Wyprawa do środka Azji. Tuwa - z nurtem Jeniseju

Jedynymi strażnikami rzeki są rybołowy, kanie, orłany, orły stepowe - ich przejmujące krzyki towarzyszyły nam całą drogę
Tuwa, autonomiczna republika w syberyjskiej części Federacji Rosyjskiej, to raj dla kochających przyrodę i przygodę. Nieprzebyta tajga, góry, step, no i rzeki, które były dla nas głównymi "magistralami" w podróży po tej egzotycznej republice. Najważniejszy jest Jenisej, a właściwie dwa - Mały (Kaa Chem), i Duży (Bij Chem). Spotykają się w Kyzyle, stolicy Tuwy, i dalej płyną jako jedna wielka rzeka Jenisej (ponad 4 tys. km) wpadająca do Morza Karskiego. My przepłyniemy zaledwie 300 km w górnym biegu Bij Chema, najładniejszym fragmentem, bo rzeka przedziera się tu przez Sajany Wschodnie (najwyższy szczyt Munku Sardyk, 3491 m n.p.m.).

***

Z Augustowa docieramy do Grodna, potem do Moskwy, stąd trzy doby koleją transsyberyjską do Aczinska. Tam przesiadka w autobus do Abakanu, stolicy Republiki Chakasji, i dalej autobusem przez Sajańskie Przełęcze do Kyzyłu, jedyną drogą łączącą Tuwę z resztą świata. (podróż z Moskwy do Kyzyłu kosztowała nas 200 dol. od osoby; między Abakanem a Kyzyłem kursują też prywatne busiki, które owe 400 km pokonują znacznie szybciej niż autobus rejsowy, choć są nieco droższe; od niedawna lata tam z Moskwy samolot).

W Kyzyle wynajmujemy wytrzymałego gaza 66, którym po 200 km górskich bezdroży dojeżdżamy do rzeki Uług-O (lewy dopływ Bij Chema) wysoko w górach Akademika Obrazcowa (pasmo Sajanów). To już nasza druga wyprawa w te strony. Poprzednio przedzieraliśmy się pieszo przez Sajany Wschodnie od strony Buriacji do rzeki Issyk-Sug i Chamsary, prawobrzeżnego dopływu Jeniseju. Pomni wcześniejszych doświadczeń (marsz z 30-kilogramowymi plecakami przez dziewiczą tajgę), tym razem nie ryzykujemy. Musimy dojechać do samej rzeki. Kierowca gaza Fiodor to prawdziwy offroadowiec, ale dzięki niemu przedzieramy się przez przełęcze i głębokimi koleinami docieramy do rzeki. Dolina, w której zaczynamy nasz spływ, leży 1515 m n.p.m. Do Jeniseju wpadniemy na wysokości 755 m n.p.m.

Niemiłosiernie wytrzęsieni na pace, z ulgą zanurzamy nogi w zimnej wodzie Uług-O, która doprowadzi nas do Jeniseju. Rozbijając obóz w szerokiej i kwiecistej dolinie podziwiamy fantastyczny zachód słońca na tle dość odległych - jak nam się wydaje - szczytów Sajanów Wschodnich. Kiedy nazajutrz złożymy katamarany i rozpoczniemy rzeczną wędrówkę, góry przybliżą się niesłychanie szybko.

Mamy trzy katamarany: jedną czwórkę i dwa dwuosobowe katy. Załoga czwórki musi się zgrać, i to szybko, zanim dopłyniemy do pierwszych progów - stąd manewry ćwiczebne i ból w ramionach. Rzeka szybko nabiera tempa i... wody.

***

Pogoda świetna (przełom lipca i sierpnia), bystrza i progi pozwalają zapomnieć o codzienności. Liczy się tylko kolejny ruch wiosła i rzeka. Noclegi wybieramy pod wieczór. Czasem jest to wąska półka pod piargiem, między norami świstaków, które prawie wchodzą do namiotów (długo zastanawiałam się, co to za ptak wydaje tak dziwne dźwięki, dopóki nie zobaczyłam małego, pozbawionego ogona osobnika, który na mnie gwizdnął i prędko schował się do nory), czasem łacha piachu w zakolu rzeki. Lubimy też rozbić się przy progu, który należy obejrzeć i zastanowić się, jak go przejść.

Od czasu do czasu robimy sobie dzień wolny - wędkarze oddają się swojej pasji, kto chce, może iść w góry. Jedna taka wyprawa przez porastającą strome zbocze tajgę wybija nam z głowy "spacery", chociaż widok z bezimiennego szczytu na prawym brzegu Uług-O wart był dwudniowego wybierania kolców z dłoni i leczenia ugryzień dzikich pszczół.

Nazwy niektórych progów są adekwatne do ich wyglądu: "Czarcia Trzynastka", "Aligator", "Demirsał" "Długi"... Czy caryca Katarzyna była aż tak okrutna? - jej imię noszą trzy ciągnące się przez blisko 2,5 km progi, jeden gorszy od drugiego.

Przed wyjazdem myśl o 28-kilometrowym kanionie w zwężającej się dolinie Uług-O spędzała mi sen z powiek. Wyobrażałam go sobie jako ciemną szczelinę pełną latających nietoperzy, z wodą z hukiem przewalającą się wśród skał. Huk był, skał też wystarczyło. Ale było też słońce, i to nie trzy godziny w ciągu dnia (jak pisali w internecie Rosjanie). Promienie słońca przechodziły raz na jedną, raz na drugą stronę rzeki, było przyjemnie i jasno. No i najważniejsze - żadnych nietoperzy! Był za to niedźwiedź chodzący nam nad głową gdzieś na zboczu (głos ma bardzo donośny). Widzieliśmy też szczątki szkieletu jelenia marała - pewnie zginął wiosną i woda go tu przyniosła.

Kiedy odetchnęłam z ulgą, że kanion już się kończy, rzeka na koniec zaserwowała nam niespodziankę w postaci progów "Admiralskich".

***

A potem już Jenisej. Nie ma progów, ale brzegi tej wielkiej, bystrej rzeki (płynie ok. 10 km na godzinę) są niezwykle piękne. Krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie: góry pokryte tajgą, czasem czerwone osuwiska, skały o niezwykłych kształtach i kolorach schodzące aż do nurtu, niekończące się stepy z górami wulkanicznymi na horyzoncie, kurhany pamiętające Wielkiego Temudżyna - Czyngis-chana. A wszystko to w ciągu czterech dni spływu i jednego dnia odpoczynku na stepach. Na Jeniseju spotykamy wędkarzy, którzy stateczkami brną pod prąd w poszukiwaniu tajmieniowych jam, by złapać króla syberyjskich rzek. Jeden złowił 28-kilowego tajmienia (tego "potwora" łapie się na mysz). Kiedy podniósł go na wysokość szyi, ogon wlókł się po ziemi.

Jeszcze dwa lata temu na Jeniseju był jakiś ruch. Kursowała "Zaria", wodolot wożący ludzi do osad położonych w jego górnym biegu, i barki z ropą do agregatorów prądotwórczych. Obecnie "Zaria" jest popsuta, z pięciu barek została jedna. Czasem tylko jakiś niewielki stateczek lub motorówka (bliżej Kyzyłu) zakłóci spokój rzeki. Jej jedynymi strażnikami są rybołowy, kanie, orłany (należy do nich np. nasz bielik), orły stepowe. Nigdy nie widziałam tylu drapieżnych ptaków naraz - ich przejmujące krzyki towarzyszyły nam całą drogę.

Kiedy góry przechodzą w pogórze i zaczyna się step, zmienia się klimat. Jest sucho. Krajobraz przybiera dziwne formy, pojawiają się kurhany. Jednodniowa piesza wycieczka po okolicy pozwala zaledwie poczuć oddech tej prastarej krainy. Na terenie Tuwy ludzie żyli od ery kamienia łupanego. Gdzieniegdzie na skałach można zobaczyć napisy naskalne powstałe na długo przed nasza erą, trafiają się też kamienne obeliski, petroglify, menhiry, kamienne kręgi, kurhany, ślady osadnictwa (w muzeum w Kyzyle umieszczono scytyjskie ozdoby ze złota z III w. p.n.e. wydobyte z kurhanów). Kiedy kładę się na stepie i zamykam oczy, wydaje mi się, że słyszę tętent koni setek wojowników Czyngis-chana.

Miejscowi twierdzą, że przyroda w Tuwie jest taka sama jak tysiąc, a nawet 10 tys. lat temu. Pamiętam z dzieciństwa oglądane w klaserze znaczki z Tuwy, najczęściej trójkątne, przedstawiające sceny z życia i polowania koczowniczych plemion. Poza miastem życie ludzi niewiele się zmieniło. Nadal zajmują się łowiectwem, przemierzają ze swoimi jurtami stepowe pastwiska, a kiedy ktoś zachoruje albo trzeba odwrócić złe moce, udają się do szamana.

Nadal popularne jest rzemiosło. Mistrzowie rzeźby z agalmonolitu (czonar-dasz) potrafią wyrazić w niewielkich, ale bardzo wyrazistych figurkach styl życia swojego narodu. Pokłady tego miękkiego kamienia znajdują się na trudno dostępnym szczycie góry Saryg-Choja w baj-tajgimskim rejonie zachodniej Tuwy. Rzeźby można kupić (niewielkie za ok. 3 dol.) w sklepach z pamiątkami w Kyzyle, w muzeum lub na targu rzemiosła towarzyszącemu świętu Naadam. Przedstawiają zwierzęta i sceny z życia koczowników, myśliwych, czasem symbole religii lamaistycznej lub znaki zodiaku.

***

Dopływamy do Kyzyłu - tu znajduje się geograficzny środek kontynentu azjatyckiego. Na skalistym półwyspie między dwoma Jenisejami góruje nad rzekami owoo - kilka drągów w kształcie piramidy, na których powiewa mnóstwo wstążeczek i chorągiewek - znak, że to święta skała. Każda wstążeczka symbolizuje modlitwę do dobrych duchów rzeki. Nie mamy wstążeczki, więc zostawiamy polską monetę w podzięce za bezpieczną podróż Ułyg-O i Jenisejem.

W sierpniu Tuwa obchodzi święto narodowe Naadam. Przez trzy dni (13-15 sierpnia) odbywają się wyścigi konne, tańce na stepie, zawody łucznicze, konkursy na najładniejszą jurtę i Huresz - zapasy mężczyzn (żeby zapobiec występom kobiet, wymyślono przed wiekami specjalne ubrania - plecy zakryte, ale tors obowiązkowo nagi). Wszystkie imprezy odbywają się w Kyzyle i na stepie pod miastem zwanym Tus-Bułag, 9 km od stolicy. Zjeżdżają się na nie plemiona z różnych kożunów (województw).

Gala, nauczycielka historii w gimnazjum w Kyzyle, w wakacje pracuje w biurze turystycznym Alash Travel. Za jej pośrednictwem wynajmujemy mieszkanie w bloku - trzy pokoje, łazienka i kuchnia (warunki bardzo przyzwoite, trzy dni dla dziewięciu osób - równowartość 50 dol., cena umowna). Jedziemy do Tus-Bułag, gdzie rozbiło się jurtowe miasteczko. Można wejść do każdej jurty, porozmawiać z mieszkańcami ubranymi w uroczyste stroje, uczestniczyć przez chwilę w ich codziennym życiu, zjeść z nimi posiłek. Na stepie odbywają się wyścigi konne. Z niewielkiego wzniesienia oglądamy 5-kilometrową trasę dla dzieci (jeżdżą konno od piątego roku życia) i kobiet oraz 15-kilometrową dla mężczyzn. Nad obozowiskiem krążą drapieżne kanie, czasem bezczelnie pikują po kawałek zgubionego mięsa. Zespoły w bajecznie kolorowych strojach tańcem opowiadają historie z życia koczowników.

Nazajutrz zwiedzamy Muzeum Narodowe Tuwy. Poza eksponatami związanymi z przyrodą, folklorem, historią mają tu bogaty zbiór fotografii dokumentujący historię tuwimskiego narodu. Muzeum prowadzi doktor nauk historycznych M.B. Kenin-Lopsan - szaman z dziada pradziada.

Chętni oglądają Huresz na stadionie, a my, odpoczywając nad Jenisejem, nieoczekiwanie wchodzimy w posiadanie szamańskich bębenków. Jak się okazuje, jakiś szaman chce się pozbyć (za drobną opłatą) zużytego sprzętu. Zostajemy obładowani bębnami, wiechciami do okadzania pomieszczeń po złych gościach i grzechotkami.

Powoli wraca też do Tuwy lamaizm. Buddyjska wiara zaczęła przenikać w te strony już w XIII w., a "żółta religia" rozwija się od XVII w. Na początku XX w. było tu ponad 60 buddyjskich kościołów (i ok. 2 tys. mnichów) - ośrodków kultury i oświaty. W 1930 r. rewolucyjne oddziały bolszewików wydały wojnę religii. Rozgrabiły i zniszczyły klasztory, mnichów rozstrzelano lub zesłano do obozów pracy, ich rodziny na długie lata pozbawiono wszelkich praw. Pomimo czystek rdzenni mieszkańcy nigdy nie zrezygnowali ze swej religii. Wytworzyło się specyficzne połączenie lamaizmu z szamanizmem. W 1992 r. krainę tę odwiedził Dalajlama XIV - głowa kościoła buddyjskiego.

W Tuwie warto posłuchać gardłowych śpiewów zwanych khoomei. Polegają one na wprawianiu strun głosowych w niezwykłą wibrację, przywodzącą na myśl jęki stepowego wiatru, szum prastarej tajgi, tętent koni, odgłosy zwierząt, rozszalałe wiosną wody Jeniseju. Można ich posłuchać i w Polsce, na płycie tuwimskiego śpiewaka Gennady Gendosa Chamzyryna "Cham Dyt", albo poszukać nagrań grupy Ałasz (uczniowie legendarnego śpiewaka Kongar-Ooła Ondara, we wrześniu 2005 r. gościli w Polsce).

Kraina zwierząt, bogów i ludzi

Tuwa - część Syberii; od północnego zachodu graniczy z Republiką Chakasji, od północnego wschodu z rosyjskim Rejonem Irkuckim i Republiką Burjacji, od wschodu z Mongolią, od zachodu z Regionem Ałtajskim. Na 170,5 tys. km kw. mieszka niewiele ponad 300 tys. ludzi (1,8 osoby na km kw., w Polsce - 122), z tego ok. 106 tys. w Kyzyle.

Wybierając się do Tuwy, warto skorzystać z pomocy jednego z kilku biur turystycznych w Kyzyle. Polecamy Alasz Travel, http://www.alasztravel.ru; warto zajrzeć na strony: http://www.tuvatravel.com, http://www.tuvaonline.ru