Podróże Marzeń: Australia

Nad zatoką przechadzają się swobodnie strusie emu, lwy morskie zdają się do nas przemawiać, a papugi wrzeszczą w niebogłosy. Wokół krajobraz jak z Tolkiena
Południowa Australia, stan czterokrotnie większy niż Wielka Brytania i Irlandia razem wzięte (blisko 1 mln m kw. powierzchni) liczy jedynie 1,5 mln mieszkańców. Zwiedzanie rozpoczynamy od stolicy Adelaide City - miejsca, które przypomina nam Europę. Łatwiej wtedy przyjdzie nam znieść skrajne warunki klimatyczne, wielkie przestrzenie, brak dróg, zabudowań, elektryczności i przede wszystkim ludzi.

***

Pierwotnie adelajdzką ziemię zamieszkiwali Aborygeni Kaurna. Nazywali ją Miejscem Czerwonego Kangura. Większość z nich wymarła zetknąwszy się z chorobami białego człowieka, zwłaszcza z ospą i chorobami wenerycznymi.

Adelajdę (nazwaną tak na cześć żony brytyjskiego króla Wiliama IV) założył pułkownik Wiliam Light. Jego wizjonerski plan miasta z 1836 r. znakomicie sprawdza się do dziś. Centrum otacza zielony pas parków, ogrodów różanych, pól golfowych i boisk zwany Parklandem, płynie tędy również rzeka Torrens. Od wschodu metropolia graniczy z łańcuchem górskim Mt Lofty, a od zachodu z wodami Zatoki św. Vincenta. Trudno o bardziej atrakcyjne położenie i lepszą bazę wycieczkową (stąd właśnie będziemy wyruszać na zwiedzanie Południowej Australii).

Najstarsza zabudowa w stylu kolonialnym to murowane domy z głębokimi podcieniami i rzeźbionymi obramieniami okien. Jednak większość budynków pochodzi z ostatnich trzydziestu lat i jest bardzo nowoczesna. Adelajda bywa też nazywana "miastem kościołów". Wiele z nich, zarówno luterańskich, jak i anglikańskich, zamieniono na puby (oznaczone szyldami jako hotele mają też trochę miejsc do spania - co jest bardzo praktyczne, jeśli ktoś zbyt dużo wypije), nocne kluby i restauracje.

Ponadmilionowa, elegancka Adelajda cieszy się sławą miasta kultury i sztuki. Muzea i galerie posiadają kolekcje australijskiej sztuki kolonialnej, XVI-wieczne obrazy brytyjskie, dzieła azjatyckie i europejskie. Otwarte są przez siedem dni w tygodniu, a wstęp jest zazwyczaj bezpłatny. Największe zbiory sztuki aborygeńskiej ma Muzeum Tandanya. Oglądamy obrazy stworzone z kolorowych kropek, przedstawiające wizje i sny autorów (każdy posiada pisemne objaśnienie, jak należy go interpretować), a w wirtualnej części muzeum usiłujemy wykrzesać ogień, rozcierając w dłoniach patyk...

Zabytkowy tramwaj w 20 minut wiezie nas do Glenelgu - przystani jachtowej. Przy głównej ulicy ciąg restauracyjek, kafejek i sklepów, przyjemna wczasowa atmosfera. Szerokie plaże, aleje wysadzane palmami, imponujące jachty i niebotyczne ceny apartamentów przypominają nam, że marzymy przecież o udaniu się ku mniej cywilizowanym obszarom...

***

Wschodnia część Adelajdy opiera się o wzgórza Mount Lofty i właściwie nie przekraczając granic miasta znajdujemy się w parku narodowym Cleland. Przypomina wielki ogród zoologiczny. W wiwarium pracownica karmi myszami węże, oglądamy też posumy (wiewiórki-torbacze), zielone żaby i jaszczurki. Na zewnątrz, za ogrodzeniem, mieszkają diabły tasmańskie, wombaty i rudawe psy dingo. Olbrzymie połacie terenu przeznaczone są dla strusi emu i czerwonych kangurów, które jedzą nam wprost z ręki (pokarm można kupić przy wejściu). Przyzwyczajone do turystów, dają się głaskać po miękkim futerku. Do zdjęć z misiem koala ustawie się kolejka - pracownicy co pół godziny zmieniają zwierzęta, by nie zmęczyły się pozowaniem. Ogarnia mnie wzruszenie, gdy biorę na ręce drzemiącego koalę (waży ok. 14 kg).

W botanicznej części parku oglądamy kwitnące kamelie i róże. Zachwyca bogactwo kolorów, gatunków, zapachów i to, jak zakomponowano ogród.

Czeka nas jeszcze oglądanie niedalekich wodospadów Morialta. Po chwili docieramy do strumieni spływających ze wzgórz - nie są zbyt wysokie, ale ich stoki są bardzo strome, stąd wielka siła wodospadów. Dookoła czerwono-brązowe skały, zarośla eukaliptusowe, z pni drzew zwisają ogromne trawy zwane black boys, podobne do kłębów sitowia, zakończone czarnymi baziami. Krajobraz niczym z Tolkiena.

***

Wracamy do Adelajdy i drogą biegnącą na południe wzdłuż Zatoki św. Vincenta udajemy się do Cape Jervis. W ostrym słońcu podziwiamy skaliste, klifowe wybrzeże i chłopców surfujących na wzburzonym, wdzierającym się w ląd morzu. Gdy wysiadamy na chwilę w lesie, natrafiamy na kolonie rydzów i maślaków, których tu nikt nie zbiera.

Z Cape Jervis prom wiezie nas 16 km na południe - na Kangaroo Island (Wyspa Kangurza). Długa na 150, szeroka na 50 km; znajduje się na niej aż 19 rezerwatów przyrody i parków narodowych. Chronią charakterystyczną dla tego obszaru roślinność i dziko żyjące zwierzęta.

Gdy zjawiamy się w miejscowości Penneshaw, widzimy stadka małych pingwinów, a po drodze do Parku Narodowego Flindersa - kangury w szarych futerkach. Pilnie przyglądamy się drzewom eukaliptusowym, wypatrując koali. Ostatnio ich populacja na wyspie wzrosła aż za bardzo - zwierzęta mają problemy z wyżywieniem się (jedzą jedynie 40 z 800 rodzajów liści eukaliptusa).

Zachodnią część parku porastają akacje, zarośla banksji, drzewa herbaciane i podobno 400 innych gatunków roślin. Jest tu też rekordowa ilość płazów, żab i ptactwa.

W rezerwacie Kelly Hill na południu wyspy podziwiamy podziemny labirynt wapiennych jaskiń zdobionych stalaktytami i stalagmitami. Nieopodal, w Remarkable Rock i Admirale Arch, natrafiamy na ogromne granitowe bloki skalne. Aż trudno uwierzyć, że ich niesamowite formy wyrzeźbiły wiatry, deszcze i woda morska.

Jedziemy teraz wzdłuż południowego wybrzeża Wyspy Kangurzej do Seal Bay, by zobaczyć wylegujące się na plaży lwy morskie. Ich kolonia liczy ok. 500 rzadkich okazów, czyli aż 10 proc. światowej populacji. Siedząc na piasku ze strażniczką parku i patrząc na ich zabawy i słuchając odgłosów, jakie wydają, mamy wrażenie, że chcą nam coś powiedzieć...

Według strażniczki wody wokół Wyspy Kangurzej są wprost stworzone do nurkowania - mają idealną temperaturę i świetną widoczność. Można tu oglądać mało znane rafy koralowe.

W Emu Bay kończymy zwiedzanie trzeciej co do wielkości wyspy Australii. Nad zatoką przechadzają się swobodnie strusie emu, po drodze przemykają lisy i króliki. W głównym mieście Kingscote (liczy 1,4 tys. mieszkańców) zaopatrujemy się w doskonały miód, sery owcze i jogurty.

***

Drogą na południowy wschód od Adelajdy zmierzamy ku zatoce Encounter Bay. W Victor Harbor (znana w przeszłości z połowu wielorybów i fok) wsiadamy w zabytkowy tramwaj ciągnięty przez konie i liczącą ponad 600 m groblą docieramy na Granitową Wyspę. Miała niezwykłe znaczenie dla Aborygenów ze szczepu Ramindjeri. Według ich wierzeń Wielki Stwórca Ngurunderi stworzył wyspę, rzucając włócznią w morze. Żyje tu 2 tys. małych pingwinów, które potrafią nurkować nawet na głębokość 60 m. Obserwowaliśmy, jak są dokarmiane (opiekuje się nimi specjalny ośrodek) - podpływały do ludzi z szybkością torpedy! (są naprawdę mistrzami morskich podróży).

Wytyczony szlak prowadzi nas do wspaniałych okazów granitowych skał. Zawdzięczają wymyślne kształty erozji wietrznej, morskiej i wietrzeniu chemicznemu (przywlókł je tu lodowiec). To raj dla geologów i poszukiwaczy minerałów.

Gdy wracamy do Victor Harbor, natykamy się na stado dwugarbnych wielbłądów. Ich opiekun proponuje nam wycieczkę wzdłuż morskiego brzegu. Nie namyślamy się wiele i po chwili wędrujemy plażą, a silny wiatr rozpryskuje nam na twarzach kropelki morskiej wody. Wielbłądy pojawiły się w Australii dzięki Afganom, którzy przybyli tu wraz z Anglikami jako poganiacze bydła. Zwierzęta zaadaptowały się, ale niektóre opuściły stada i żyły dziko w australijskim buszu.

Z Victor Harbor udajemy się dalej na wschód do Port Elliot. Urocza miejscowość wypoczynkowa zachwyca szerokimi plażami i klifowym wybrzeżem poprzecinanym małymi zatoczkami, kotwiczą w nich łodzie i jachty. Odpoczywamy wśród eukaliptusowych zarośli na ławeczkach ufundowanych przez mieszkańców Port Elliot (każda ma metalową tabliczkę z dedykacją).

***

W poszukiwaniu krainy prawdziwie dzikiej i niedostępnej jedziemy na północ stanu Południowa Australia. Outback w dosłownym tłumaczeniu znaczy "wyjście tylnymi drzwiami" - to bezkresne równiny pokryte stepami i pustyniami, gdzieniegdzie występują jeziora, które podczas suszy kurczą się do niewielkich rozmiarów. Wznoszą się tu Góry Flindersa. Ich średnia wysokość nie przekracza 500 m n.p.m., a jedynie ostańce mają ponad 1000 m. Częściej można spotkać owce i bydło niż człowieka, do najbliższego pubu jedzie się setki kilometrów. To kraina dla silnych ludzi, którzy potrafią radzić sobie z dziką naturą i samotnością.

Jadąc autobusem, mijamy czasem maleńkie miasteczka mniejsze od polskich wiosek. Prawie wcale nie widzimy ludzi (chyba że mijają nas w samochodach). W tumanach kurzu przemknie czasem w oddali samotna postać na koniu, a obok niej niewielkie, ale bardzo zwinne owczarki poganiające stada bydła. Tuż przed maską autobusu przeskakują kangury. Psy dingo trzymają się od nas z daleka, gdyż drogę chroni najdłuższy na świecie metalowy płot Dog Fence (5300 km). Dociera do mnie ostrzeżenie z przewodnika: "Jeśli twój samochód zostanie wyrzucony z drogi, ZOSTAŃ W POJEŹDZIE. To jedyne i najważniejsze prawo przeżycia w Outbacku".

Nagle słychać skrzek i wrzask olbrzymich stad papug galah i corrella. Czasami wrzask jest jeszcze głośniejszy - to papugi cockatoos. Na horyzoncie widzę przez chwilę zdziczałego wielbłąda. Próbuję zrozumieć, jak te niegościnne tereny mogły być siedzibą ludzi już 45 tys. lat temu (świadczą o tym liczne znaleziska związane z kulturą Aborygenów).

Naszym celem jest górnicze miasteczko Coober Pedy (2,6 tys. stałych mieszkańców) oddalone od Adelajdy o 850 km na północ. Znajdują się tu kopalnie opali. Marsjański krajobraz: doły, hałdy urobku i pył. Miejscowi twierdzą, że to prawdziwy raj dla poszukiwaczy tych kamieni, więc uważnie patrzymy pod nogi.

Znaczna część Coober Pedy kryje się pod ziemią. Uciekając przed spiekotą (powyżej 45 stopni), mieszkańcy doszli do przekonania, że stare pokopalniane szyby dają przyjemny chłód i niezmienną temperaturę (noce są niezwykle zimne). Powiększyli szyby i chodniki do rozmiarów mieszkań. Założyli w nich biura, warsztaty, sklepy, muzeum, dwa hotele, a nawet kościół. W podziemnym muzeum oglądamy dawne urządzenia górnicze oraz okazy niebieskich, szafirowych i turkusowych opali.

Zmęczeni idziemy do pubu na piwo. Patrzymy w bezchmurne niebo. Szkoda, że nie pada ulewny deszcz. Czerwone kratery, jak w księżycowym krajobrazie, wypełniłyby się natychmiast wodą, nie wiadomo skąd pojawiłyby się ryby i ptaki... Tymczasem szybko zapada noc. Gwiazdy świecą tak jasno, że możemy spacerować bez latarek, czujemy niesamowitą bliskość natury.



PS Południowa Australia to również kraina wina. Znajduje się tu 17 winnych regionów i ponad 300 winnic, pierwsze powstały w połowie XIX w. Udało nam się zwiedzić niektóre, ale to już zupełnie inna historia



W sieci

http://www.southaustralia.com

http://www.adelaide.southaustralia.com

http://www.visitorcentre.com.au

Garść cen (w dolarach australijskich)

Wypożyczenie samochodu - ok. 40 dol./doba

Autobus do Outbacku w jedną stronę - od 80 dol., samolot - od 145 (Uwaga! Drogie są pociągi, uważane za atrakcję turystyczną)

Muzeum Tandanya w Adelajdzie - 5

Noclegi - od 18 dol. w schronisku (dormitorium), dwójka 30

Wynajęcie przyczepy kempingowej - 70/doba

Wynajęcie domku - 105/doba

Za 14 dol. można spędzić cały dzień, jedząc do woli w barze w Glenelgu (ponad 100 dań do wyboru), inne tego typu bary są tańsze.

1 dolar australijski = 2,50 zł