Moskwa - krótki przewodnik

Wbrew powszechnej opinii, Moskwa jest bezpieczna, tania i bardziej przyjazna dla turystów niż dla swoich. A jaka intrygująca! To już nie szara i senna "wielka wieś". Wyrosły luksusowe kondominia, nocą trwa feeria neonów, po Sadowym Kolcu nieprzerwanie płynie sznur samochodów. Zajmuje 40 kilometrów - z południa na północ, z zachodu na wschód. Niczym kręgi na wodzie rysują się pierścienie obwodnic: Kolco Bulwarów, Sadowoje Kolco, Wałowoje Kolco i autostrada MKAD, jeszcze nie tak dawno - granica miasta.
Kreml i plac Czerwony

Znajomość z pełną kontrastów metropolią zacznijmy tradycyjnie, od Kremla i placu Czerwonego. Najlepiej nocą, gdy romantyczne podświetlenie przekształca historyczne budowle w elementy baśniowej scenografii. Potężny zębaty mur z czerwonej cegły i najpiękniejsza z dwudziestu wież - Spasska. Tędy mieli prawo wjeżdżać na Kreml tylko władcy imperium i obyczaj przetrwał. Co kwadrans biją kuranty, nawet po północy tłoczno tu od turystów i zakochanych par. Kroczymy po spadzistym placu niczym po kuli ziemskiej, wpatrzeni w kolorową broszkę na mrocznym tle historii - sobór Wasyla Błogosławionego. Czy naprawdę Iwan Groźny kazał oślepić jego architektów? Bryła mauzoleum, gdzie szczątkom ludzkim w pokorze oddawano cześć boską. Mania wielkości sięgająca nieba - wśród prawdziwych, zapalono jeszcze rubinowe gwiazdy.

Za majestatycznym XV-wiecznym murem ogólnie dostępna, umiarkowana w cenach restauracja Kremlowskaja. Otwarto ją dopiero w tym roku, jakby żywcem przenosząc z epoki radzieckiej: w menu nieśmiertelny sałat "stolicznyj", solanka i kotlet po kijowsku; tęga kucharka pływa po zapleczu w czepcu z wykrochmalonej gazy. Tyle że personel uprzejmy - czasy, gdy przed lokalem trzeba było odczekać swoje w trzech kolejkach (przed wejściem, szatnią i salą, gdzie kelnerzy mieli akurat zebranie związkowe), minęły jak straszny sen. Restauracji, zabiegałowek, barów, kiosków spożywczych jest w Moskwie mnóstwo. Większość lokali dba o to, by klient nie żuł na stojąco, ale usiadł, rozluźnił się i zamówił jak najwięcej.

Bilety na Kreml (nieczynny w czwartki) kupujemy w okalającym go sadzie Aleksandryjskim, u wylotu tunelu, który łączy cztery stacje metra: Biblioteka im. Lenina, Arbatskaja, Borowickaja i Aleksandryjski Sad. Do wyboru są trzy wycieczki, które za odpowiednio większe pieniądze łączą się w jedną: wejście na Kreml wraz ze zwiedzeniem soborów (200 rubli), Orużejna Pałata (350 rubli) i Ałmaznyj Fond (350, kasa już w obrębie Kremla). Uwaga: bilety do Orużejnej Pałaty sprzedaje tylko jeden z kiosków i w sezonie turystycznym większość rezerwują biura podróży. Kto koniecznie chce zobaczyć czapkę Monomacha, carskie trony i bibeloty, winien zająć kolejkę przed otwarciem kasy (9.30) i liczyć się z tym, że dostanie bilet na 16.30.

Oczekiwanie skróci wycieczka po Kremlu: sobory, na czele z Uspieńskim, gdzie koronowano carów. Największy na świecie dzwon, który nigdy nie zadzwonił, największa na świecie armata, co nigdy nie wystrzeliła, najwspanialsze brylantowe kolie, których nigdy nie założono (Ałmaznyj Fond). By obejrzeć odrestaurowany za Jelcyna z horrendalnym przepychem Wielki Pałac Kremlowski, Senat, Granowitą Pałatę, potrzebne jest zaproszenie prezydenta Putina, a przynajmniej komendanta Kremla. Natomiast do Pałacu Zjazdów i jego słynnej sali bankietowej na najwyższym piętrze wystarczy bilet na występy baletu, koncerty gwiazd piosenki. Tom Jones wystąpi tam 15 i 16 września.

Dwaj panowie w kiepce

Z Leninem po staremu. Wejście do mauzoleum jest bezpłatne, wtorki, środy, czwartki, soboty od 10 do 13, torby i plecaki należy zostawić w przechowalni w sadzie Aleksandryjskim. Nieduża kolejka przesuwa się bardzo szybko. Tylko gdy przemaszerujemy wokół kryształowej trumny wodza rewolucji, trafimy do nekropolii pod ścianą kremlowską z mogiłami Stalina, Dzierżyńskiego, Breżniewa i innych wielkich ludzi. W ten sposób zwiedzimy ostatni nienaruszony zabytek minionej epoki - Muzeum Lenina zamknięto, wszystkie pozostałe, z Muzeum Rewolucji włącznie, całkowicie zmieniły ton opisu wydarzeń. Zmieniła się także atmosfera na placu Czerwonym. Pod Muzeum Historycznym - największym muzeum Rosji (ponad pięć milionów eksponatów), bezkarnie sterczą przebierańcy: rudy, piegowaty Lenin i Marks z gruzińskim akcentem. "Tylko pięćdziesiąt rubli za fotografię z twórcami marksizmu-leninizmu" - zachęca Iljicz, smażąc się na słońcu w czarnym garniturze i charakterystycznej kiepce (cyklistówce).

Dla młodszych pokoleń moskwian najsłynniejszym człowiekiem w kiepce nie jest Lenin, tylko mer Moskwy Jurij Łużkow. Prawdziwym pomnikiem Łużkowa stał się ogromny, widoczny niemal z każdego punktu Moskwy sobór Chrystusa Zbawiciela (metro Kropotkinskaja). W ciągu kilku lat w dzień i noc na miejscu świątyni, wysadzonej w powietrze w 1931 roku (patrz fotografie eksponowane w dolnej cerkwi soboru), wznoszono mury z żelazobetonu. W stachanowsko-pstrowskim tempie uporano się z wystrojem - na frontonie plastikowe rzeźby imitują brąz. Niezgrabny tułów soboru stał się symbolem odrodzenia Rosji, co zamknęło usta przeciwnikom mera i ustrzegło budowniczych od kontroli finansowych.

W sposób równie zdecydowany i kontrowersyjny jak Stalin Łużkow zmienił oblicze Moskwy. Stolica zawdzięcza mu luksusowe hotele, ale też wieżowce ze śmiesznymi czubami; kiczowate pomniki i regularnie łatany asfalt jezdni, uporządkowane podwórka. Przy placu Czerwonym od fundamentów wzniesiono sobór Kazański, Wrota Woskriesieńskie oraz przytuloną do nich miniaturową kaplicę Matki Boskiej Iwerskiej, gdzie, wjeżdżając na plac, odmawiali modlitwę carowie. Metr po metrze zabudowano hektary asfaltu, czyli sąsiadujący z Czerwonym plac Maneżowy. Trójpoziomowy kompleks rekreacyjno-handlowy (najdroższe sklepy w Moskwie!) upiększają fontanny, balustrady, przezroczyste kopuły, największa z figurą patrona Moskwy, świętego Jerzego zabijającego smoka. Jaki jest gust Łużkowa i jego nadwornego artysty Zuraba Ceretelego, każdy widzi, ale trzeba przyznać i to, że w sercu stolicy jest gdzie usiąść, co zjeść i wypić. Między Maneżem, Kremlem i hotelem Moskwa kwitnie życie turystyczne miasta. Tu pod otwartym niebem trwa permanentny karnawał, popisują się zespoły ludowe, teatry uliczne.

"Na tle Puszkina fotografuje się rodzina"...

Spod Kremla rozchodzą się promieniście w cztery strony świata główne trasy imperium. Ulica Twerska (była Gorkiego) konsekwentnych zawiedzie aż do Petersburga. Spod odnowionego hotelu National ruszamy dość ostro w górę, nie zastanawiając się nad profesją spacerujących tu panienek. Naprzeciwko Centralnego Telegrafu (1927, pierwsza budowla na Twerskiej po rewolucji, jezdnię poszerzono o sześć metrów) zboczymy do zaułka Kamergierskiego. MChAT pod kierownictwem Olega Tabakowa przeżywa renesans i widzowie kupują bilety z wyprzedzeniem. Kamergierski i przyległe ulice wabią licznymi knajpkami, pokrzepieni herbatą z samowara i okrągłym bublikiem rześko wspinamy się dalej. Oto, proszę wycieczki, stylizowany na staroć, toporny pomnik księcia Jurija Dołgorukiego, założyciela grodu, a dokładniej - fundatora pierwszego drewnianego Kremla. Dobrze zaopatrzona, lecz duszna księgarnia Moskwa, bogato zdobiony sklep Jelisiejewa - wcześniej był tu salon Zinaidy Wołkońskiej, gdzie bywał Mickiewicz. Plac i spiżowy Puszkin w napoleońskiej pozie.

Pomnik Aleksandra Siergiejewicza jest wymarzonym miejscem randek i spotkań - nie sposób się zgubić, można poczekać na półkoliście rozstawionych ławkach. Pod ziemią zbiegają się trzy stacje metra: Puszkinskaja, Twerskaja i Czechowskaja. Rozległy plac wokół pomnika wart jest obejścia go krok po kroku. W epoce Breżniewa pod Puszkinem dysydenci protestowali przeciwko łamaniu praw człowieka. Podczas pierestrojki przed redakcją "Moskiewskich Nowosti" działał uliczny klub dyskusyjny. Po schodach kina Puszkińskiego w trakcie niedawnego Moskiewskiego Festiwalu Filmowego kroczył Jack Nicholson. O nasze względy konkuruje co najmniej tuzin jadłodajni. Zasobni usiądą w Kafe Puszkin - świetna kuchnia, obsługują najprzystojniejsi kelnerzy w mieście; rusofile wybiorą niedrogie Jołki-Pałki. Najoszczędniejsi wypatrzą zieloną budkę z szyldem Kartoszka i spałaszują upieczony w folii kartofel z farszem - pychota!

Na przystanku pod gmachem "Izwiestii" wszystkich najedzonych zaprasza trolejbus numer 1. Rozklekotany, z połatanymi siedzeniami. Twerska ma prawie cztery kilometry, trzeba oszczędzać siły. Mijamy kolejnego poetę - Majakowskiego w granicie. Wreszcie - koniec Twerskiej i cel naszej całodziennej podróży - opiewany w pieśniach i filmach Dworzec Białoruski. Tu w eszelonach z Berlina zakończyli swój sławny szlak bojowy weterani wojny. Tu w modnym klubie Griaznyje Tancy (wejście z boku dworca) ich prawnuki do 6 rano tańczą w czwartki kawałki latynoskie, w pozostałe - co popadnie.

Stary i Nowy Arbat

Wozdwiżenka (dawny prospekt Kalinina) na przecięciu z Sadowym Kolcem rozdwoi się na Stary i Nowy Arbat. Łatwo je odróżnić: Nowy to jednakowe wieżowce epoki Breżniewa, na końcu jeden oryginalny w formie otwartej książki - gmach merostwa, de domo RWPG. Trzymając się z należytym szacunkiem z dala od fasady Białego Domu (do niego Jelcyn kazał strzelać czołgom), arteria przechodzi w zabudowany stalinowskim empire'em prospekt Kutuzowski. Gdy z prawej strony wśród prostokątnej architektury pojawi się bęben, to znaczy, że dojechaliśmy do panoramy bitwy pod Borodino. Trzy tysiące figur, 115 metrów długości i 15 wysokości.

Łuk Triumfalny upamiętnia zwycięstwo nad Napoleonem. Za nim triumf artystyczny Ceretelego, czyli Góra Pokłonnaja, muzeum drugiej wojny światowej. Deptak spacerowy wśród setki fontann. Najprzyjemniej tu wieczorem, gdy mniej widać obelisk z boginią Nike, którą złośliwcy ochrzcili "karaluchem z trąbką".

Stary Arbat mimo nowoczesnych plomb niewiele się zmienił. Mało gmachów, przeważają mieszczańskie kamienice, tu i ówdzie pojawi się pałacyk. Secesja, klasycyzm. Nie ma pereł architektury, ale cała ta część miasta - od Sadowego Kolca do rzeki Moskwy - to rezerwat.

"Ty tiecziosz, kak rieka, sławnoje nazwanije"... Kilometrowa ojczyzna poetycka Okudżawy zaczyna się przy restauracji Praga (metro Arbatskaja) i kończy ministerstwem spraw zagranicznych przy metrze Smolenskaja. Ulica naprawdę przypomina rzekę - w godzinach szczytu płynie głowa przy głowie.

Poeta mieszkał przed wojną w domu numer 43. Nie ma żadnej tablicy pamiątkowej, a na studziennym podwórzu niedawno wybudowano elegancki pawilon, wycinając drzewa, posadzone w dzieciństwie przez Okudżawę. Rekompensatą ma być pomnik: Okudżawa z brązu kroczy po Arbacie. Dobrze, że bohater nie widział projektu...

Pod numerem 51 mieszkał pisarz Anatolij Rybakow, autor "Dzieci Arbatu", hitu pierestrojki, i to nie koniec wielkich imion na tej krótkiej ulicy - Andriej Bieły i Aleksander Puszkin mają tu własne muzea, Puszkin także komiczny pomnik.

Króluje na Arbacie nie literatura, ale tania gastronomia i stragany z tandetą dla turystów: matrioszki, czapki uszanki, koszulki z Leninem, Stalinem, Putinem. Malarze malują, milicjanci legitymują, tuzin aktorów ulicznych nie żałuje gardeł.

Mało kto z przyjezdnych zapuszcza się w zaułki, wąskie, zacienione, pachnące stuletnim kurzem. Same ich nazwy przypominają o pierwszych mieszkańcach. Zaułek Płotnikowski, wiadomo, mieszkali tu płotnicy, czyli cieśle; Kałoszyn - widać robiono kalosze. Kriwoarbacki, bardzo romantyczny, załamuje się pod kątem prostym. Trudniej rozszyfrować zaułki Dienieżnyj i Sieriebrianyj - czyżby bito tu pieniądze, w dodatku srebrne?