Podróże Marzeń. Niemcy - Marksburg niezdobyty

W ogromnej średniowiecznej kuchni na kominie można upiec wołu. A do małżeńskiej alkowy przylega schludny klozet na dwa stanowiska, symbol niebywałego na owe czasy komfortu
Obronno-zaczepny charakter zamków nad Renem i Mozelą widać na pierwszy rzut oka. Elegancja nie była konieczna, liczyło się bezpieczeństwo i prestiż mierzone wysokością wież, trwałością baszt i bram. Dlatego stawiano je na stromych i wyniosłych skałach z dobrym widokiem na najbliższą okolicę.

***

O Marksburgu w Braubach (niedaleko Koblencji) powiedziano mi z nutką lokalnej dumy w głosie: - To niezdobyty zamek. Nazwę wziął nie od brodatego klasyka popularnych do niedawna idei polityczno-ekonomicznych, lecz od samego św. Marka Ewangelisty. Imponująca budowla wyrasta na 150 m ponad Braubach leżące na prawym brzegu Renu. Skała, na której ulokowano warownię, sama w sobie była trudna do zdobycia (dziś dojeżdża się na parking tuż przy bramie). Łatwo sobie wyobrazić szturm zbrojnych mężów dźwigających na sobie od kilkunastu do kilkudziesięciu kilogramów żelaza i wymachujących orężem (w zamkowej zbrojowni, gdzie mieści się bogata kolekcja militariów). Nie dość, że musieli wdrapać się na górę, to potem jeszcze po drabinach na mury. Nic dziwnego, że potencjalni wrogowie omijali Marksburg i szli zdobywać łatwiejsze warownie (było w czym wybierać. Budowniczowie wyposażyli go w okazały donżon - nawet gdyby dolna część zamku została zdobyta, można by w nim wieść w miarę spokojne życie. W wieży zawsze były zapasy żywności, wody oraz środki rażenia nieprzyjaciela, jak smoła czy głazy. Donżon praktycznie był nie do zdobycia - obrońcy dostawali się doń tylko za pomocą zewnętrznej windy.

Także w samym zamku jest wiele wymyślnych utrudnień, np. kręte schody tak sprytnie skonstruowane, że wróg, jeśli nie był mańkutem, nie miał szansy użycia miecza, bo trafiał tylko w ścianę. Dzięki podobnym zabezpieczeniom Marksburg do dziś dumnie nosi miano zamku niezdobytego.

***

Początki miejscowości sięgają początków XII w. i związane są z rodem von Braubach, choć zamek, jaki dziś oglądamy, wzniesiony został w 1231 r. przez panów von Eppstein - romańskie elementy budowli to ich dzieło. Była to na owe czasy niezmiernie wpływowa rodzina. Wydała czterech arcybiskupów - elektorów Moguncji i jednego - Trewiru. Pięćdziesiąt lat potem pojawili się nowi właściciele - grafowie Katzenelnbogen (Koci Grzbiet), którzy rozbudowali zamek w stylu gotyckim i umocnili go bastionami, na których zainstalowano armaty. W 1803 r. znalazł się w gestii książąt Nassau.

W XIX-wiecznym Marksburgu nikt już z przedstawicieli owych słynnych rodów nie mieszkał. Książęta pobudowali sobie znacznie wykwintniejsze rezydencje, np. pałacyk w Nassau, a zamek nad Renem przeznaczyli na miejsce schronienia dla niepełnosprawnych żołnierzy oraz na więzienie. W 1900 r. cesarz Wilhelm II za symboliczną kwotę 1000 marek w złocie wykupił warownię i przekazał Związkowi Zamków Niemieckich. Pod kierunkiem prof. Bodo Ebhardta przeprowadzono konserwację, pieczołowicie zachowując konstrukcję i styl.

***

Po zamku oprowadza nas znudzony przewodnik, podzwaniając pękiem kluczy. Z zainteresowaniem oglądamy ogromną kuchnię. Krzątały się tu rzesze kucharzy, kuchcików, podkuchennych i pomywaczek pod wodzą ochmistrzyni. Ileż tu musiano przerobić prosiąt, półgęsków, bażantów, drobniejszego ptactwa, bez mała jak na Wielkanoc u Radziwiłła Sierotki w Nieświeżu. Na gigantycznym kominie można było upiec choćby wołu! Choć kuchnia, jak twierdzi nasz cicerone, nie zmieniła się od stuleci, zadziwia wymyślnym systemem do schładzania żywności. W ciągach wentylacyjnych znajdują się szafki z otworami. W ich wnętrzach można było potrawy wystudzić lub potrzymać parę dni w chłodzie.

Zaglądamy do średniowiecznej alkowy, w której poczesne miejsce zajmuje małżeńskie łoże pod baldachimem, obok drewniana kołyska. Do sypialni przylega schludny klozet na dwa stanowiska, symbol niebywałego na owe czasu komfortu, a także nieco krępującej (z punktu widzenia dzisiejszych obyczajów) małżeńskiej konfidencji.

Dla urozmaicenia życia panie von Katzenelnbogen uprawiały miniogródeczek w wąskim przejściu w zabudowie murów. Tu doglądały uprawy ziół będących podstawą ówczesnej medycyny, może hodowały kwiaty. O różach mogły co najwyżej pomarzyć, bo chociaż piękny stąd widok na dolinę Renu, ale porywiste na tej wysokości wiatry (jesteśmy 150 m nad miasteczkiem) nie ułatwiały roślinom życia, a damy zniechęcały do dłuższych spacerów.

Średniowiecznym damom zamek wypełniał całe życie. Tu przychodziły na świat, wychodziły za mąż, rodziły dzieci, umierały. Świat poza zamkiem był intrygujący, ale i niebezpieczny. Były dobrze strzeżone - gdy pan domu opuszczał rodową siedzibę, solidne, kute w żelazie urządzenie, zwane pasem cnoty, wybijało z głowy niewczesne pomysły nawet najbardziej lekkomyślnej białogłowie. Po obejrzeniu słynnego sprzętu (nomen omen eksponowanego w zamkowej kuźni pełniącej również funkcję sali tortur), ze współczuciem pomyślałam o losach dawnych kasztelanek. Zdziwił mnie tylko niewielki rozmiar tego urządzenia (34, góra 36) - jak ze złośliwym chichotem zauważył przewodnik, dam o bardziej obfitych kształtach nie warto było strzec aż tak rygorystycznie.

Jak już wspomniałam, nazwa zamku wzięła się od Marka Ewangelisty, któremu dedykowana jest kaplica na piętrze w jednej z zamkowych wież. Wyróżnia ją piękny pentagonalny kształt i freski pokrywające górne partie ścian oraz sklepienie. Wśród biblijnych postaci poczesne miejsce zajmuje sam apostoł z nieodłączną księgą i lwem u stóp.

Dzisiaj Zamek św. Marka przyciąga turystów pokazami walk rycerskich. Można zamówić ucztę rycerską ze wszelkimi szykanami: w średniowiecznych strojach, przy świecach i wtórze pieśni minstreli (bilet 4,50 euro, 4 dla studentów i 3,50 dla dzieci, od listopada do końca marca zwiedzanie w godz. 11-16).

W sieci

Marksburg

Zamek