Świnka

Cusco, Peru, 2001 rok. Spaceruję wąskimi uliczkami, zaglądam do sklepików. Sprzedawcy prawie siłą wciągają do środka, częstują herbatą z koki
W środku bałagan, pod sufitami wiszą kolorowe swetry i czapki, w wielkich koszach pod ścianami zalegają tysiące metalowych precjozów, choćby ptaki na szpilkach do upinania włosów albo lamy wielkości małego palca.

Moją uwagę przyciąga gliniana świnka z dziurą w plecach, która stoi na drewnianej półce. Wazon? Naczynie rytualne? Skarbonka? Wygląda na starą. Gruba Indianka już mi ją podaje. - Ooo, senora! To stara, prekolumbijska rzecz - cmoka. - Przypadkiem wykopana. Jedyna taka.

- Ile? - pytam.

- Ooo, senora! Sto soli (wtedy ok. 100 zł).

Nie stać mnie na prekolumbijską świnkę. Odkładam. Kupuję za dwa sole ptaka na szpilce.

Następny sklepik, tuż obok. Jest moja świnka. Biorę ją do ręki. Sprzedawca raczy mnie tę samą historią o starożytnej, jedynej w Peru śwince. Pięćdziesiąt soli. Wychodzę.

Gliniana świnka jest oczywiście i w trzecim sklepie. Absolutnie oryginalna, prekolumbijska. Na dowód starożytności sprzedawczyni pokazuje mi, że zwierzę wciąż ma na zadzie fragmenty błota z wykopalisk. Dziesięć soli. Biorę.