Agnieszka Martinka - autorka książki "Szybsza niż lew" o podróży rowerem wokół jeziora Wiktorii

01.05.2007 00:00

Fot. Magdalena Stopa

Serce zostało na Roztoczu. Tam się urodziłam, tam spędziłam najpiękniejsze wakacje dzieciństwa i tam nadal wracam wielokrotnie w ciągu roku
Nie będę jednak opowiadać o jego urokach, bo turyści niszczą je w sposób okrutny. Zadeptali i zaśmiecili Szumy, zadeptali i zagłuszyli Czartowe Pole, nie chcę, by zniszczyli kolejne piękne, do niedawna jeszcze prawie dzikie miejsca.

Najlepsze wakacje spędziłam w...

Było ich wiele, choćby podróż w latach 70. z rodzicami i rodzeństwem (5 osób w "maluchu") szlakiem bułgarskich i rumuńskich monastyrów, a później 50-dniowa włóczęga dwoma "maluchami" przez Europę i część Azji. Bardzo niezwykłe wakacje spędziłam na samodzielnej wyprawie rowerowej wokół jeziora Wiktorii. Wymagało to ode mnie nie tylko kondycji i wytrzymałości - przejechałam 2000 km - ale też odwagi. Do Afryki wybrałam się sama, wokół jeziora jechałam z czarnym przewodnikiem, z którym nawiązałam kontakt przez Internet, ale którego poznałam dopiero na miejscu. Wspaniałe chwile przeżyłam też ostatniego lata, jadąc rowerem z Tomaszowa Lubelskiego do Odessy (przejechałam 2100 km). Dołączyłam do wyprawy Gdańsk (lub Kłajpeda, do wyboru) - Lwów - Odessa, czyli od Bałtyku do Morza Czarnego, zorganizowanej przez Stowarzyszenie Podróżników "Crotos". Brało w niej udział około 180 osób różnej narodowości, oprócz Polaków byli Niemcy, Litwini, Białorusini, Rosjanie. Formuła wyprawy była otwarta (podobnie jak wszystkich wypraw organizowanych przez stowarzyszenie) - każdy mógł się przyłączyć lub odłączyć na dowolnym odcinku, każdy mógł jechać w swoim tempie, cała grupa spotykała się dopiero w miejscach noclegowych. Dawało to maksimum swobody i samodzielności, a z drugiej strony zapewniało bezpieczeństwo i ewentualną pomoc. Jechaliśmy m.in. przez Lwów, Karpaty Wschodnie (zdobyliśmy Howerlę), a także Czerniowce, Chocim, Kamieniec Podolski, Mołdawię, Gagauzję. Niezwykłe miejsca, wspaniali, gościnni ludzie.

Niezapomniany dzień w podróży...

Były ich setki. Jeszcze z rodzinnych podróży pamiętam, jak w Pompejach obudziłam się z ogromną ropuchą na twarzy albo jak jadąc "maluchem" przez Turcję, wśród nocnych nawoływań muezina, dotarliśmy do polskiej wsi Polonezköy, czyli do Adampola. W głęboką noc krzyknęliśmy: "Dobry wieczór" i w odpowiedzi usłyszeliśmy czystą polszczyzną: "Dobry wieczór. Gość w dom, Bóg w dom". Następny tydzień spędziliśmy w gościnie u państwa Dochodów, Polaków z krwi i kości żyjących od połowy XIX w. na tureckiej ziemi. Niezapomniane chwile przeżyłam też oczywiście nad jeziorem Wiktorii - napisałam o tym książkę.

W Polsce lubię...

Oprócz Roztocza najbardziej Tatry (jeżdżę tam wtedy, kiedy inni nie jeżdżą) i Bałtyk. Cztery lata temu przejechałam plażą na rowerze całe wybrzeże - od Świnoujścia do Piasków, aż do drutu kolczastego na Mierzei Wiślanej na granicy z Rosją. Wschody i zachody słońca, krzyki mew, szum fal, dzikie, bezludne plaże ciągnące się dziesiątkami kilometrów i wspaniałe powietrze pełne jodu. Po tej podróży do dziś ani razu się nie przeziębiłam.

Podróżuję z...

aparatem fotograficznym, klapkami pod prysznic, ręcznikiem i kilkoma drobiazgami. Bagażu zawsze mam mało, bo od wielu lat podróżuję głównie na rowerze.

Mój ulubiony hotel...

Nie znoszę hoteli, im więcej mają gwiazdek, tym bardziej ich nie lubię. Korzystam z nich jedynie w podróżach służbowych. W czasie własnych wyjazdów sypiam albo w prywatnych pokojach, albo w namiocie, albo pod gołym niebem. Nigdy nie miałam porządnej karimaty. Trzy bułgarskie pasma górskie - Piryn, Riłę i Rodopy - przeszłam, niosąc namiot i śpiąc na jego cienkiej podłodze. Pod Kilimandżaro i na całej trasie do Odessy kładłam pod śpiwór tylko cieniutką srebrną folię kupioną za 10 zł w hipermarkecie. Nie lubię też schronisk i dlatego w Tatrach nocuję u górali. Wyjątkiem od tej reguły była wyprawa wokół jeziora Wiktorii. Wszystkie noce w Kenii, Ugandzie i Tanzanii spędziłam w przydrożnych, malutkich, bardzo tanich hotelikach.

Niebo w gębie poczułam...

Właściwie jadam wszystko, co bardzo ułatwia życie, nie tylko moje i nie tylko w podróży. Najbardziej jednak lubię owoce. Za najlepsze uważam nasze poziomki i truskawki, ale wspaniałe owoce jadłam też na afrykańskim równiku - soczyste papaje, mango, ananasy i nieznane u nas pomidory drzewiaste, których czerwono-bordowy sok ma oryginalny smak - trochę słodki, trochę gorzki.

Moja noga więcej nie stanie w...

Jest takie miejsce na świecie, ale ono nie ma nic wspólnego z podróżami... Nie pociągają mnie Stany Zjednoczone, Japonia i Indie, ale trudno powiedzieć, że moja noga więcej tam nie stanie, skoro nigdy dotąd tam nie byłam.

Wymarzony cel podróży:

Ameryka Południowa - Andy w całej rozciągłości, aż po Patagonię. Na szczycie Aconcagua chciałabym stanąć o zachodzie słońca, aby zobaczyć to, co Wiktor Ostrowski i jego koledzy w 1934 r. "(...) Zdajemy sobie sprawę, że oglądamy zachód słońca w... Oceanie Spokojnym! Poprzez całą szerokość sąsiedniego Chile!". Weszłam już na Kilimandżaro (5895 m n.p.m.) i na Mount Kenya (Point Lenana 4985 m). Aconcagua to drugi pod względem wysokości szczyt Korony Ziemi - 6959 m. Czy mi się uda? Wierzę, że tak.

Skomentuj:
Agnieszka Martinka - autorka książki "Szybsza niż lew" o podróży rowerem wokół jeziora Wiktorii
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

  • Hotele
  • Szukaj hotelu

  • Szukaj hotelu w Zurychu

  • Szukaj hotelu w Bazylei