Daisuke Nakanishi, ekonomista, od 1998 r. w rowerowej podróży dookoła świata*

Serce zostało w... Ameryce Południowej
Tam miałem najdłuższy przystanek w rowerowej wyprawie - przez rok mieszkałem w Chile, uczyłem się języka i historii. Ludzie są bardzo przyjaźni, miałem też wiele przygód. W Brazylii przypadkiem spotkałem Pelego, kiedy indziej natknąłem się na Jimmiego Cartera. Teraz wybieram się do Lecha Wałęsy, ale tę wizytę chcę umówić.

Dojechałem tam...

Wszystko zaczęło się na studiach. Podczas wakacji jeździłem na rowerze po różnych krajach. W 1990 r. wybrałem się z Los Angeles do Nowego Jorku - zajęło mi to półtora miesiąca, więc zrozumiałem, że to nie takie trudne. Potem byłem w Australii, następne wakacje zajęła mi trzymiesięczna podróż z Londynu do Egiptu. Włóczyłem się też po Azji, głównie po Indiach i Nepalu. Ale to były krótkie wyprawy, po dwa-trzy miesiące, marzyło mi się coś dłuższego, chciałem poznać więcej miejsc. Przez sześć lat zbierałem pieniądze. W 1998 r. poleciałem wreszcie do Anchorage na Alasce i przez Kanadę, USA i Amerykę Środkową dotarłem do Peru. Stamtąd poleciałem do Europy, zahaczyłem wtedy o Polskę. W 2000 r. przeprawiłem się przez Gibraltar i rok później dotarłem do RPA. Potem była Azja (Tajlandia, Kambodża, Malezja, Brunei) i Oceania, skąd wróciłem do Ameryki Południowej. Wtedy właśnie mieszkałem w Chile. W 2005 r. ruszyłem przez Brazylię, Gujanę i Wenezuelę na wschodnie wybrzeże Kanady, stamtąd poleciałem do Paryża, a potem przyjechałem do Polski. Na liczniku mam teraz 98 tys. 105 km.

Niezapomniany dzień...

Wszystkie są niezapomniane. Najpiękniejsze są te, gdy poznaję ludzi. Wiele razy zdarzyło mi się, że ktoś mnie rozpoznał. - O, to ten japoński rowerzysta! - krzyczą. Rozmawiamy parę minut i zwykle zapraszają mnie do domu. To szalenie miłe. Pamiętam też piękny dzień w Berlinie, była akurat 10. rocznica zburzenia muru, wielkie święto. I w Zimbabwe, gdzie trafiłem na całkowite zaćmienie słońca. Pamiętam też najgorsze dni - w Kenii przez dwa tygodnie chorowałem na najgroźniejszą odmianę malarii (na szczęście było to w Nairobi, a nie gdzieś na sawannie, mogłem kupić lekarstwa), a raz poważnie się wywróciłem, połamałem obydwa koła i potłukłem się tak bardzo, że nie mogłem się podnieść (po godzinie czy dwóch jakiś kierowca ciężarówki zabrał mnie do szpitala).

Najlepsze wakacje...

Oczywiście na rowerze. Wiele osób pyta, czy to nie jest męczące, a to tylko kwestia woli (kondycja to sprawa drugorzędna, trzeba tylko wystarczająco jeść). Chociaż bywa ciężko. Najtrudniej jedzie się w upale (gdy temperatura przekracza 40 stopni zatrzymuję się w cieniu, a poruszam wczesnym rankiem i późnym popołudniem), no i gdy wieje wiatr. W Patagonii był tak silny, że nie dawałem rady nawet pchać roweru. Przy dobrej pogodzie pokonuję dziennie 100-150 km. Uwielbiam też chodzić po górach. Wdrapałem się na Aconcaguę [najwyższy szczyt Ameryki Południowej, 6960 m, Argentyna], Sajamę [najwyższy szczyt Boliwii, 6520 m], Kilimandżaro [najwyższy szczyt Afryki, 5895 m]. W Andach poznałem świetnych Argentyńczyków, niestety później dowiedziałem się, że jeden z nich zginął parę dni po naszym rozstaniu - spadł w przepaść.

W Polsce lubię...

Znam właściwie tylko Kraków - oczarował mnie. Byłem też w Auschwitz. Poza tym muszę powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, jesteście nieśmiali - niewiele osób próbuje ze mną rozmawiać, może nie znają angielskiego? Po drugie, macie szalonych kierowców, jeździcie bardzo szybko i niebezpiecznie. Najgorsze są ciężarówki. W miastach brakuje osobnego pasa dla rowerzystów, a wystarczyłby przecież metr asfaltu przy krawężniku. Na Słowacji jest znacznie lepiej.

Podróżuję z...

rowerem. To skrzyżowanie kolarki z góralem. Zabrałem go z Japonii, ale wiele części po drodze wymieniłem - siodełko, koło, łańcuch, pedały. Dętki zmieniałem 62 razy. Rower to mój dom. Bagaż waży około 70 kg - prócz sprzętu kempingowego, narzędzi, ubrań i map mam parę książek i aparat fotograficzny.

Mój ulubiony hotel...

Rzadko w nich sypiam, wolę u przyjaciół. Mam ich już ponad 300. Poza tym nie stać mnie na hotele. Łatwo jest wydawać pieniądze, ale gdy one się skończą, skończy się też moja przygoda. Na razie wydałem około 40 tys. dol. - wcale nie tak dużo, gdy podzielić przez 8 lat. Zwiedzanie świata na rowerze to także tani sposób na życie.

Niebo w gębie poczułem w...

Tyle razy, że już nie pamiętam! W każdym kraju jest znakomite jedzenie. Najbardziej lubię to domowe. Nie wybrzydzam, jem wszystko, co mi podają.

Nigdy więcej nie powrócę do...

Centralnej Afryki: Gwinei Równikowej, Gabonu, Kamerunu. Tam jest niebezpiecznie, wciąż zamieszki, mnóstwo wojska i policji. Na dodatek w Gabonie unieważnili mi wizę i musiałem kupić kolejną (w sumie 140 dol.). Źle się tam czułem. Chociaż ludzie są przeważnie mili, jak wszędzie.

Wkrótce będę w drodze do...

Białorusi. Dostałem wizę tylko na trzy dni, więc zrobię małe kółko i jadę dalej. Przez Litwę, Łotwę i Estonię chcę dotrzeć do Finlandii i dalej do Moskwy. Zimę spędzę gdzieś na południu, pewnie w Tunezji. W przyszłym roku Grecja, Turcja, Izrael, Egipt, potem Półwysep Arabski, Indie i Chiny. W domu pojawię się za jakieś trzy lata, czekają tam rodzice i brat. Po powrocie napiszę książkę, będę też musiał znaleźć pracę.

Wymarzony cel podróży:

Znam 78 krajów - liczę, że jeszcze 40 przede mną. To jest mój cel.

* Daisuke Nakanishi ma 36 lat, pochodzi z Osaki w Japonii

http://www.daisukebike.be

daisukebike@hotmail.com