Kolumbia Brytyjska. Ogród Vancouver

Nie ma tu zimy, ale można jeździć na nartach. Wabią plaże i piękny Park Stanleya. Dla Kanadyjczyka raj na ziemi
Pisząc o British Columbia (w skrócie BC), myślę głównie o Vancouver z przyległościami, o krainie wokół Kelowny i o Victorii. To najludniejsze części tej prowincji leżącej między Górami Skalistymi i Pacyfikiem, bogatej w piękne lasy i widoki, które mogą przyprawić o zawrót głowy.

***

Tzw. zima w Vancouver to głównie deszcz, deszczyk, mżawka. Zimna wilgoć wisi w powietrzu. Temperatura rzadko spada poniżej zera, a śnieg leżący dłużej niż pięć minut jest ewenementem. Wiosna za to przychodzi wcześnie, bo też daleko nie odeszła, i trwa długo. W burej i deszczowej okolicy "wybuchają" kwietniki, a że mieszkańcy BC lubią ogrody, ogródki, rabaty i klomby, nie ma większej przyjemności, niż patrzeć na szalejące kwiaty: krokusy, tulipany, hiacynty, żonkile, frezje, bratki. Kwitną krzewy rododendronu, azalii, hortensji, forsycji, budzą się wisterie, bzy, i co tam kto ma przed domem.

Najpiękniejszy jednak widok to ulice Vancouver przystrojone w kwitnące drzewka japońskich wiśni. Jest ich tu chyba tyle, co w Japonii. Każde ma kwiaty w innym odcieniu bieli i różu. Kiedy zawieje wietrzyk, na głowy przechodniów sypią się delikatne, wonne płatki. Są i rajskie jabłonie, które kwitną w tym samym czasie, ale kwiaty mają w różnych odcieniach czerwieni. Wcześnie budzą się ze snu krzewy różane, klematisy i inne cudeńka, których nie zliczę. Bez przesady można powiedzieć, że Vancouver to jeden wielki ogród.

***

Moje zachwyty nad brakiem mrozu i śniegu mogą sugerować, że amatorzy zimowych atrakcji cierpią w Vancouver. Nic dalszego od prawdy. W północnej części miasta czekają na nich prawdziwe trasy zjazdowe na Grouse Mountain lub w Mount Seymour Park, we wschodniej - Hemlock Valey i Manning Park Resort z trasami zjazdowymi i przełajowymi. Kto ma ochotę na blisko dwugodzinną wycieczkę piękną Sea to Sky Highway, a potem na spore narciarskie wrażenia, wybiera się do Whistler (w 2010 r. odbędzie się tu część olimpiady zimowej) - prócz świetnych zjazdów, widoki jak z bajki.

Okolice Whistler to idealne miejsce dla wielbicieli natury. Można wypatrzyć niedźwiedzia czarnego, a nawet grizzly, pumę, jelenia czy zwyczajne świstaki. Nazwa Whistler pochodzi właśnie od świstaków - dawno temu gwizdały ich tutaj tysiące. Cuda nieposkromionej przyrody najlepiej oglądać w grupie prowadzonej przez doświadczonych przewodników na Nature Tour. Nie życzę nikomu spotkania oko w oko z niedźwiedziem czy pumą, ale niezapomnianych wrażeń dostarczy obserwowanie tych zwierząt w bezpiecznym oddaleniu ze specjalnej platformy.

W Whistler są również wspaniałe szlaki dla rowerzystów przełajowych i wędrowców. River of Golden Dreams, Alta Lake i Green Lake to idealne miejsca do oglądania natury z pokładu kajaka lub kanoe. Ptaków i gadów żyje tu wiele, a są też niespotykane nigdzie indziej starodrzewy i mokradła z rzadką florą i fauną.

Ziemia wokół Whistler od tysięcy lat należała do Indian zwanych w Kanadzie First Nations. Squamish i Lil'wat, potomkowie nomadycznego plemienia Salish, zgłaszają prawa do terenów aż do obecnego północnego Vancouver. Squamish będą uczestniczyć w organizowaniu przyszłej olimpiady zimowej - ich tkacze np. przygotowują stroje dla ekipy kanadyjskiej. Za blisko dwa lata zakończy się budowa centrum kulturalnego, gdzie będzie można poznać tradycje plemion z okolic Whistler. Częścią wystawy będzie longhouse, długi dom wielorodzinny w stylu z czasów przed przybyciem białych, a w nim warsztaty i pracownie artystów. Członkowie plemienia zabiorą gości na spacery przez starodrzew, ogród botaniczny i ogród totemów.

***

Wielką atrakcją Vancouver są plaże. Wygrzewać się na piasku i pływać najlepiej latem, ale cały rok można spacerować i wdychać wspaniałe morskie powietrze. Pływa się np. wzdłuż English Bay, bowiem zatoka ozdobiona jest plażami od West Point Grey aż do Parku Stanleya. Wszystkie są łatwo dostępne i dobrze zagospodarowane. Drzewa osłaniają plaże od lądu, co dodaje im uroku.

W Vancouver można popływać na żaglówkach i kajakach morskich, a odważni niech spóbuję white-water rafting, czyli pływania na tratwach po spienionych wodach rzek Lillooet, Fraser i Thompson. Rybacy będą mogli opowiadać o złowionych taaakich rybach: łososiach, pstrągach, jesiotrach.

Rowerzyści mają w Vancouver używanie przez cały rok. Rowerem dojedzie się wszędzie, a jest to jazda urozmaicona, bo teren bywa pofałdowany, a drogi ocienione starymi drzewami. Wszędzie są ścieżki rowerowe i rowerzystów traktuje się na równi z innymi użytkownikami jezdni (wiem to z najlepszego źródła - mój mąż uwielbia ten rodzaj rekreacji).

W Vancouver, gdziekolwiek się ruszyć, ktoś biega albo podbieguje. Na kortach pełno wielbicieli tenisa (dostępny przez cały rok). Boiska sportowe roją się od młodszych i starszych piłkarzy; w sporcie tym, zwanym tu socceri, przodują raczej dziewczęta. Boiska do baseballu też nie świecą pustkami. Na plażach bardzo popularna jest siatkówka.

***

Wielbicielom pięknych widoków polecam przejażdżkę kolejką linową na Grouse Mountain. Ze szczytu (kwadrans samochodem od centrum) jak rok długi można podziwiać widok niezwykły - spotkanie morza i gór. Z wysokości prawie 1200 m widać też miasto i piękny park na zboczach góry. Można zjeżdżać na nartach, ślizgać się na łyżwach albo wędrować.

Atrakcją turystyczną jest most (suspension bridge) w Capilano, długi na 137 m i wiszący 70 m ponad wąwozem, ze wzmocnionych stalowymi linami desek z czerwonego cedru i z poręczami po obu stronach. Most huśta się pod stopami, najlepiej więc idąc, nie patrzeć pod nogi, tylko podziwiać piękny starodrzew (rainforest) i wartki strumień na dole. Nie jest to zajęcie dla ludzi o słabych nerwach i z lękiem wysokości, ale wrażenie niezapomniane.

Jeśli ktoś nie boi się wysokości, polecam też jedyną w Ameryce Północnej wędrówkę z perspektywy wiewiórek - Treetops Adventure. Spacer po wierzchołkach jodeł Douglasa odbywa się 30 m ponad poziomem lasu, dzięki specjalnej konstrukcji zbudowanej przez inżynierów i leśników.

***

Powrót do cywilizacji i nowa przyjemność - Granville Island, a zwłaszcza wielka hala Rynku (Market). Wabią nas nigdzie indziej niespotykane smakołyki, wyroby miejscowych artystów i rzemieślników, gustowne pamiątki. Co wybredniejsi mieszkańcy Vancouver tu właśnie zaopatrują się w świeże pieczywo, owoce, warzywa, mięso, sery i wędliny, czyli we wszystko. Można też zjeść w wyśmienitej restauracji z pięknym widokiem na przystań i miasto. Polecam The Sandbar pod mostem idącym ul. Granville. Budynek, w którym się mieści, jest architektonicznie intrygujący: szkło, beton i drzewo zgrabnie się łączą, przypominając dom-łódź (dwa piętra i dużo stolików). Serwują przez cały dzień świeżo złowione pyszności: dzikiego łososia, krewetki, małże i muszelki, i - podobno najsmaczniejsze na świecie - kraby łowione nieopodal Dungeness w stanie Washington, tuż na południe od BC. Widok z okien drugiego piętra wart jest równie dużo, co morskie dania.

Po restauracjach najlepiej widać, że Vancouver jest miastem-kosmopolitą. Chyba nie ma kuchni, która nie byłaby dostępna, jeżeli firma jest czegoś warta oczywiście, bo stali mieszkańcy i goście są wybredni. Jeżeli restauracja ma jedynie ciekawy wystrój, wabiącą nazwę i dobre położenie, to nie zagrzeje miejsca. Krajobraz restauracyjny zmienia się często i przeżywają tylko najlepsi. Najwięcej jest kuchni orientalnych: chińska, koreańska, wietnamska, tajska, japońska. Restauracji chińskich jest naprawdę dużo, zwłaszcza gdy uwzględnić malutkie jadłodajnie, gdzie jadają niemal wyłącznie Kanadyjczycy chińskiego pochodzenia. W niektórych trudno porozumieć się po angielsku czy po francusku i, choćby wypatrywać przez długi czas, nie zobaczy się niechińskiej twarzy. Jada się w takich miejscach wyborne zupy ryżowe, kluski i inne smakowitości. Można pójść do jednej z restauracji Kirin, powstałych 20 lat temu, np. do Kirin Mandarin na Alberni Street, która specjalizuje się w kuchni z północnych Chin. Przysmaki kantońskie podają w Kirin Seafood na Cambie Street.

Pośród restauracji japońskich prym wodzi Tojo's na 133 West Broadway. Jedni uważają, że to najlepsza japońska restauracja w Vancouver, inni twierdzą, że najlepsza w Kanadzie, a jeszcze inni, że najlepsza w całej Ameryce Północnej. Niektórzy mówią, że to najdroższa japońska restauracja w mieście, inni, że najtańsza pięciogwiazdkowa restauracja na kontynencie. Nawet co do menu bywalcy Tojo's nie mogą się pogodzić. Jedni zachwycają się sushi, inni potrawami gotowanymi. Żeby jeszcze bardziej skołować szanownych czytelników, dodam, że jada się tu również doskonały seafood, wołowinę i kurczaki.

Wiele jest restauracji hinduskich. Bardzo wysoko ceni się Vij's na 1480 11th Avenue West - oferuje potrawy charakterystyczne dla wszystkich rejonów Indii, szykowane z miejscowych produktów, ale wedle zasad hinduskiej sztuki kulinarnej.

Nie brakuje również starej europejskiej tradycji, a zwłaszcza klasycznych restauracji francuskich. Vancouverczycy polecają szczególnie Le Crocodile na 100-909 Burrard Street, o profilu alzackim. Z drugiej strony modny i ceniony jest styl mieszany (fusion) - np. kuchnia w Lumier's na 2551 West Broadway jest smakowitym tworem powstałym z tradycji francuskiej, włoskiej, japońskiej, chińskiej, oferuje też potrawy wegetariańskie.

Na wzgórzu w Queen Elizabeth Park znajduje się restauracja Seasons in the Park. Poza znakomitymi potrawami mamy - dzięki przeszklonym ścianom - nadzwyczajny widok na Vancouver, góry na północnym brzegu i Pacyfik. Kuchnia to specyficzna, lokalna, z północno-zachodniego wybrzeża BC. W ciągu niemal 20 lat zawitali tu m.in. prezydenci Jelcyn i Clinton, tu karmiono Komitet Olimpijski, kiedy miasto ubiegało się o prawo goszczenia olimpiady zimowej w 2010 r.

***

Vancouver jest miastem wyrzeźbionym z lasu, czego widomym dowodem jest Stanley Park, "ojciec" wszystkich tutejszych parków, znany na całym świecie. Dwa lata temu bardzo silny huragan zniszczył wiele starych drzew. Straty były ogromne, trzeba było zamknąć niektóre szlaki, bo połamane lub wyrwane z korzeniami drzewa uniemożliwiały wędrówkę. Ale dzięki wielbicielom Parku i rządowi BC już niemal doprowadzono wszystko do porządku. Dopóki istnieje on w czystej, niezmienionej formie, dopóty pamięć o lasach przetrwa i Vancouver będzie zachwycać swoją urodą. Park leży na półwyspie i zajmuje jego najbardziej oddaloną od lądu część. Znam miłośników Parku, którzy bez wahania radzą, żeby, mając jeden dzień na oglądanie Vancouver, spędzić go na tym 400-hektarowym półwyspie. Zwiedzanie najlepiej rozpocząć od wynajęcia roweru albo rolek, po czym udać się na sześciomilową trasę okrężną z krótkimi skokami w bok.

Trasa wiedzie uliczką Stanley Park Drive, natomiast duża ulica przecina Park, prowadząc z centrum, od końca ul. Georgia, przez sławny most Lion's Gate do Północnego Vancouver. Wita nas popiersie patrona Parku, lorda Stanleya. Skokiem w bok na Pipeline Road dostaniemy się do ogrodu różanego, a kiedy akurat róże kwitną... Ba! Za ogrodem placyk zabaw dla dzieci i pawilon, gdzie można coś zjeść. Wracamy na Stanley Park Drive. Po prawej mijamy budynek klubu wioślarskiego. Z tego miejsca przy odrobinie szczęścia można obejrzeć lądowanie wodnopłatowca na wodach Coal Harbor. Trochę dalej mieści się klub żeglarski. Skrót przez Avison Way prowadzi do Vancouver Aquarium i na mały kompleks sportowy Brockton Oval. Aquarium to muzeum morskie i jeden z ulubionych celów wycieczek rodzinnych w weekend (mój mały wnuczek szaleje za tą rozrywką). Po powrocie na "obwodnicę" mijamy po prawej rezerwową bazę morską na Deadman's Island (Wyspa Umarlaka) - kiedyś było tam podobno cmentarzysko indiańskie. Odrobinę dalej po lewej totemy indiańskie, które warto obejrzeć z bliska. Tuż obok, z cypla Hallelujah Point, widać niesłychanie piękną panoramę centrum miasta. Odrobinę dalej zobaczymy... działo w klatce. Jak głosi plotka, inżynierowie z Uniwersytetu BC dla żartu wykradli tę niezbędną dla prawidłowego funkcjonowania miasta armatę - oddaje się z niej salwę co wieczór o dziewiątej.

Rzut oka na latarnię morską na Brocton Point i widok zmienia się całkowicie - pojawiają się żółte hałdy siarki na tle dalekich gór. Siarka zasłania Północne Vancouver, ale na szczęście nie zasłania gór. Jedziemy dalej. W połowie drogi do Prospect Point mamy Lumberman's Arch (Łuk Drwala), gdzie latem park wodny przyciąga nie tylko dzieci. W Prospect Point, tuż pod mostem Lion's Gate, trzeba popatrzeć na szalenie widowiskowy most, a także na północny brzeg. W kawiarence (zwykle pełnej) można coś przegryźć i odpocząć przed dalszą podróżą.

Zachodnia strona Parku to głównie plaże. Dwie z nich nazywają się nudno - Trzecia Plaża i Druga Plaża. Na Drugą lubią się wybierać rodziny z dziećmi, bo jest tu basen ze zjeżdżalniami, placyk zabaw i tereny krótkich spacerów nad jeziorko zwane Zagubioną Laguną. Kort tenisowy i minigolf są tuż-tuż. Warto zabrać ze sobą suchy chleb, bo kaczki i szopy pracze tylko czekają na ucztę. Na skunksa, jeżeli ktoś jest odważny, trzeba poczekać do zmierzchu.

Wędrując dalej wzdłuż brzegu, dojdziemy do English Bay i kolejnej plaży, tym razem nie dla rodzin. Budynki widoczne w oddali to West End, ponoć najgęściej zaludniony kawałek lądu w Ameryce Północnej. A dalej znowu plaża - Sunset Beach - i do tego wielki basen w Aquatic Centre. Za budynkiem pływalni jest przystań promu, który w pięć minut zawiezie nas na Granville Island. Przez wodę popatrzmy na Vanier Park, gdzie odważni latają na kolorowych lotniach.

Po całym dniu trzeba coś zjeść. Polecam Sequoia Grill at the Teahouse na Ferguson Point pomiędzy Trzecią i Drugą Plażą.

***

Vancouver, gdzie kręci się wiele filmów, nazywa się "Hollywood Północy". Często widać zamknięte ulice i rozstawione kamery, słychać sygnał do rozpoczęcia kolejnego ujęcia. Nic dziwnego, że gwiazdy filmowe czują się tu jak w domu - robią zakupy w eleganckich sklepach, jedzą w eleganckich restauracjach.

A zakupy w Vancouver to kolejna przygoda, poczynając od kosmopolitycznego West Endu, poprzez centrum i historyczne Gastown, aż po egzotyczne Chinatown. Mnie szczególnie czarują sklepy z perskimi dywanami. Jest ich tyle, że każdy miłośnik dywanów znajdzie coś na rozmiar swojej kieszeni i swojego pokoju.

W centrum znalazły siedzibę słynne sklepy z modnymi strojami, butami i wszelakimi dodatkami. Najbardziej znana i chyba najelegantsza (na pewno najdroższa) jest ul. Robson i Robson Square zdobny w ogrody i fontanny-wodospady.

Nie opowiedziałam jeszcze o najbardziej "turystycznej" atrakcji, niemal na pewno najczęściej fotografowanej. Na skrzyżowaniu ulic Cambie i Water, w samym centrum w sercu dzielnicy Gastown znanej ze sklepów z epoki wiktoriańskiej, stoi pierwszy na świecie zegar parowy. Co godzinę gra "The Westminster Chimes", a co kwadrans pogwizduje, wypuszczając kłęby pary. Zegar, zbudowany w stylu gotyckim, nie ma oczywiście z gotykiem nic wspólnego. Postawił go w 1977 r. Ray Saunders, znany wynalazca i budowniczy zegarów. Chodziło o to, żeby zamaskować parę buchającą z podziemnych przewodów, a doprowadzającą ciepło do okolicznych budynków.

Także w centrum, w budynku dawnego sądu prowincjonalnego, znajdziemy dużą galerię sztuki. Odbywają się tu historyczne i współczesne wystawy malarstwa, rzeźby, fotografii i innych sztuk. Pośród stałych ekspozycji są kolekcje sztuki kanadyjskiej, w tym zbiór obrazów Emily Carr, a także malarstwo holenderskie z XVII-XVIII w. W Vancouver jest mnóstwo małych, interesujących galerii i sklepów ze sztuką współczesną.

A skoro o życiu duchowym mowa, dodam, że największy tutejszy uniwersytet, University of British Columbia, na swoich prawie 25 tys. ha gości m.in. ogród botaniczny, muzeum ziemi i muzeum antropologiczne. W centrum natomiast mamy muzeum morskie i muzeum miasta Vancouver.

***

Jeżeli planujecie stąd wyprawę w głąb prowincji, gorąco zachęcam do zwiedzenia doliny Okanagan (szosa nr 3, fragment drogi transkanadyjskiej).

Od Penticton do Kelowny mijamy wiele uroczych miasteczek. To Peachland, czyli kraina brzoskwiń. Można tu spróbować najlepszych owoców, zależnie od sezonu. Są brzoskwinie, śliwki, jabłka, melony i winogrona. Tu naprawdę warto się wybrać na letnie wakacje: łagodne wzgórza i doliny, piękne, przejrzyste jeziora i soczyście zielone pola golfowe, czyste plaże i miejsca, gdzie warto uprawiać sporty wodne. Można rozbić namiot, wędrować po okolicy, łowić ryby i jeździć konno.

Kelowna (w jednym z języków indiańskich oznacza samicę niedźwiedzia grizzly) nad zachodnią częścią jeziora Okanagan to trzecie co do wielkości miasto w BC - po Vancouver i Victorii. Domy tu są niemal równie drogie jak w Vancouver, które jest najdroższe w Kanadzie. Skąd bierze się atrakcyjność szybko rozwijającego się miasta? Położenie, położenie, położenie - jak mawiają sprzedawcy nieruchomości - z tym że w przypadku Kelowny powinni jeszcze dodawać: i klimat! W Okanagan jest suchy i ciepły. Średnia roczna 2 tys. godzin słonecznych w porównaniu z deszczowym Vancouver wydaje się istnym szaleństwem.

Kelowna to miasto galerii, muzeów, ogrodów, eklektycznych sklepów i sklepików. Otaczają je przepiękne winnice i sady (tutejsze ogrody wielokrotnie zdobywały nagrody na międzynarodowych konkursach). Kolejnym magnesem są plaże z czystym, białym piaskiem. Nie należy też zapomnieć o największej atrakcji - w jeziorze Okanagan żyje podobno niezidentyfikowany stwór morski Ogopogo (akwen ma 150 km długości, a do Kelowny wjeżdża się długim mostem ponad nim). Ogopogo pojawił się w okolicy, kiedy Brytyjczycy zaczęli osiedlać się tutaj w drugiej połowie XVIII w. Indianie nazywali potwora N'aahitka, czyli Wodny Demon. Miał ciało węża, płetwy, ogon jak wieloryb i końską głowę. Naukowcy sugerują, że może to być prehistoryczny wieloryb zamknięty w wodach jeziora od milionów lat. Turyści mówią zwykle o dwóch lub trzech osobnikach bawiących się w wodzie. Z opisów wynika, że są szare i mają od 6 do 15 m długości. Są tacy, którzy przysięgają, że z nim pływali bez szkody dla zdrowia. Mieszkańcy Okanagan wystawili mu w Kelownie śliczny pomnik, na którym lubią się bawić dzieci.

Potwory potworami, ale ważne są wina z Okanagan Valley. Do niedawna tutejsze winnice były kopciuszkami na rynku, oferując swoje produkty za półdarmo. Od tego czasu bardzo urosły takie winnice, jak Grey Monk na północ od Kelowny założona 30 lat temu przez rodzinę Heiss. Nazwa bierze się od pierwszych szlachetnych winogron Pinot Gris sprowadzonych z Alzacji (w Austrii i na Węgrzech to Grauer Monch, czyli Szary Mnich, bo ma bardzo charakterystyczne niebieskawoszare jagody). Winnica szczyci się wspaniałym widokiem na jezioro Okanagan, elegancką restauracją i sklepem z pamiątkami, gdzie można kupić także wino.

Quail's Gate na zachodnim brzegu jeziora, własność rodziny Stewart, produkuje Pinot Noir i Chardonnay wysokiej jakości, a jest też najbardziej cenionym kanadyjskim wytwórcą tzw. win regionalnych. Quail's Gate jest też celem wycieczek agroturystycznych. Wizyty uatrakcyjnia przyjazna atmosfera, wyczerpujące informacje o posiadłości, możliwość skosztowania win w starym drewnianym budyneczku przerobionym na sklep z pamiątkami, no i wyborna kuchnia w tutejszej restauracji. Goście zajeżdżają tu tym chętniej, że widok na jezioro i winnicę jest imponujący.

Innym celem "pielgrzymek" jest Mission Hill, własność pana von Mandl, który planuje uczynić swoją posiadłość jedną z dziesięciu najlepszych na świecie. Podobno kiedy w 1981 r. kupił Mission Hill, powiedział: "Kiedy rozglądam się wokół ze swojego wzgórza, widzę doskonale utrzymane, dobrze prosperujące winnice, czarujące hoteliki i domki letnie, posiadłości z atrakcyjnymi miejscami odpoczynku dla turystów, którzy przybywają tu zewsząd". Teraz widać, że miał rację. Okolice Okanagan, tak jak to przepowiedział, czarują i uwodzą turystów.

W sieci

www.hellobc.com/en-CA/RegionsCities/Vancouver.htm

www.city.vancouver.bc.ca/visitors.htm http://www.vancouver-bc.com

www.tourismvancouver.com/visitors