Leszek Szurkowski, fotograf, grafik, entomolog, mieszka w Warszawie i Toronto

Serce zostało w Rogalinie. A potem w Kyoto, w Oaxaca i - zawsze - w Wenecji. Ale pierwszy i najważniejszy jest Rogalin
W ogólniaku, zamiast gonić za koleżankami, jeździliśmy tam z kolegą łapać owady. Niesamowite wrażenie robi kozioróg dębosz, kiedy leci w powietrzu i szumi - wygląda jak ptak, a jest chrząszczem. Bywało, że do rana łapaliśmy w parku lub w dębinie ćmy, a potem pieszo wracaliśmy kilkanaście kilometrów do Poznania. Ojciec kolegi był dyrektorem muzeum i mieliśmy dostęp do sal pałacu Raczyńskich, na taras zamku. Kąpaliśmy się w oczkach wodnych starorzecza Warty, łowiliśmy ryby. Wracam do Rogalina. To miejsce wciąż ma magię, jakąś specjalną energię.

Potem znalazłem jeszcze parę - aby miejsce odkryć, trzeba do niego wracać, trzeba czasu, by skupić się na szczególe. Do Wenecji, w której Europa Wschodnia łączy się z Zachodnią, wracałem 12, 13 razy. W tym mieście fascynuje mnie to, że jest ono rzeczywistością wymyśloną, wykreowaną przez człowieka między wodą a ziemią. Tamtejsze światło, woda, układ terenu, architektura są nie do zastąpienia. To dla mnie jako fotografa ważne. Włóczyłem się po Wenecji chyba o każdej porze dnia i roku i wiem, jak ona się zmienia. Zawsze odkrywałem w niej coś nowego, widziałem ją trochę inaczej. Jej historia jest opisana, można ją objąć - a zarazem Wenecja jest nie do ogarnięcia.

Innym miejscem jest Oaxaca - miasto w najbiedniejszym stanie Meksyku, 1400 m n.p.m. Noce są tu chłodne, a dni przyjemnie rześkie. Założył je Fernando Cortez w miejscu, w którym zbiega się siedem dolin, do dziś zamieszkanych przez Indian z różnych plemion. Czuje się tu kumulację i emanację wielu wieków i kultur. Po pierwszych katolickich kolonizatorach pozostały złocone barokowe kościoły i czarnoskórzy święci, jako że trafiło tu dużo niewolników z Afryki. W XIX w. do Oaxaca przyjechało wielu kolonizatorów niemieckich, którzy wprowadzili swoje zwyczaje. Codziennie o szóstej rano i o szóstej wieczorem na głównym placu, gdzie stoją "sukiennice", rosną platany i znajduje się gazibo czyli muszla koncertowa, garnizonowa orkiestra gra... wiedeńskie walce! Górzyste okolice są fascynujące - w pobliżu Oaxaca znajduje się trzecie co do wielkości skupisko piramid w Meksyku, Monte Albán. Byłem w iluś sławnych miejscach w tym kraju i nic, uciekałem z nich - a do Oaxaca wracałem kilkakrotnie.

Innym "moim" miejscem jest Kyoto w Japonii - przeciwieństwo wielkiego, hałaśliwego Tokio. Różnica między nimi jest podobna do różnicy między Warszawą a Krakowem. Kyoto to mniejsze, spokojne, zanurzone w przyrodzie miasto. Daje wyobrażenie o Japonii z dawnych wieków.

Niezapomniany dzień...

był właściwie chłodną sierpniową nocą. Leżałem na nagrzanej słońcem skale na wyspie pośrodku jeziora na granicy Manitoby i Ontario w Kanadzie i patrzyłem na niebo, po którym przesuwały się z charakterystycznym szumem zorze polarne. Często spędzałem tam weekendy w domku przyjaciół (wtedy przenosiłem się z Winnipeg do Toronto i przyjechałem ostatni raz). Wskutek awarii w połowie stanu nie było prądu. Nie było też wiatru - jezioro gładkie jak lustro. I cisza. Po niebie przesuwały się fluorescencyjne zasłony: róż, zieleń, niebieski, słychać to przesuwanie, charakterystyczny szum, coś jak delikatne pocieranie tkaniny o ciało.

Ciekawe, że...

w Ameryce czujemy się mali wobec ogromu nieba i ziemi. To samo, co na tej skale, czułem też na prerii, gdzie człowiek jest zaledwie kropką na horyzoncie. Widziałem prerie w Manitobie, Saskatchewan, Albercie. Ludzie, którzy tam się urodzili lub mieszkają, są inni, myślę, że skromniejsi, bo pod gigantycznym niebem i wobec bezkresnego horyzontu nauczyli się skali. W tamtejszym klarownym powietrzu nocami niebo jest granatowe, a w tym granacie intensywnie świecą gwiazdy, najbardziej w sierpniu i wrześniu. Tylko na prerii widzi się po jednej stronie burzę, po drugiej słoneczny dzień.

Najlepsze wakacje spędziłem w...

Puerto Escondido, wielokrotnie. To mały port, wioska rybacka nad Pacyfikiem w Meksyku. Jeden z kilku meksykańskich Sopotów, ale inny niż pełne hoteli i turystów Acapulco. Tu hotele są małe i trochę przypominają europejskie. Jest piękna przyroda: siedem różnych plaż, skały wystające z oceanu, jaskinie, żółwie wysiadujące jaja na plażach. To ponoć jedno z najlepszych miejsc surfingowych w Meksyku.

W Polsce lubię...

Zapach lasu, smak pomidorów i bliskość Włoch. Dla mnie las amerykański nie pachnie! Może za silnie zakodował się we mnie zapach Rogalina? Tak samo jest z pomidorami. Dwadzieścia lat mieszkałem w Kanadzie, kupowałem pomidory z Meksyku, z Izraela, z całego świata - nie miały ani smaku ani zapachu pomidora z mojej młodości. No i Polska jest tak blisko Włoch... Kolor, zapach, światło, kuchnia tego kraju są dla mnie niezbędne. Z Kanady miałem do Włoch strasznie daleko, czułem się odcięty.

Mój ulubiony hotel...

Flor de Maria w Puerto Escondido. Zadzwoniłem tam z Toronto, przedstawiłem się, a facet po drugiej stronie, mówi: "Szurkowski, znam, kolarz". Okazuje się, że właściciel był kolarzem amatorem, zresztą Kanadyjczykiem o włoskich korzeniach. Przyjeżdżam, widzę typowy meksykański hotelik, nieco na uboczu: patio, kwiaty, kafejka. Gospodarze Lino i Maria, oboje wykształceni, mieli dość pracy dla dużej korporacji i stworzyli sobie to miejsce: miłe pokoje, znakomita kuchnia, przyjaźni ludzie. Przed wejściem do hotelu unosi się zapach najlepszego francuskiego ciasta - po drugiej stronie uliczki jest malutka kafejka, której właścicielka Meksykanka nauczyła się sztuki kulinarnej w Paryżu! Trzy lata temu okazało się, że Lino i Maria sprzedali hotel parze byłych hippisów (on - fotograf czeskiego pochodzenia), która w młodości przyjeżdżała do Puerto. Prowadzą go na równie wysokim poziomie, a kuchnia jest nadal wspaniała.

Niebo w gębie poczułem...

wielokrotnie, ostatnio najczęściej w domu, dzięki illucuccina w wykonaniu mojej Margotki (illucuccina od nazwy jej firmy "Illulogica"). Wszystko musi brzmieć lekko z włoska... Margotka wymyśla wspaniale potrawy pachnące egzotyką. Illucuccina to kombinacja świeżych ziół z Tajlandii i różnych przypraw, najczęściej azjatyckich, która może się bardzo różnić w zależności od składników. Przepisu jako takiego nie ma.

Na wyprawę zawsze zabieram...

aparat fotograficzny, komputer, bazę danych, scyzoryk szwajcarski i niewiele więcej.

Moja noga nigdy więcej nie postanie w...

Nie powiem: nigdy nigdy, ale moja noga raczej niechętnie postanie w Alicante. To typowy kurort śródziemnomorski, do którego trafiłem przyciągnięty jego sławą, ale po Barcelonie czy Madrycie - niczego w nim nie znalazłem. Nie chcę tam wracać.

Wkrótce będę w drodze do...

Może uda się wyprawa do Kerali w Indiach - w poszukiwaniu kolorów, przypraw i, oczywiście, pięknych kobiet.

Wymarzony cel podróży:

Kuba! Dla mnie ta wyspa zawsze jest libre i zawsze jest gorąca. Zdecydowanie inny świat! Pod względem klimatu taki mógłby być raj. Radośni, fantastyczni ludzie - biedni, ale cieszący się życiem i bardzo życzliwi. A zarazem poczucie, że przyjazd tam jest trochę jak wizyta w przeszłości. Mam świadomość, że za chwilę ten świat zniknie, a wraz z nim zniknie coś, co na Kubie zachowało się dzięki reżimowi i biedzie. Chciałbym tam wrócić na dłużej.