Południowa Jordania. Na ziemi Beduinów

Warto tu przyjechać nie tylko dla starożytnej Petry i cudownej czerwonej pustyni Wadi Rum. Prawdziwym skarbem Jordanii są ludzie
Samolot odlatuje z Ammanu tuż przed 22. Przysypiamy, zmęczeni całodzienną podróżą i przesiadkami. Po godzinie czarna czeluść pod nami zaczyna migotać. Światła stają się coraz wyraźniejsze - układają się w kształt gwiazd, rombów, naszyjników. Za chwilę wylądujemy w Akabie, celu naszej podróży.

***

Akaba, jedyny port Jordanii, leży w zatoce Morza Czerwonego między Półwyspem Arabskim a Synajem. Jordański odcinek wybrzeża liczy tylko 26 km, reszta należy do Arabii Saudyjskiej, Izraela i Egiptu (z plaży przy naszym hotelu widać jak na dłoni Ejlat). Niegdyś granica z królestwem saudyjskim przebiegała kilka kilometrów od Akaby. Z powodu ciasnoty miasto nie mogło się rozwijać. W 1965 r. król Husajn odstąpił Saudyjczykom

6 tys. km kw. pustyni w zamian za 12 km wybrzeża. Akaba zyskała ziemię i dostęp do wspaniałych raf koralowych. Wzdłuż wybrzeża wyrosły hotele z prywatnymi plażami i ośrodki dla nurków. W 2001 r. Jordańczycy utworzyli tu specjalną strefę ekonomiczną (ASEZ), kusząc inwestorów ulgami i ułatwieniami. Miasto zamieniło się w wielki plac budowy, a liczba mieszkańców wzrosła w ciągu kilku lat z 70 do 92 tys. Naprzeciwko naszego hotelu połacie pustynnej ziemi ogrodzono solidnym płotem. Wkrótce stanie tu Saraya Aqaba - luksusowa dzielnica z hotelami, centrami handlowymi, ogrodami i sztuczną laguną (otwarcie w 2009 r., koszt ponad 800 mln dol.). Równocześnie buduje się druga podobna oaza luksusu - Ayla, czyli Arabian Venice.

Centrum Akaby jest raczej nowoczesne, nijakie, bez charakteru. Można tu robić głównie jedno - zakupy, także bezcłowe (w tym celu zjeżdżają tu Saudyjczycy). W 1998 r. amerykańscy archeolodzy odkryli w północnej części miasta kościół z końca III w. n.e. Jordańczycy ogłosili, że mają najstarszą świątynię chrześcijańską na świecie, starszą o kilkadziesiąt lat od Bazyliki Grobu Świętego w Jerozolimie i kościoła Narodzenia w Betlejem (oba z IV w.). A nad brzegiem morza odkryto mury i bramę wczesnośredniowiecznego miasta Ayla (tak do XIV w. nazywała się Akaba) oraz fort zbudowany w XVI w. przez Mameluków.

***

Na razie zostawiamy Akabę, by zobaczyć dwa największe skarby Jordanii - Petrę (ok. 100 km) i Wadi Rum (ok. 40 km). Pierwsze zaskoczenie - tuż za rogatkami miasta krajobraz zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Z zielonej, pełnej palm oazy wjeżdżamy na kamienistą pustynię w kolorze miodu przeciętą szarą nitką szosy. W promieniu wielu kilometrów nie widać żadnych zabudowań. Ale tu i ówdzie, pośrodku pustkowia siedzą ludzie.

- Co w tym dziwnego? - wzrusza ramionami Nyazi, nasz przewodnik i kierowca. - Na pewno mieszkają gdzieś w pobliżu. I dodaje filozoficznie: - Są przecież u siebie, ich domem jest pustynia.

Po dwóch godzinach szosa zaczyna wspinać się zygzakiem - zbliżamy się do Petry. Miasto leży na stokach masywu Dżabal asz-Szara, zbudowali je, a właściwie wykuli w skałach Nabatejczycy - lud semicki, który przywędrował z Półwyspu Arabskiego w VI w. p.n.e. Wiele źródeł podaje, że Nabatejczycy nigdy nie stworzyli państwa sensu stricto, tylko strefę wpływów z ośrodkiem w Petrze (w najlepszych czasach kontrolowali deltę Nilu, Synaj i południową Syrię). Byli rolnikami i pasterzami, jednak największe zyski czerpali najpierw z rabowania karawan, a potem z opłat za ich ochronę i "serwisowanie". Petra, dzięki położeniu na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych, w krótkim czasie stała się zasobnym i ludnym miastem. Na przełomie tysiącleci liczyła 30 tys. mieszkańców. Jej bogactwa przyciągały licznych najeźdźców, ale Nabatejczykom udało się utrzymać względną niezależność do 106 r. n.e., do ostatniego najazdu Rzymian. Po podziale imperium Petra znalazła się w granicach cesarstwa bizantyjskiego, utworzono tu biskupstwo, a wiele budowli przerobiono na kościoły. Z biegiem lat jednak podupadła i wyludniła się, m.in. wskutek rozwoju handlu morskiego i trzęsień ziemi. Świat o niej zapomniał, a o jej istnieniu wiedzieli tylko miejscowi Beduini.

Pierwszym człowiekiem, który odkrył ją na nowo był szwajcarski podróżnik Johann Ludwig Burckhardt (1784-1817) - dotarł tu w 1812 r., podobno udając muzułmańskiego pielgrzyma (rok później odkrył Abu Simbel, jako jeden z pierwszych Europejczyków dotarł też do Mekki i Medyny; umarł na dezynterię w wieku 33 lat, pochowany jest w Kairze).

Do dziś odkryto w Petrze ok. 800 budowli, w tym 500 grobowców - to zaledwie niewielka część dawnej metropolii (przewodnik Lonely Planet podaje, że ok. 5 proc.). Budowniczy nabatejscy kuli je w skałach i zdobili wspaniałymi fasadami, łącząc motywy grecko-rzymskie i orientalne.

***

Można tu buszować przez wiele dni, zapuszczając się w boczne wąwozy i na rzadziej uczęszczane ścieżki. My mamy tylko parę godzin i jak większość turystów nie zejdziemy z głównego traktu, który można pokonać także na osiołku, konno lub bryczką zaprzężoną w chudą szkapinę.

Do serca Petry prowadzi ponadkilometrowy wąwóz Siq, którego ściany rozstąpiły się na skutek trzęsienia ziemi. Gdyby je złączyć, w wielu miejscach pasowałyby do siebie idealnie. Wlot do wąwozu Nabatejczycy zwieńczyli wielkim łukiem (runął w końcu XIX w.), a w ścianach wydrążyli kanały, którymi płynęła do miasta woda. Siq jest wysoki (do 200 m) i wąski (miejscami 2 m), prawie cały czas idziemy w cieniu, a pędzące na łeb, na szyję bryczki z turystami mijają nas ledwie o włos. Kolory (żółć, róż, czerwień, rdza) oraz faktura skał (pasy, prążki, żyłki, zacieki) przywodzą na myśl malarskie kompozycje. Chwilami mam wrażenie, że jestem w tunelu wydrążonym w gigantycznym sękaczu. Wspaniałego dzieła natury dopełnił człowiek, rzeźbiąc w pionowych ścianach posągi, portale, nisze...

Wąwóz wyprowadza nas na piaszczysty plac, nad którym góruje najsłynniejsza budowla Petry - Skarbiec (al Khazneh) z przełomu tysiącleci. Był to grobowiec nabatejskiego króla Aretasa III, a nazwa wzięła się z legendy o skarbie ukrytym tu przez jednego z faraonów. 43-metrową fasadę budowniczy wtopili w skalny blok. Dolna kondygnacja to sześć potężnych kolumn z ozdobnymi kapitelami dźwigających rzeźbiony tympanon. Nad nim figura prawdopodobnie nabatejskiej bogini al Uzza (lub też greckiej bogini szczęścia Tyche), a po bokach w niszach dwie uskrzydlone Wiktorie i kilka kamiennych postaci o nieustalonej tożsamości. Całość zadziwia lekkością, harmonią i złoto-rudym kolorem, którego odcienie zmieniają się w zależności od pory dnia i kąta padania promieni słonecznych. Za wspaniałą fasadą kryje się puste, surowe wnętrze - czworoboczny hol z mniejszym pomieszczeniem z tyłu.

Na placu wrze jak w ulu. Sprzedawcy krążą z naręczami naszyjników i bransoletek. Kilkuletni chłopcy na osiołkach nagabują turystów: - Donkey, donkey? Turyści robią sobie zdjęcia na wielbłądach albo przesiadują w cieniu Skarbca.

Szeroka, pylista droga, tzw. Ulica Fasad, prowadzi dalej do nieźle zachowanego amfiteatru (zbudowali go Nabatejczycy w pierwszych latach naszej ery, pierwotnie miał 3 tys. miejsc, Rzymianie przebudowali go i powiększyli prawie trzykrotnie) oraz kolejnych świątyń, grobowców i grot. Na skałach, na których wprawna ręka wykuła proste, geometryczne ornamenty, wygrzewają się jaszczurki. Nyazi mówi, że do niedawna w grotach Petry mieszkali ludzie. On sam, dziś zamożny biznesmen, właściciel dobrze prosperującego biura podróży, też się tu urodził. W latach 80. XX w. wszystkich wysiedlono do zbudowanej obok wioski. Sprzedawcy pamiątek oraz właściciele osiołków i wielbłądów to właśnie dawni mieszkańcy Petry.

W 1985 r. Petrę wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

Jednodniowy bilet do Petry - 21 dinarów, dwudniowy - 26, trzydniowy - 31

***

Jordańczycy twierdzą, że Wadi Rum jest jedną z najpiękniejszych pustyń na świecie. - To wyjątkowe miejsce - wzdycha Nyazi. - Byłem tu już z tysiąc razy i pewnie będę drugie tyle. I za każdym razem jest to dla mnie święto.

Nie dziwię się Nyaziemu. Wadi Rum jest absolutnym cudem natury. Jego urodę rozsławił w książce "Siedem Filarów Mądrości" Thomas Edward Lawrence (1888-1935) - brytyjski orientalista, pułkownik i agent wywiadu, współorganizator powstania Arabów przeciw Turkom w czasie I wojny światowej. Wspaniałe pejzaże pustyni "zagrały" w słynnym filmie Davida Leana "Lawrence z Arabii" z 1962 r.

Wadi Rum to ziemia Beduinów, zamieszkana od 800-600 r. przed Chrystusem (Nabatejczycy przybyli tu w IV w. p.n.e.). Szacuje się, że dzisiaj żyje na pustyni 5 tys. Beduinów (najliczniejsze plemię to Huweitat). Ok. 40 rodzin wciąż koczuje ze stadami kóz, owiec i wielbłądów, większość jednak osiedliła się w wioskach i zajęła uprawą roli oraz obsługą turystów.

W 1988 r. decyzją Royal Society for the Conservation of Nature Wadi Rum zostało objęte ochroną. Dzisiaj rezerwatem "zarządza" ASEZ, a ruch turystyczny jest ściśle kontrolowany.

Na wycieczkę jedziemy dżipem (można - i z pewnością warto - "zwiedzać" pustynię pieszo lub na wielbłądzie, poza rezerwatem można też uprawiać sporty ekstremalne, np. skakać ze spadochronem). Zachwyt wzbudza tu dosłownie wszystko: czerwień piasku, błękit nieba, aksamitne wydmy, cienie, ślady wielbłądów... Najbardziej niesamowite są skały w kolorze ceglastej czerwieni, którym długotrwała erozja nadała fantazyjne kształty. Przypominają grzyby, torty, sterty naleśników, jęzory lawy, strzeliste katedry z wieżyczkami...

Zaczyna zmierzchać, a chcemy jeszcze dotrzeć do punktu widokowego na zachód słońca. Kierowca dodaje gazu i przez kilka minut gnamy przez wydmy. Zdążamy w ostatniej chwili. Słońca już wprawdzie nie widać, ale niebo migoce jeszcze zjawiskowo odcieniami żółci i czerwieni.

Wstęp na Wadi Rum 2 dinary od osoby, 5 od samochodu

***

Wracamy do Akaby, gdzie wolne przedpołudnie spędzamy na zakupach. W centrum pytamy o suk. - To jest właśnie suk - słyszymy. Przeważają supermarkety, sklepy z elektroniką, gospodarstwem domowym i tandetnymi pamiątkami - na pewno nie wygląda to jak kolorowy bazar z "Tysiąca i jednej nocy". Jesteśmy trochę rozczarowane. Do głowy nam nie przychodzi, że utkniemy tu na kilka godzin, zapominając o bożym świecie. Spróbujemy rewelacyjnego soku z mango i kawy parzonej w tygielku z cukrem i kardamonem, placków pieczonych na gorącej płycie, kupimy przyprawy, chałwę z pistacjami i przepyszne daktyle, a nade wszystko doświadczymy nadzwyczajnej serdeczności. Where are you from? Aaa, Bolanda. Welcome! You are most welcome! - usłyszymy od wielu przygodnych osób. I po raz kolejny przekonamy się, że życzliwi mieszkańcy potrafią przemienić mało ciekawe miasto w miejsce magiczne.

Niemal każde wejście do sklepu kończy się pogawędką, częstowaniem kawą i wymianą adresów. Przy jednej z głównych ulic w sklepie z biżuterią kupujemy dwa niedrogie wisiorki w formie blaszek z wersetami z Koranu, po czym dwie pary kolczyków dostajemy w prezencie! Sprzedawca nie chce być anonimowy i przedstawia się: Waleed Al Deeb. Przy kawie opowiada, jak w 1966 r. otworzył w Akabie pierwszy sklep z biżuterią (teraz ma ich pięć). Na koniec mówi, żebyśmy przed wyjazdem koniecznie go odwiedziły. Nazajutrz przekonujemy się, że nie była to tylko kurtuazja - gdy przechodzimy koło sklepu, pan Waleed wybiega nam na spotkanie i zaprasza na kawę.

Kilka ulic dalej wpada nam w oko "blaszak" z fajkami wodnymi, kawą, herbatą, przyprawami usypanymi w stożki i ciasno upchniętymi na półkach sięgających sufitu. Sprzedawca aż podskakuje na nasz widok. - Hello, my friends! - woła i bez ceregieli wciąga nas do środka. Wyjmuje małe szklaneczki i nalewa do nich z termosów kolorowe herbaty: - Drink! Jasnożółta ma smak cytrynowy, rubinowa (z hibiskusem) - kwaskowaty, a czarna pachnie miętą. Wszystkie pyszne - kupujemy! Teraz pora na kawę. Fadel (zdążył już wcisnąć nam wizytówki: "Przyprawy Fadela al Baby. Menedżer: Fadel al Baba") tłumaczy, że to nie byle jaka kawa, ale wyjątkowa mieszanka dwóch gatunków mielona na miejscu. Teatralnymi, zamaszystymi ruchami, pilnując, byśmy wszystko dobrze widziały, miesza kilka garści ziaren z garścią proszku imbirowego i włącza stary, wielki młynek. - You want? One kilo? - przekrzykuje huczącą maszynkę. Przedstawienie jest tak sugestywne, a kawa pachnie tak wspaniale, że kupujemy po paczuszce. Na koniec próbujemy różnych przypraw, z których najbardziej smakuje nam oregano z prażonym sezamem i zmielonymi orzechami. Nie ma rady - bierzemy. Fadel odważa od razu po pół kilo, ale twardo protestujemy.

Odliczając dinary, kręcę z niedowierzaniem głową. Przecież nie chciałam aż tyle kupować, a taszczę do hotelu pełne siatki! Mówię więc Fadelowi, że jest prawdziwym mistrzem w swoim fachu. Ten promienieje: - You broke my heart!

Kiedy wieczorem przy kolacji opowiadamy nasze przygody, Nyazi kiwa z zadowoleniem głową. Mówi, że w Akabie wszyscy się znają (okazuje się, że pan Waleed to jego dobry znajomy), a przyjaźnie trwają całe życie. Zgodnie stwierdzamy, że warto przyjechać tu nie tylko dla rafy i pięknych plaż, ale przede wszystkim dla ludzi.

***

Próbuję wyobrazić sobie, jak będzie wyglądać to miasto za kilkanaście lat. Czy w luksusowym kurorcie, jakim pewnie się stanie, znajdzie się miejsce dla sklepiku z przyprawami Fadela al Baby?

W sieci

http://www.aqaba.jo

http://www.go2petra.com

http://www.wadirum.jo

http://www.visitjordan.com

Garść informacji

•  Waluta: dinar jordański,1 dinar = 1,42 dol.

•  Dojazd: bilet Air France Warszawa - Amman ok. 2000 zł (http://www.airfrance.com/pl), autobus Amman - Akaba 3,5-5 dinarów (4-5 godz.)

•  W Polsce nie ma ambasady Jordanii, wizę dostaniemy na większości przejść granicznych, jednokrotna 10 dinarów, wielokrotna 20, opłata wyjazdowa 10 (lotnisko) lub 5 (inne przejścia). Uwaga - wiza jest bezpłatna, jeśli granicę przekraczamy w Akabie bądź w innym miejscu, ale pod warunkiem, że w ciągu 48 godzin zameldujemy się w biurze wizowym Zarządu Specjalnej Strefy Ekonomicznej w Akabie, wówczas zostaniemy też zwolnieni z opłaty wyjazdowej

•  Lata są bardzo suche i gorące - 30-40 stopni, między listopadem a kwietniem 16-22 stopni