Bali - wyspa życzliwości

Idąc po chodniku, uważnie patrzę pod nogi, żeby nie wejść w ofiarne koszyczki, których wszędzie pełno. Bogowie pod postaciami mrówek, myszy, bezpańskich psów czy kotów raczą się smakołykami, a ich posągi uśmiechają się pod wąsem
Tsunami oszczędziło Bali. Najwyraźniej los uznał, że ptasia grypa, SARS i zamach terrorystyczny z 14 października 2002 r., to wystarczające doświadczenie dla tej rajskiej wyspy, która do dziś nie otrząsnęła się z tragicznego zamachu. Indonezyjczycy szacują, że po wysadzeniu klubu przy promenadzie Kuty, na Bali wróciło ok. 40 proc. turystów - znaleźliśmy się wśród tej mniejszości.

Naszą trzydniową podróży zakończył czterogodzinny lot liniami Cathay Pacific do Denpasar. Z miejscowego lotniska wszędzie blisko. Czujemy się prawie jak w domu.



Nie nadepnij na boga!

Nocleg znajdujemy w rodzinnym hoteliku Su's Cottages II: bez telewizora, klimatyzacji i dalej od plaży. Ostrzegano nas, że w porze deszczowej trzeba się liczyć z ulewami przynajmniej dwa razy dziennie. Do tego stopnia ignorujemy ostrzeżenia, że nawet odgłosy huraganu nie ściągają nas z łóżek. Robi to dopiero prysznic z sufitu! Tej nocy nad wyspą przewaliła się nawałnica, siejąc spustoszenie w okolicy. Rano szacujemy straty: mokre plecaki i ich zawartość, zalane łóżka. Na patio powyrywane palmy, zerwane dachy, zburzona domowa świątynka, a w mętnej wodzie basenu ściana sąsiedniego domu.

Zanurzamy się w zakamarki miasta. Chwila zadumy w miejscu, gdzie zginęło dwustu ludzi z 22 krajów. Na ogrodzeniu koszulka z napisem: FUCK Terrorist -Bali Black Oct. 12, 2002. Obok zdjęcia dwóch ślicznych, uśmiechniętych dziewcząt i wiązanki kwiatów. Tak zaczynamy pierwszy dzień na Bali.

Kuta, przedmieścia Denpasar, to ruchliwe miejsce. Szarańcza motorowerów oblepia auta na czerwonych światłach. Tubylcy w kaskach i w japonkach, niektórzy na bosaka, przemierzają pędem wąskie uliczki z najwyższymi, jakie widziałam, krawężnikami. W czasie ulewy stają się one brzegami potoków.

Po obu stronach głównej alei sklepiki. Z witryn uśmiechają się afrykańskie posążki, połyskują marokańskie mozaiki, australijskie bumerangi. Zachwycam się słynnym produktem eksportowym wyspy - batikiem. Lampy z liści palmowych, podstawki z korzeni, korale z nasion, kubeczki z patyczków, koszyczki z goździków. Żyrafy, delfiny, ukochane tu gekony, żabki i święte Mikołaje.

Idąc po chodniku, uważnie patrzę pod nogi - dziury głębokie na metr. Jednak bardziej obawiam się, żeby nie wejść w ofiarne koszyczki, których wszędzie pełno. Balijczycy to ludzie wierzący, ich bóstwa wymagają ofiar, więc przed każdym posiłkiem kobiety wystawiają na ulice koszyczki z kwiatami, owocami i pachnącymi kadzidłami. Bogowie pod postaciami mrówek, myszy, bezpańskich psów czy kotów raczą się smakołykami. Nikt później koszyczków nie zbiera, widać nie do bogów należy sprzątanie.

"We speak good broken English" - głosi napis na jednej z restauracji. To prawda, angielski, którym tu się mówi, daleki jest od języka wyższych sfer brytyjskich. Kiedy miły taksówkarz opowiada nam o tajnikach religijności Balijczyków, niewiele rozumiem. Mówił chyba, że jest parę rodzajów świątyń: domowe, w miejscu pracy i publiczne, wszystkie ukwiecone, ozdobione kolorowymi parasolami. To miejsca schronienia dla bóstw. Posągi-strażnicy mają pozakładane sarongi i rytualne przepaski na głowy. Niby surowi, a uśmiechają się pod wąsem. Wymyślne pagodowe konstrukcje ze słomy lub liści zwieńczone koronami górują na tle nieba. Wokół świątyń pełno uśmiechniętych ludzi, kobiety niosą na głowach dary. W środku pusty dziedziniec i niby-ławka, niby-leżanka. Ludzie pogrążeni w medytacji, atmosfera podniosłego skupienia.

Denpasar i Kuta to motorowery, kurz i hałas. Rozczarowała nas najsławniejsza plaża wyspy. Jest wprawdzie szeroka, a woda ciepła, ale pełno na niej plastikowych znaków cywilizacji i zdechłych, cuchnących ryb. Jedziemy do Ubud, mekki artystów i ośrodka rękodzieła.



Hotelik w Alei Gwiazd

Miasteczko leży na pagórkach w środku wyspy, wśród zielonych pól ryżowych. Za grosze wynajmujemy samochód. Paliwo też dużo tańsze niż u nas. Wzdłuż ulic stoją litrowe butelki po coli z etyliną. Prowadzenie samochodu wymaga stalowych nerwów. Lewostronny ruch i brak jakichkolwiek zasad każe mi odradzać taki rodzaj podróżowania. Wystarczy jednak pewność i odwaga, by po 30 minutach wtopić się w tłum. Zasada numer 1: większy ma zawsze rację, zasada nr 2: żadnych kierunkowskazów, zasada nr 3: klakson, jako najważniejsze urządzenie auta. Jest ostrzeżeniem, pozdrowieniem, przeprosinami i sygnałem skrętu. Po chwili stwierdzamy, że to działa!

W Ubud ruch jak w stolicy. Szukamy hotelu. Ludzie biegną ku nam, by pomóc. Wjeżdżamy w wąską alejkę, na której ledwo mieści się nasze suzuki. Ulica wykładana jest betonowymi płytami, na których wypisane są nazwiska, życzenia i reklamy. Nazwaliśmy ją "Aleją Gwiazd". Na końcu alei jest bambusowy lasek, w którym podobno żyją zielone jadowite węże (ciarki chodzą mi po plecach za każdym razem, gdy tamtędy idziemy). Wspinamy się z tobołami po omszałych kamiennych schodkach. Słychać natrętny, jednostajny szum - to oddycha dżungla. Poznaję cykady, żaby, co chwila prześmiesznie odzywa się gekon, brzęczą muchy, ważki, komary. Rano hotel okazał się nadgryzionym zębem czasu, ale przemiłym miejscem z wtopionymi w soczystą zieleń bungalowami, basenem i restauracją w stylu balijskiej wiaty zdobionej lokalnymi ornamentami. Dookoła zapierający dech widok na tarasy pól ryżowych. W pogodne dni na tle błękitnego nieba wyrasta stożek wulkanu Gunung Agung, zwykle osnuty białymi obłokami.

Dziś typowa indonezyjska kolacja z sataykami (szaszłyki z sosem orzechowym). Jutro planujemy wyprawę pod wulkan Seraya.



Drogą wokół wulkanu

Rano Wayan (imię co trzeciego Balijczyka) przynosi śniadanie: zielone naleśniki z bananami w kokosowym sosie, sałatka z owoców i herbata z chińskich termosów. Drogi na Bali są wąskie, ale asfaltowe. Przeważnie ciągną się równolegle do siebie po zboczach wulkanu, z północy na południe. Dojazd na wschód wyspy jest możliwy tylko przez jakiś przesmyk. Żeby dotrzeć pod krater Gunung Seraya (1175 m n.p.m.), decydujemy się jednak na drogę przez miasta Gianyar i Semarapura. Jedziemy wolno, bo niebezpiecznie i tłok. Przejechanie ok. 30 km zajęło nam ponad godzinę. Weryfikujemy więc plan podróży, skracając go o parę punktów. Zmierzch zapada szybko, a prowadzenie auta po ciemku to igranie z losem. Przekonujemy się o tym, wracając do Gianyar.

Pierwszy przystanek zaplanowaliśmy w Padang Bai, skąd wypływają promy na Lombok. Kupujemy kilogram salaków, owoców w wężowej skórze, i idziemy na nabrzeże. Prom jest gotowy do drogi. - Please come! - wołają tubylcy. Przyzwyczajona do gburowatych rodaków nie mogę się nadziwić, że ludzie są tutaj tacy serdeczni. Mimo że jesteśmy dla nich tylko chodzącymi portfelami, nie dają nam tego odczuć. Negocjując cenę, z rozbrajającą szczerością pytają, ile mają od nas wziąć za pokój czy posiłek.

Z Padang Bai kierujemy się do Tenganan Bali Aga, tradycyjnej balijskiej osady. Niestety, skręciliśmy w złą dróżkę i dojechaliśmy do Telengan (mapy nie na wiele się zdają, łatwo zabłądzić w gąszczu jednakowo wyglądających dróg). Telengan jest urocze. Piękna architektura z mnóstwem misternych drewnianych detali. Robię zdjęcia i zawracamy. Zatrzymuje nas grupka mężczyzn. - Wrong way! - krzyczą. - This Telengan, no Tenganan!

- Wiem, wiem, thank you! - odpowiadam po polsku-angielsku. Zapraszają mnie na arak, nie wypada odmówić. Napój, który podaje mi telenganczyk w nieco oblepionej szklaneczce ma moc spirytusu. Wypijam, łapię oddech i oddaję naczynko właścicielowi. Długi pazur jego małego palca okręca się wokół szkła. Dziękujemy i odjeżdżamy w poszukiwaniu Tenganan Bali Aga. Trafiamy za turystycznym busem.

Tenganan rozczarowuje. Podłużna osada z kamienia z klepiskiem pośrodku. W każdym domostwie sklepik z rękodziełem. Robią tu słynne tkaniny. Na podwórzu w błotnych kałużach leżą święte krowy, tuż obok parchate, wyleniałe psy. Wkoło wiaty, pod którą odbywają się spotkania mieszkańców, stoi rząd koszy z kogutami. Wieczorami pewnie toczą ze sobą krwawe boje. Kobiety niosące na głowach wielkie kosze z praniem lub orzechami kokosowymi zdają się nas nie zauważać; przywykły do ciekawskich turystów.

Choć dzień się kurczy, decydujemy się na objechanie krateru starego wulkanu Seraya, aż do Amed. Jedziemy pod górę, zostawiając w dole morze. Krajobraz robi się coraz dzikszy. Nie bardzo wiemy, dokąd zaprowadzi nas ten pasek wyszczerbionego asfaltu. Nigdy nie przypuszczałam, że wystarczy przejechać 10 kilometrów, aby znaleźć się w tak innym świecie. Za każdym zakrętem niespodzianki: zwalone drzewo, zabłąkany pies, wyrwa w szosie, rwąca rzeka w poprzek drogi. Z gąszczu roślin wyłaniają się wiejskie zagrody. Strzechą kryte wiaty, dookoła leżanki wykładane palmowymi liśćmi. Gdzieniegdzie wielkie betonowe zbiorniki na wodę. Na każdym skrawku ziemi rośnie kukurydza. Zebrane ziarno suszy się na słońcu.

Ludzi niewielu, czasem mijamy dzieci lub grupkę kobiet. Bieda musi być tu ogromna. Do tej pory mam przed oczami chłopca i mężczyznę kłócących się o taśmę klejącą i naszyjnik z nasion, które daliśmy im w prezencie. Droga zboczem wulkanu trwa około godziny. W drodze powrotnej podziwiamy dziką przyrodę i obserwujemy tubylców, którzy przed zachodem słońca myją się w rzekach, strumieniach i przydrożnych rowach. Idą grupami jak do prywatnych łaźni. Mijamy balijskie kobiety i mężczyzn, którzy bez wstydu myją intymne części ciała. Niektóre dziewczęta, godne i skromne w stroju Ewy, kończą przepierki. Na widok obiektywu natychmiast kucają w wodzie, a zza traw widać tylko czubki głów.

Jedziemy prosto do japońskiej restauracji na sushi. Jutro odpoczynek, pojutrze Kintamani - wioska na krawędzi krateru Gunung Batur (1717 m n.p.m.) i świątynia Besakih.



Żeby się bogowie nie gniewali

Przy wyjeździe z Ubud mijamy setki fabryczek i manufaktur. To tutaj powstają meble, lustereczka i kotki. Droga prowadzi pod górę. Znakiem, że zbliżamy się do Kintamani, są stragany z owocami. Wyglądają zachęcająco, ale ceny są trzykrotnie wyższe niż w mniej turystycznych miejscach. Wjeżdżając na krater Gunung Batur, płacimy obowiązkową rządową opłatę 20 tys. rupii. Przestrzeń oszołamia. Patrzę na szybujące po niebie ptaki. Przymykam oczy i wyobrażam sobie pełną grozy erupcję wulkanu. Na zboczach widzę ocalałe łaty roślinności. Tak jak na Hawajach ludzie wierzą tu w moc roślin zebranych z takich miejsc. Wciągam powietrze i mam wrażenie, że czuję siarkę. Nie! To tylko zapach ze świńskiej zagródki. Wulkan uważany za nieczynny w 1963 r. zabił blisko 2 tys. mieszkańców. Mówi się, że powstała tu mafia, która nie przebiera w środkach, a przepędziwszy konkurencję, stała się monopolistą. Teraz pobiera horrendalne opłaty od turystów chcących zdobyć świętą górę - ponad 300 tys. rupii za wejście z przewodnikiem.

Jedziemy do wioski Kintamani. Nie ma wiele do zaoferowania turyście prócz niezapomnianego widoku. Zawracamy, wstępując do świątyni Ulun Danu Batur. Sowicie wynagradzam dziewczynkę, która daje mi rytualną przepaskę na sarong. - Żeby się moi bogowie nie gniewali. I z szacunku! - mówi. Uśmiecha się, gdy chwalę jej dobrą angielszczyznę. W Penelokan (co znaczy "miejsce do patrzenia") zatrzymujemy się na posiłek. Taras restauracji zbudowany jest tak, by nic nie zakłócało niebiańskiego widoku. Ceny też jak z nieba!



Można tylko zerkać ukradkiem

Została nam jeszcze wizyta w najświętszym miejscu kultu na wyspie - świątyni Besakih na zboczu wulkanu Gunung Agung, gdzie są 22 świątynie. Kluczymy drogami, wypatrując drogowskazów, czasem pytamy o drogę. Po godzinie jesteśmy na miejscu. Od parkingu do świątyń trzeba się wspiąć ok. 800 m. Araukarie przeplatają się ze zdobnymi wieżami w kształcie pagód; każdą wieńczy korona. Całość lekko osnuta tajemniczą mgłą obłoków. Po obu stronach tego mistycznego miejsca piętrzą się schody. Tylko po nich wolno chodzić turystom. Ukradkiem zerkamy na dziedzińce, na których odbywa się misterium. - Dziś wielkie święto, ceremonia - informuje samozwańczy przewodnik. - Muszę was oprowadzić, bo nie wszędzie wolno wejść. Wolałabym zapłacić 3 dol., których żąda i bez niechcianego towarzystwa obejść święte miejsce. Niestety, lezie krok w krok.

Wspinamy się do najwyższej i najstarszej świątyni. Jesteśmy na tyle wysoko, że widać wioski, miasto i morze. Słońce rozproszone chmurami zalewa dolinę. Odwracam się i widzę, jak obłok, który opadł z nieba, zatrzymał się tuż nad strzechą "pagód". Nie dziwię się, że dla Balijczyków jest to miejsce święte.

Wracamy do Ubud. Chcielibyśmy ponurkować, popłynąć na rafting, pogrzać się na plaży... Zarażeni optymizmem wyspiarzy, obiecujemy sobie, że tu wrócimy. Nie widzieliśmy świątyni na jeziorze Pura Ulun Danu Bratan, Ptasiego Parku, tradycyjnych tańców, ani wyspy Nusa Penida. Chętnie wrócimy na plażę Jimbaran, by obserwować surferów i pływać w ciepłej, przejrzystej wodzie. Chętnie wysączę napój z avocado w restauracyjce z widokiem na zielone tarasy. Wiem, że tu wrócę, ale dla pewności wrzuciłam monetę z papugą do fontanny na lotnisku.



Wyspa Bali leży w połowie Archipelagu Indonezyjskiego (5000 km długości). Ma 5620 km kw. powierzchni, ok. 140 km długości i 80 km szerokości. Najwyższy szczyt Gunung Agung (Góra Matka) ma ponad 3100 m n.p.m. Mieszka tu ponad 3 mln ludzi, ok. 95 proc. to wyznawcy hinduizmu, co różni wyspę od reszty kraju, gdzie przeważa muzułmanizm.



Od wizy do homara

1 zł - 2212 indonezyjskich rupii.

Wiza w ambasadzie indonezji - 35 dol.

Przelot British Airways (promocja Odlotowe Ceny) - 2,7 tys. zł

Prąd 220 V, wtyczki takie jak w Polsce

Temperatura 25-30 stopni C przez cały rok

Pora deszczowa od października do marca

Nie wymaga się szczepień

Pokój lub bungalow ze śniadaniem - 100 tys. rupii (ok. 45 zł)

Królewski Bungalow w hotelu Four Seasons' - 14 250 zł doba

Wypożyczenie auta na 3 dni - ok. 45 zł (cena wynegocjowana)

Tradycyjny batik - od 5 do 15 zł (w Polsce 45-60 zł)

Homar prosto z akwarium - 100 tys. rupii (ok. 45 zł)

Smaczny posiłek z tradycyjnych dań - od 10 tys. do 20 tys. rupii (5-10 zł)

Elegancka kolacja z winem w jednej z najlepszych restauracji w Ubud - 250 tys. rupii (110 zł)

Rewelacyjny masaż - godz. 95 tys. rupii (45 zł) - warto!

Rafting - 35 dol.

Uwaga! Trzeba się targować.



Balijskiego coś na ząb

Satay - tradycyjne szaszłyki w sosie orzechowym (koniecznie!)

Nasi goreng - smażony ryż z dodatkami (można zrobić z frostą)

Bebek betutu - suchutka, smakowita kaczka (można ją schrupać nawet z kośćmi)

Gado gado - zblanszowane warzywa w sosie z orzeszków, trochę ostre

Banana pancake - naleśnik z bananem (pyszne śniadanko)

Ikan bakar - grillowana ryba (najlepiej jeść w porcie rybackim)

Owoce: kokos, mango, salaki, rambutany, melony, arbuzy, ananasy i duriany (uwaga! strasznie śmierdzą)



Słowniczek

Terima kasih - dziękuję bardzo

Selamat sore - dzień dobry

Bagus - dobry, dobrze

Kantor polisi - komisariat policji

Jalan - ulica

Desa - wioska

Tolong! - pomocy

Tuak - wino/piwo