Nie jestem entuzjastką "Lata w mieście" (kto jest?). Rozgrzany asfalt, duchota, tyle że mniej ludzi i samochodów. Czy w Szwecji, dokładniej w Göteborgu (drugie co do wielkości miasto, największy port, ok. pół mln mieszkańców), będzie inaczej? Było.
Nie tylko dlatego, że luźniej - mając dwa słoneczne (zazwyczaj) miesiące w roku mieszkańcy wyjeżdżają do ciepłych krajów. Nie dość, że Göteborg leży nad Zatoką Skagerrak, to zewsząd otaczają go jeziora i lasy. Godzinami można wędrować po wspaniałych pagórach, zbierać jagody i grzyby, właśnie zaczęły się maliny. Szlaki prowadzą wokół jezior, więc w każdej chwili można wskoczyć do cudownie czystej wody, wykąpać się i ruszyć dalej. Lub wypożyczyć łódkę, czy - bardzo popularne tu - kanu, i z wody obserwować kaczki, rybitwy, kormorany, a nawet czaple szare. Zachwycać się kapryśną linią brzegową, opływać różnej wielkości wysepki - niektóre tak małe, że mieści się na nich tylko jedno drzewko, zazwyczaj brzoza lub sosna. No i kąpać się, ile dusza zapragnie, wykorzystując każdą chwilę słońca.
Przywitało mnie 30 stopni C (w Warszawie było chłodniej). Najpierw kąpiel w cieplutkim dziś jeziorze Kasjön, potem odpoczynek ze schnięciem na wygrzanej skale. Niebo zaczyna wyglądać podejrzanie, pojawia się coraz więcej czarnych chmur. W drodze powrotnej łapie nas grad, potem krótka, gwałtowna ulewa - mokniemy do suchej nitki. Ale jest tak ciepło, że czujemy tylko ulgę, wdychając odświeżone, pachnące teraz intensywniej powietrze.
W jeden z następnych dni (pogoda znowu piękna) wybieramy się na czółna. Chcemy popłynąć przez pięć połączonych ze sobą jezior. Wypożyczamy kanu (na cały dzień 150 koron) ze specjalnym wózkiem na dwóch dużych kółkach, żeby łatwiej przeciągnąć je po dróżce prowadzącej do pierwszego jeziora - Surtesjön (98 m n.p.m.) - a potem na następne. Siadam z przodu. Otacza nas cisza, widoki jak z bajki, skały, skałki, wysepki, brzegi porastają wysokie trzciny. Na spokojnej wodzie unoszą się białe kwiaty i okrągłe zielone liście nenufarów. Przeciągamy kanu na Gaddsvatnett (106 m n.p.m.). Dopływamy do miłej, niewielkiej zatoczki - czas na pierwszą dziś kąpiel. Potem rzeczka, która łączy to jezioro z następnym - Stensjön (104 m n.p.m.). Chwilami jest tak wąska, że nie trzeba używać wioseł - wystarczy leciutko odpychać kanu od brzegów, raz skalistych, raz zadrzewionych. Ważki tańczą nad wodą, słońce z trudem przenika przez gęste gałęzie. Po przepłynięciu przez Stensjön przepychamy kajak na Skyrsjön (104 m n.p.m.). Zostało nam tylko Kroksjön, gdzie znowu się kąpiemy. Zrywa się wiatr, czas wracać, zresztą o 20 trzeba odstawić kanu do wypożyczalni. Te same jeziora w drodze powrotnej wydają się inne. Zmieniło się światło, w pociemniałej wodzie odbijają się białe, pękate chmury.
Chłodniejszy dzień - idealny na wędrówkę. Chcemy przejść kilkanaście kilometrów szlakiem Bohusleden (37 mil szwedzkich, czyli 370 km!), który prowadzi na północ Szwecji. Leśna ścieżka starannie oznakowana dużymi żółtymi kropkami na drzewach lub drewnianymi strzałkami prowadzi nas wokół trzech jezior. Uwaga: konieczne buty dobrze trzymające kostkę! Szlak pnie się ostro w górę, potem opada w dół. Po drodze korzenie i wykroty, skały i skałki o przedziwnych kształtach pokryte zielonymi czapami mchu, zwalone drzewa (w styczniu szalał tu huragan). Zbieramy jagody, odpoczywamy w miejscach widokowych, kąpiemy się w jednym z jezior. Nikogo, tylko nad wodą gdzieniegdzie pojedynczy ludzie.
Kiedy nie ma słońca, a jeszcze nie pada, warto obejrzeć to piękne, portowe miasto założone w 1621 r. przez króla Gustawa II Adolfa. Zbudowali je Holendrzy, przecinając siecią kanałów na wzór Amsterdamu. Otaczały je mury obronne z fosą - była to jedna z najsilniejszych twierdz w ówczesnej Europie, szwedzkie okno na Zachód. W XIX w. miasto się rozbudowało, zasypano większość kanałów. Zachowały się trzy fortyfikacje: Skansen Kronan, Skansen Lejonet i Nowa Forteca Alvsborg nad ujściem rzeki Göta, kilka imponujących XVIII-wiecznych budynków (m.in. gmach East India Company) oraz kilka XIX-wiecznych, w tym Teatr Wielki i dworzec kolejowy.
W sobotnie popołudnie w mieście pełno spacerowiczów. Kuszą zapachy z kawiarń, barów i restauracji: hinduskich, tajskich, chińskich... Trzeba gdzieś wstąpić na pyszną, nie gorszą niż we Włoszech, kawę (Szwedzi, a jest ich ok. 9 mln, piją jej najwięcej po Amerykanach). Posłuchać ulicznych grajków i wrzucić im monetę do kapelusza. Przejść się po brukowanych uliczkach wśród niskich, drewnianych domów starej Hagi. Zatrzymać się dłużej na Götaplatsen pod fontanną z pięknym, choć groźnym Posejdonem, dziełem znanego szwedzkiego rzeźbiarza fontann Carla Millesa. Tuż za nią schody prowadzące do ogromnego gmaszyska Muzeum Sztuki. Odwracamy się - przed nami najlepszy widok na Kungsportsavenyn (w skrócie Avenyn), najbardziej reprezentacyjną ulicę miasta. Pół godziny spaceru i jesteśmy pod göteborską Operą otwartą w 1994 r., jedną z nowocześniejszych na świecie. Imponujący, choć trochę przeładowany ozdobami gmach z dwoma scenami (mogą pomieścić 1350 widzów) zaprojektował Jan Izikowitz. Przed Operą rzeźby, m.in. 8-m granitowa "Wiosna" Norwega Barda Breivika, którą nieustannie obmywa woda.
Na drugą stronę Göta Älv kursują "tramwaje" wodne (älv-snabben). Jednym z nich dopływamy do miejsca, gdzie jeszcze przez kilka dni (do 17 lipca) będzie stał żaglowiec Gothenborg, replika zbudowanego w 1738 r. w sztokholmskiej stoczni Terra Nova na zamówienie Szwedzkiej Kompanii Wschodnio-Indyjskiej (Swedish East India Company). To ostatnia chwila, żeby go obejrzeć, zanim wyruszy do Chin jak jego imiennik, który trasę Göteborg-Kanton (i z powrotem) pokonywał w 18 miesięcy. Na pokładzie bałagan, do wielu miejsc nie można wejść - trwają ostatnie prace przed rejsem. Trudno uwierzyć, że wszystko będzie gotowe na czas. Co przywiezie z podróży? Czy - jak jego poprzednik - jedwab, porcelanę i herbatę?