Greckie wyspy przed sezonem. Gdy Cyklady się malują
01.05.2007
, aktualizacja: 05.12.2008 15:18
Wczesną wiosną mieszkańcy Cyklad odnawiają domy i kościółki białą farbą, od której oślepiająco odbija się słońce. Jest pusto i spokojnie. Warto zobaczyć te piękne wyspy właśnie teraz, nim runą na nie tłumy turystów
ZOBACZ TAKŻE
- Karpathos: Tam, gdzie mieszka wiatr (01-05-07, 00:00)
- Z wyspy na wyspę. Żagle na Morzu Egejskim (01-05-07, 00:00)
- Wakacje na wyspie. Simi - Gracje, oliwki i miód (02-06-08, 06:00)
Na Cyklady jechaliśmy z Małgosią bez przekonania. Nie wyszła nam planowana podróż poza Europę i 1 kwietnia lądowaliśmy w Atenach, spodziewając się raczej turystycznej klasyki niż jakiejkolwiek egzotyki. Jakże się myliśmy...
Nazajutrz wysiedliśmy o świcie z ateńskiego metra w porcie Pireus, gdzie czekał na nas prom na Santorini, i ujrzeliśmy rząd ogromnych statków pochłaniających ludzi, auta osobowe i tiry. Siedmiopokładowe promy Blue Star Ferries i rozmaite mniejsze statki oraz łodzie towarzyszyły nam odtąd niemal do końca dwutygodniowych wakacji. Dzięki nim dotarliśmy na cztery duże i trzy mniejsze wysepki Cyklad.
Za każdym razem zatrzymywaliśmy się w stolicy wyspy (jest tam port, do którego mogą przybijać promy, i tam najłatwiej o pokoje do wynajęcia). Zawsze było to miasteczko z uroczą bieloną starówką, pełne kościołów z malowanymi na niebiesko kopułami, sklepików i tawern, przed którymi suszyły się niekiedy świeżo złowione ośmiornice. Wiele atrakcji kryją wnętrza wysp, z kopułami bizantyjskich kapliczek rysującymi się na tle zielonych gór i dolin - świetnie nadają się na długie piesze wycieczki i wiele takich odbyliśmy.
Do pogody mieliśmy szczęście. Dni były ciepłe (około 20 stopni) i choć ze dwa-trzy razy zdarzyły się przelotne opady, przez większość czasu słońce świeciło już na tyle mocno, że kremy z mocnym filtrem okazywały się nieodzowne. Dopiero pod wieczór trzeba było sięgać po sweter i kurtkę. Kusiły plaże - często bardzo ładne, długie i piaszczyste. Woda w Morzu Egejskim była wciąż chłodna, więc kąpiel wymagała pewnego hartu, ale czasem trudno było się oprzeć.
Cyklady przed sezonem, piękne jak z widokówek i zaskakująco egzotyczne, wydawały się jeszcze senne, niezadeptane i autentyczne.
Santorini - wisząc na wulkanie
Po dziewięciu godzinach nasz prom z Pireusu dopłynął na Santorini, o której słyszeliśmy, że jest zatłoczona i pełna turystycznej komercji. Pierwsze zaskoczenie - było pusto, spokojnie i trochę nostalgicznie. Mieszkańcy Firy, stolicy wyspy, kończyli właśnie remonty domków i tawern, pokrywając ich ściany kolejnymi warstwami śnieżnobiałej farby. Turyści byli tak nieliczni, że mijając się na pustych uliczkach, pozdrawiali się uśmiechem.
Santorini (Święta Irena), znana także jako Thira, jest chyba najczęściej fotografowana z całego archipelagu. Niezwykła przyrodniczo i architektonicznie, niepodobna do sąsiednich wysp, mimo to uchodzi za symbol Cyklad.
Santorini, w starożytności nazywana Kalliste (najpiękniejsza), to pozostałość po ogromnym wybuchu wulkanu i towarzyszących mu trzęsieniach ziemi około połowy XV w. p.n.e. Według jednej z teorii właśnie ów kataklizm zniszczył wspaniałą cywilizację minojską na niedalekiej Krecie, a według legendy zatopił też mityczną Atlantydę. Większość rozerwanej wybuchem wyspy zapadła się w morze, pozostał tylko wąski półksiężyc lądu i kilka maleńkich okolicznych wysepek. Jedna strona półksiężyca to opadający łagodnie ku morzu brzeg z kilkoma plażami, a druga - wznoszące się od 100 do 300 m nad poziom morza strome urwisko, monstrualna wulkaniczna kaldera z czarnych i czerwonych skał. Na szczycie posępnych klifów ulokowały się dwa sielskie białe miasteczka - Fira i Oia. Labirynty uliczek z ciasno stłoczonymi domkami i prawosławnymi kościółkami zsuwają się po zboczach na samą krawędź kaldery. Te położone najniżej wręcz zwisają nad przepaścią, tworząc krajobraz niemal nierzeczywisty.
Wiele osób spędza na Santorini tylko jeden dzień. To błąd, wyspa zasługuje na więcej.
Nam cały dzień wypełniła piesza wycieczka z Firy do Oia. Trasa prowadzi ścieżkami po szczycie kaldery, po drodze mnóstwo wspaniałych widoków, a na koniec - pocztówkowy zachód słońca w Oia, miasteczku chyba jeszcze bardziej kameralnym i malowniczym niż Fira (powrót autobusem).
Warto też poświęcić dzień na wnętrze wyspy, zwykle omijane przez turystów. My podjechaliśmy autostopem do osady Pirgos położonej na wzgórzu w środku Santorini. To piękne miejsce leży zaledwie kilka kilometrów od Firy, ale nie ma tu hoteli (tylko nieliczne kwatery) czy knajp dla turystów. W południe, klucząc oślepiająco białymi, krętymi uliczkami pośród domków i kościołów rzadko spotykaliśmy kogokolwiek. O tym, że są tu mieszkańcy, świadczyły jedynie ukwiecone podwórka.
Z Pirgos blisko już do najwyższej góry - Profitis Ilias, 565 m n.p.m. - na której prawosławny klasztor o tej samej nazwie sąsiaduje z wojskową stacją radiolokacyjną. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy ścieżynkę prowadzącą z klasztoru przez góry na drugi brzeg Santorini. Trasa dostarcza pięknych widoków i niekiedy mocniejszych wrażeń (przy klasztorze zaskakująco stroma ekspozycja), a kończy się w Perissie, nadmorskim kurorcie trochę bez charakteru, za to z wulkanicznymi czarnymi plażami i licznymi tawernami.
Sporą atrakcją jest wycieczka turystyczną łodzią zabierającą na pokład ok. 40 osób (bilety ok. 20 euro, do kupienia w biurach turystycznych). Wypływa się ze starego portu w Firze, do którego można dotrzeć pieszo lub na osiołku, po długich, wijących się kamiennych schodach (można i szybciej - wagonem kolejki górskiej). Pierwszy przystanek - położona tuż obok Santorini bezludna wyspa wulkaniczna Nea Kameni. Czarne jak sadza, wypalone skały tworzą martwy, księżycowy krajobraz urozmaicony tylko połaciami czerwonych porostów. Na szczycie wyspy siarkowe opary sączące się ze skalnych szczelin przypominają, że tutejszy wulkan wciąż żyje (jeszcze w 1956 r. Santorini przeżyło duże trzęsienie ziemi). Drugi przystanek to gorące źródła w zatoczce na bliźniaczej wysepce Palea Kameni. Łódź nie dociera do samej zatoczki, więc trzeba tam dopłynąć wpław przez morze i tak samo wrócić (na początku kwietnia kąpiel w gorących źródłach kończy się więc porządnym wychłodzeniem). Przystanek trzeci to maleńka, ale zamieszkana wysepka Thirassia. Podobnie jak w Firze strome kamienne schody prowadzą z portu na wzgórze, do mieściny Manolas. Przy jej cichych białych uliczkach można znaleźć parę tawern i pokoi do wynajęcia.
Pełnej uroku, a zarazem mrocznej i niepokojącej atmosfery Santorini nie sposób poczuć w sezonie, kiedy do portu zawijają jeden za drugim ogromne wycieczkowe statki, które wysadzają na ląd tysiące turystów. Namiastki tego doświadczyliśmy ostatniego dnia, kiedy jednocześnie przypłynęły do Firy dwa duże wycieczkowce i wąskie uliczki wypełnił hałaśliwy tłum.
Naxos - w weneckim labiryncie
To największa, najbardziej urodzajna i być może najładniejsza krajobrazowo wyspa Cyklad (dwie godziny promem z Santorini). Mit głosi, że tutaj Dionizos poślubił opuszczoną przez Tezeusza Ariadnę. Jest stosunkowo mało turystyczna (czytaj: istnieje tu także życie poza biznesem turystycznym), więc tym bardziej warta odwiedzenia.
Uwagę przybyszy zwraca położona tuż obok portu maleńka wysepka z pozostałościami świątyni Apolla (VI w. p.n.e.), której budowy nigdy nie ukończono. Jej portal złożony z kilku prosto ciosanych kamiennych bloków to jedna z wizytówek Naxos. Główną atrakcją stolicy, nazywanej Chora lub Naxos, jest jednak stare miasto położone tuż przy porcie, na wzgórzu zwieńczonym dość niepozornym zamkiem (Kastro) z 1207 r. - po części kamienne, beżowoszare, odmienne od typowych cykladzkich miasteczek. Od początku XIII w. aż do 1566 r. Naxos pozostawało pod panowaniem Wenecjan i to właśnie oni pozostawili po sobie zamek i starówkę. Choć jest niewielka, łatwo się pogubić w labiryncie jej uliczek (podobno budowano tak celowo, by utrudnić orientację piratom). Wąskie i dość wysokie domy, częściowo opuszczone i trochę zaniedbane, mają kamienne portale, mosiężne kołatki i weneckie herby wyrzeźbione w nadprożach. Nieco tajemniczą atmosferę tego miejsca można poczuć zwłaszcza o zmierzchu, błądząc po zupełnie pustych uliczkach.
Warto wyprawić się w głąb wyspy autobusem. My odwiedziliśmy region Tragea - pojechaliśmy do sennego miasteczka Chalki i dalej pieszo do Moni, mijając stada owiec i muflonów. Wśród dolin i wzgórz porośniętych starymi gajami oliwnymi i poprzecinanych wysokimi kamiennymi murkami na granicach pól i ścieżek stoi duży bizantyjski kościół Drossiani z VI w. - najstarszy wśród licznych na Naxos kamiennych kościółków i kapliczek.
Zalicz Santorini z serwisem Bermudy.pl
Nazajutrz wysiedliśmy o świcie z ateńskiego metra w porcie Pireus, gdzie czekał na nas prom na Santorini, i ujrzeliśmy rząd ogromnych statków pochłaniających ludzi, auta osobowe i tiry. Siedmiopokładowe promy Blue Star Ferries i rozmaite mniejsze statki oraz łodzie towarzyszyły nam odtąd niemal do końca dwutygodniowych wakacji. Dzięki nim dotarliśmy na cztery duże i trzy mniejsze wysepki Cyklad.
Za każdym razem zatrzymywaliśmy się w stolicy wyspy (jest tam port, do którego mogą przybijać promy, i tam najłatwiej o pokoje do wynajęcia). Zawsze było to miasteczko z uroczą bieloną starówką, pełne kościołów z malowanymi na niebiesko kopułami, sklepików i tawern, przed którymi suszyły się niekiedy świeżo złowione ośmiornice. Wiele atrakcji kryją wnętrza wysp, z kopułami bizantyjskich kapliczek rysującymi się na tle zielonych gór i dolin - świetnie nadają się na długie piesze wycieczki i wiele takich odbyliśmy.
Do pogody mieliśmy szczęście. Dni były ciepłe (około 20 stopni) i choć ze dwa-trzy razy zdarzyły się przelotne opady, przez większość czasu słońce świeciło już na tyle mocno, że kremy z mocnym filtrem okazywały się nieodzowne. Dopiero pod wieczór trzeba było sięgać po sweter i kurtkę. Kusiły plaże - często bardzo ładne, długie i piaszczyste. Woda w Morzu Egejskim była wciąż chłodna, więc kąpiel wymagała pewnego hartu, ale czasem trudno było się oprzeć.
Cyklady przed sezonem, piękne jak z widokówek i zaskakująco egzotyczne, wydawały się jeszcze senne, niezadeptane i autentyczne.
Santorini - wisząc na wulkanie
Po dziewięciu godzinach nasz prom z Pireusu dopłynął na Santorini, o której słyszeliśmy, że jest zatłoczona i pełna turystycznej komercji. Pierwsze zaskoczenie - było pusto, spokojnie i trochę nostalgicznie. Mieszkańcy Firy, stolicy wyspy, kończyli właśnie remonty domków i tawern, pokrywając ich ściany kolejnymi warstwami śnieżnobiałej farby. Turyści byli tak nieliczni, że mijając się na pustych uliczkach, pozdrawiali się uśmiechem.
Santorini (Święta Irena), znana także jako Thira, jest chyba najczęściej fotografowana z całego archipelagu. Niezwykła przyrodniczo i architektonicznie, niepodobna do sąsiednich wysp, mimo to uchodzi za symbol Cyklad.
Santorini, w starożytności nazywana Kalliste (najpiękniejsza), to pozostałość po ogromnym wybuchu wulkanu i towarzyszących mu trzęsieniach ziemi około połowy XV w. p.n.e. Według jednej z teorii właśnie ów kataklizm zniszczył wspaniałą cywilizację minojską na niedalekiej Krecie, a według legendy zatopił też mityczną Atlantydę. Większość rozerwanej wybuchem wyspy zapadła się w morze, pozostał tylko wąski półksiężyc lądu i kilka maleńkich okolicznych wysepek. Jedna strona półksiężyca to opadający łagodnie ku morzu brzeg z kilkoma plażami, a druga - wznoszące się od 100 do 300 m nad poziom morza strome urwisko, monstrualna wulkaniczna kaldera z czarnych i czerwonych skał. Na szczycie posępnych klifów ulokowały się dwa sielskie białe miasteczka - Fira i Oia. Labirynty uliczek z ciasno stłoczonymi domkami i prawosławnymi kościółkami zsuwają się po zboczach na samą krawędź kaldery. Te położone najniżej wręcz zwisają nad przepaścią, tworząc krajobraz niemal nierzeczywisty.
Wiele osób spędza na Santorini tylko jeden dzień. To błąd, wyspa zasługuje na więcej.
Nam cały dzień wypełniła piesza wycieczka z Firy do Oia. Trasa prowadzi ścieżkami po szczycie kaldery, po drodze mnóstwo wspaniałych widoków, a na koniec - pocztówkowy zachód słońca w Oia, miasteczku chyba jeszcze bardziej kameralnym i malowniczym niż Fira (powrót autobusem).
Warto też poświęcić dzień na wnętrze wyspy, zwykle omijane przez turystów. My podjechaliśmy autostopem do osady Pirgos położonej na wzgórzu w środku Santorini. To piękne miejsce leży zaledwie kilka kilometrów od Firy, ale nie ma tu hoteli (tylko nieliczne kwatery) czy knajp dla turystów. W południe, klucząc oślepiająco białymi, krętymi uliczkami pośród domków i kościołów rzadko spotykaliśmy kogokolwiek. O tym, że są tu mieszkańcy, świadczyły jedynie ukwiecone podwórka.
Z Pirgos blisko już do najwyższej góry - Profitis Ilias, 565 m n.p.m. - na której prawosławny klasztor o tej samej nazwie sąsiaduje z wojskową stacją radiolokacyjną. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy ścieżynkę prowadzącą z klasztoru przez góry na drugi brzeg Santorini. Trasa dostarcza pięknych widoków i niekiedy mocniejszych wrażeń (przy klasztorze zaskakująco stroma ekspozycja), a kończy się w Perissie, nadmorskim kurorcie trochę bez charakteru, za to z wulkanicznymi czarnymi plażami i licznymi tawernami.
Sporą atrakcją jest wycieczka turystyczną łodzią zabierającą na pokład ok. 40 osób (bilety ok. 20 euro, do kupienia w biurach turystycznych). Wypływa się ze starego portu w Firze, do którego można dotrzeć pieszo lub na osiołku, po długich, wijących się kamiennych schodach (można i szybciej - wagonem kolejki górskiej). Pierwszy przystanek - położona tuż obok Santorini bezludna wyspa wulkaniczna Nea Kameni. Czarne jak sadza, wypalone skały tworzą martwy, księżycowy krajobraz urozmaicony tylko połaciami czerwonych porostów. Na szczycie wyspy siarkowe opary sączące się ze skalnych szczelin przypominają, że tutejszy wulkan wciąż żyje (jeszcze w 1956 r. Santorini przeżyło duże trzęsienie ziemi). Drugi przystanek to gorące źródła w zatoczce na bliźniaczej wysepce Palea Kameni. Łódź nie dociera do samej zatoczki, więc trzeba tam dopłynąć wpław przez morze i tak samo wrócić (na początku kwietnia kąpiel w gorących źródłach kończy się więc porządnym wychłodzeniem). Przystanek trzeci to maleńka, ale zamieszkana wysepka Thirassia. Podobnie jak w Firze strome kamienne schody prowadzą z portu na wzgórze, do mieściny Manolas. Przy jej cichych białych uliczkach można znaleźć parę tawern i pokoi do wynajęcia.
Pełnej uroku, a zarazem mrocznej i niepokojącej atmosfery Santorini nie sposób poczuć w sezonie, kiedy do portu zawijają jeden za drugim ogromne wycieczkowe statki, które wysadzają na ląd tysiące turystów. Namiastki tego doświadczyliśmy ostatniego dnia, kiedy jednocześnie przypłynęły do Firy dwa duże wycieczkowce i wąskie uliczki wypełnił hałaśliwy tłum.
Naxos - w weneckim labiryncie
To największa, najbardziej urodzajna i być może najładniejsza krajobrazowo wyspa Cyklad (dwie godziny promem z Santorini). Mit głosi, że tutaj Dionizos poślubił opuszczoną przez Tezeusza Ariadnę. Jest stosunkowo mało turystyczna (czytaj: istnieje tu także życie poza biznesem turystycznym), więc tym bardziej warta odwiedzenia.
Uwagę przybyszy zwraca położona tuż obok portu maleńka wysepka z pozostałościami świątyni Apolla (VI w. p.n.e.), której budowy nigdy nie ukończono. Jej portal złożony z kilku prosto ciosanych kamiennych bloków to jedna z wizytówek Naxos. Główną atrakcją stolicy, nazywanej Chora lub Naxos, jest jednak stare miasto położone tuż przy porcie, na wzgórzu zwieńczonym dość niepozornym zamkiem (Kastro) z 1207 r. - po części kamienne, beżowoszare, odmienne od typowych cykladzkich miasteczek. Od początku XIII w. aż do 1566 r. Naxos pozostawało pod panowaniem Wenecjan i to właśnie oni pozostawili po sobie zamek i starówkę. Choć jest niewielka, łatwo się pogubić w labiryncie jej uliczek (podobno budowano tak celowo, by utrudnić orientację piratom). Wąskie i dość wysokie domy, częściowo opuszczone i trochę zaniedbane, mają kamienne portale, mosiężne kołatki i weneckie herby wyrzeźbione w nadprożach. Nieco tajemniczą atmosferę tego miejsca można poczuć zwłaszcza o zmierzchu, błądząc po zupełnie pustych uliczkach.
Warto wyprawić się w głąb wyspy autobusem. My odwiedziliśmy region Tragea - pojechaliśmy do sennego miasteczka Chalki i dalej pieszo do Moni, mijając stada owiec i muflonów. Wśród dolin i wzgórz porośniętych starymi gajami oliwnymi i poprzecinanych wysokimi kamiennymi murkami na granicach pól i ścieżek stoi duży bizantyjski kościół Drossiani z VI w. - najstarszy wśród licznych na Naxos kamiennych kościółków i kapliczek.
1
2
następne »
-
Greckie wyspy przed sezonem. Gdy Cyklady się ma..
pan.toranaga
28.03.07, 18:02
Dla czego Autor konsekwentnie unika słowa "cerkiew"?»
-
Greckie wyspy przed sezonem. Gdy Cyklady się ma..
kasia.p.t
05.04.07, 21:20
"Pełnej uroku, a zarazem mrocznej i niepokojącej atmosfery..." Jak ja bym chciała zamknac na sekunde oczy... otworzyc je i byc tam... daleko od tego okrutnego swiata i zyc chociaz przez »
-
Greckie wyspy przed sezonem. Gdy Cyklady się ma..
olcha11
05.04.07, 22:36
A ja właśnie wróciłem z półwyspu - Peloponezu. Tam jeszcze piekniej i bezludniej. Wyobrażacie sobie Olimpię, po której snuje się zaledwie kilka osób? Kolejkę do kalavrity, w której ma się »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl







więcej zdjęć








