych ceny podobne do polskich.