Dalmacja: wyspy Mljet i Korcula

Mljet i Koreula, choć bliskie sąsiadki, są całkiem różne. I piękne inaczej
Z daleka przypominał grzbiet długiego zielonego jaszczura o pofałdowanym, gruzłowatym pancerzu, przeciętym jasną pręgą. Tak wyglądało moje spotkanie z Mljetem, trzecią co do wielkości (100,4 km kw.) i najdalej wysuniętą wyspą południowej Dalmacji.

Prom Jadroliniji z Dubrownika płynie tam dwie godziny, cumuje w porcie Sobra (parę domków i bar). Jest początek czerwca, tuż po deszczu, i Mljet to soczyście zielona plama na turkusie Adriatyku. Niemal cały tonie w lasach (sosna pino alpino i dęby). Robi wrażenie bezludne - latem liczy podobno 1,5 tys. mieszkańców, a poza sezonem zaledwie 800. Turystów też chyba niewielu, najczęściej zresztą przypływają na jachtach i nazajutrz odpływają. Sezon na wyspie rusza z końcem kwietnia i trwa od połowy października.

Jedziemy główną i - na dobrą sprawę - jedyną drogą (to właśnie ta pręga na grzbiecie jaszczura), do jedynego hotelu Odisej we wsi Pomena. W ciągu godziny mija nas może kilka samochodów.

Nazwa hotelu nieprzypadkowa. Tu właśnie miał się zatrzymać w czasie swoich wędrówek Odys. Dowody? Proszę bardzo: - Niegdyś było na Mljecie mnóstwo węży [wytępiły je podobne do łasicy mungo sprowadzone w końcu XIX w. z Indii - red.], są słodkie źródła, o których wspominał w "Odysei" Homer, no i mamy Grotę Odyseusza - wyliczy jutro nasza przewodniczka Marina, która od kilku lat spędza na Mljecie każdy sezon.

Nasza Pomena ma około 50 mieszkańców. To hotel i kilkanaście nowych niezbyt ładnych domów, prawie każdy z tawerną (konoba) na parterze. Otaczają okrągłą zatoczkę z jachtami z całej Europy - co wieczór cumują inne. Hotel i okoliczne pensjonaty mogą przyjąć w sezonie tysiąc osób.

Obok Odiseja - mała betonowa plaża (morze wciąż zimne, nie da się długo pływać), dalej konoba Penelopa, sklepik z okropnymi suwenirami i wypożyczalnia Mini Brum. Pod gołym niebem stoją nasze małe fiaty 126 przerobione na odlotowo: tygryski pokryte futrem, chrabąszcze ze sterczącymi wąsami i niby-skrzydełkami, kosmiczne kabriolety... Wynajmują je turyści na przejażdżki po wyspie.

***

Niemal jedną trzecią powierzchni wyspy zajmuje Nacionalni Park Mljet. Utworzony w 1960 r., chroni dwa niezwykłej urody słone jeziora (z Adriatykiem łączy je przesmyk) i otaczające je lasy. Do mniejszego (Malo Jezero, 24 ha, głębokość 29 m) ścieżką z Pomeny idzie się kwadrans. Turkusowo-szmaragdowe oko (z przewagą szmaragdu) otaczają niewysokie, zielone pagórki na wapiennym podłożu. Jak okiem sięgnąć żadnych zabudowań. Niskie brzegi okala niby-murek z białych kamieni, potężne gałęzie pinii sięgają wody. Dookoła biegnie ścieżka - Malo Jezero da się obejść w półtorej godziny.

Veliko Jezero (145 ha, głębokość 46 m) dzieli od niego coś w rodzaju grobli. Obydwa są przeczyste i ciepłe. Temperatura latem zawsze parę stopni wyższa od tej w morzu - 27-30 stopni w małym i 26-27 w dużym - i, jak zapewnia Marina, nawet w październiku kąpiel tu jest przyjemnością. O 7 po południu nie ma prawie żywego ducha, w ciągu dnia zjawiają się amatorzy pływania i plażowania.

Z brzegu Veliko Jezero co kilkadziesiąt minut odpływają małe stateczki - wożą turystów (wydaje się, że w tym sezonie najwięcej jest francuskich emerytów) na nieodległą wyspę Św. Marii. Dobijamy na nią po 10 minutach, zachwycając się widokami po drodze. W XII wieku przybyli tu benedyktyni z Apulii, zbudowali romański kościół i klasztor. Pozostali na wysepce przez sześć wieków, do 1808 r. Odzyskali zdewastowany klasztor w 1997 r., dziś mieszka tu jeden mnich.

Na razie zwiedzać można tylko mały kościół (reszta w renowacji) z białego kamienia, jak wszystko w Dalmacji. Wchodzi się doń po schodkach, przez renesansową loggię wspartą na czterech kolumnach. W środku niemal gołe mury, ale za to jaka atmosfera! Przedsionek z krzyżowym sklepieniem, nad owalnym portalem dwie figury-płaskorzeźby z różowego kamienia, o niezwykłych twarzach, pochylone, niemal unoszą się w powietrzu. Nawa na planie krzyża. Na kamiennej podłodze XII-wieczna rozeta - symbol 12 apostołów. Ołtarz to marmurowy sześcian (kopia, XII-wieczny oryginał w zakrystii), na nim kwiatki w słoiku po kwaszonych ogórkach. W bocznych ołtarzach wydarte do gołych cegieł miejsca po obrazach, nad nimi okna w kartuszach. Na ścianach resztki fresków. Można by tu siedzieć (w chłodzie) w nieskończoność.

15 sierpnia z pompą obchodzi się święto Matki Boskiej, patronki kościoła - procesja przemierza całą wysepkę. Na dobrą sprawę wzdłuż i wszerz da się ją przejść w kilka minut.

Na łączce tuż obok kościoła pasą się przygarnięte przez mnicha dwa osiołki. W głębi natykamy się kapliczki św. Jana i św. Benedykta. Wszędzie pełno krzaczastych pelargonii o zdrewniałych łodygach, uwijają się nad nimi roje żółtych i pomarańczowych motyli. Gorąco. Wielu turystów zażywa kąpieli skacząc do jeziora z wąskiej ścieżki biegnącej tuż przy brzegu. Ale na nas czeka już łódka...

***

Z końca w koniec można przejechać Mljet w godzinę (szeroka na 3 km wyspa ma 37 km długości). Na przeszkodzie stają jednak... krajobrazy. Droga biegnie najpierw równolegle do wybrzeża. Musimy stawać co krok, by nasycić się widokami (i robić zdjęcia): głębokie jęzory niezliczonych zatoczek są turkusowe, lazurowe i szafirowe, a półwysepki i wysepki zielono-białe.

Pierwszy przystanek - Polaee. Trudno pomylić to miejsce z innym - droga prowadzi przez wielką bramę rzymskiego pałacu z II wieku (stąd nazwa Polaee, czyli Pałac). Po obu stronach szosy zachowały się resztki murów z białego kamienia. Prześwituje przez nie morze. W pięknej zatoczce sporo jachtów. Jak słyszymy, jest głęboka na 30-60 metrów, więc mogą tu wpływać nawet duże jednostki.

Niestety, o antyczne pozostałości nikt chyba nie dba. Sterczą jakieś haki, zwisają grube kable, we wnęce straszy wrak samochodu, a obok ktoś uprawia ogródek. Ten akurat komponuje się dobrze z całością, zwłaszcza wspaniałe, kwitnące właśnie bladoczerwono granaty.

Droga biegnie teraz nieco w głąb wyspy. Tylko z daleka oglądamy Govedari - kilka wieków temu była to wieś benedyktyńska, pozostały resztki klasztoru. Przed nami otwiera się cudowna, rozległa dolina (z góry wydaje się gładka jak stół) w otoczeniu zielonych gór. Równe rządki winnic kontrastują z chaosem oliwnych gajów. Pomarańczowe dachówki w dole to Blato (ok. 30 mieszkańców), centrum produkcji wyspiarskiego wina Rukatac.

My jednak stajemy dopiero w Babino Polje. To największa miejscowość na Mljecie (ok. 300 mieszkańców), tu znajduje się centrum administracyjne i jedyna szkoła podstawowa. Cicho i sennie, wydaje się, że czas zatrzymał się przed wiekami: szaro-białe kamienne, przysadziste domki, spłowiałe żółtopomarańczowe dachówki, niemal wciśnięte w ziemię (ze starości) kapliczki i kościoły, zagrody dla osiołków i pokryte pnączami pergole. Babino Polje przylepiło się do dość stromego zbocza i piekielnie trudno tędy przejechać (nie miną się dwa nawet małe samochody), za to mamy stąd wspaniały widok na odległe stoki pokryte winoroślami i oliwkami. Za nimi oczywiście morze.

***

Dalej wioseczka Korita - mieszka tu ponoć siedem osób, za to kościoły mają aż trzy (dwa na szczytach pagórków, jeden na dole, w samej wsi). Podobno wiele osób z kontynentu domy po przodkach zamieniło na dacze.

Docieramy na wschodni czubek wyspy - na prawo Adriatyk, na lewo kanał dzielący Mljet od Półwyspu Pelješac. A ten wygląda naprawdę majestatycznie: skalisty, nagi masyw, z najwyższym szczytem św. Ilija (961 m n.p.m.). Nad nimi bajeczne piramidy chmur (nazajutrz pogoda się popsuje i przez pół dnia nie będzie można odpłynąć z Mljetu).

Ostatni przystanek - Saplunara i jej trzy piaszczyste plaże (rzadkość na wyspie). Pijemy kawę w sezonowej minirestauracji. Jej właściciel pan Dabelić częstuje nas arcycienkimi plastrami własnego wyrobu pršuta - surowej szynki z kością, która musi dojrzewać co najmniej dwa lata (ale dobra jest nawet po dziesięciu). Druga szynka stoi na drewnianym "koziołku", nietknięta, musi jeszcze trochę poczekać. Pokrywa ją ciemnoszara pleśń. - To dobry znak - mówi gospodarz. Obok wielki słój z zatopionymi w oliwie okrągłymi kozimi serkami. Na murku, który oddziela werandę od ciemnoturkusowego morza stoją wspaniałe kamienne "garnki" (metr średnicy) z przykrywkami i dwoma uchami. - Mają po 300 lat - mówi pan Dabelić. Przechowywano w nich oliwę, sery, miód. Zresztą nazwa Mljet wywodzi się właśnie od miodu - niegdyś było tu mnóstwo pszczół, a i dziś miody stąd są słynne. Inna wersja mówi, że od słowa mleti, czyli mleć, a to od młynów, które nad słonymi jeziorami mełły oliwki.

Pogoda wreszcie się poprawia i można opuścić Mljet. Mały stateczek wiezie nas z Pomeny na Półwysep Pelješac. Płyniemy ponad godzinę, mijamy maciupkie wysepki o sterczących białych skałach, na nich gdzieniegdzie jakiś krzaczek.

Trstenik to malutka marina niemal przylepiona do potężnego skalnego masywu. Na malowniczym nabrzeżu parę zabytkowych domostw, niestety zapuszczonych, a nawet zrujnowanych, a te nowe, tuż obok, dość brzydkie. Stąd już samochodem do miejscowości Orebie (po drodze mnóstwo winnic i drogowskazów do piwnic, to przecież znany region winiarski z czerwonym Dingaeem) i 20 min promem na wyspę Koreula.

***

Ta słynie z białego wytrawnego wina Pošip (naprawdę wspaniałe), oliwy z oliwek, no i miasta o tej samej nazwie - mówi się o nim Mały Dubrownik, co oburza lokalnych patriotów.

Wyspa zajmuje 270 km kw. (długość 47,6 km, szerokość od 5 do 7 km), liczy 17,5 tys. mieszkańców, a miasto Koreula - 3,4 tys.

Białoszare kamienne cud-miasteczko z morzem spłowiałych dachówek wcisnęło się na okrągły cypelek okolony potężnymi murami (tu i ówdzie "odstają" od nich baszty - w sumie siedem - czasem jakby odcięte od murów, by zrobić miejsce drodze). Powstawały przez 250 lat, ich budowę zakończono na początku XVI wieku.

Po kamiennych schodach wchodzimy do miasta od strony lądu przez imponującą wieżę południową zwieńczoną prostokątnymi blankami i pióropuszami palm. Na niej uskrzydlony lew św. Marka, symbol kilkuset lat władzy Republiki Weneckiej, i kamienna tablica z 1925 r. (ale stylizowana na starą) na cześć Tomislava, tysiąc lat wcześniej koronowanego na pierwszego króla Chorwacji.

Od drugiej strony przylega do wieży kaplica z Madonną. Upamiętnia rok 1571 i najazd Turków. Z Matki Boskiej pomocą miasto obroniono, we wspaniałej renesansowej loggi tuż obok wciąż leżą wotywne armaty i kule z tamtej epoki.

Kilka kroków dalej rozsiadł się imponujący Pałac Rektora (centrum cywilnej władzy miejskiej). Domy wokół wąziutkie, miały po dwa wejścia: prywatne, dla rodziny i do części "biznesowej" - sklepowej, warsztatowej. Kuchnia - o dziwo - znajdowała się pod dachem, na trzecim piętrze, za salonami i sypialniami (i tak jest często do dziś). Po chwili sprawdzamy to naocznie w Muzeum Miejskim (wstęp 10 kun), które chlubi się też kopią statutu Koreuli z 1214 r. (44 strony po łacinie, jeden z pierwszych kodeksów w południowej Europie). Vis-a-vis stoi Opatska Reznica, czyli Pałac Biskupi (wstęp 15 kun), w nim ciekawe zbiory sztuki i pamiątek, m.in. rysunki Tintoretta, obrazy Jacopo Bassano i z kręgu Carpaccia, ornaty, meble, monety...

Główny plac, jak i stojąca przy nim katedra, nosi imię św. Marka. Budowano ją od XIV do połowy XVI w. Zachwyca portal z niezwykłymi figurami Adama i Ewy - przykucnęli, trzymając na barkach wielkie lwy. W środku późny gotyk, renesans i wczesny barok. - Koreulę wznosili lokalni mistrzowie, białego kamienia dostarczały sąsiednie wyspy, m.in. Vrnik (aż 25 kamieniołomów!) - mówi nasza przewodniczka Stanka. - Główny budowniczy, Marko Andrejić, żył w drugiej połowie XV wieku. Jego dzieło to m.in. dzwonnica z koronkową loggią i wspaniałe cyborium (ołtarz w kształcie baldachimu) we wnętrzu katedry.

Cyborium kryje obraz Tintoretta - św. Marek z patronami Dalmacji, św. Jeremiaszem i Bartłomiejem (również opiekun budowniczych statków); chwilowo w konserwacji, w zastępstwie wisi kopia. A w bocznej nawie wspaniały nagrobek biskupa Toma Malumbra z przełomu XV i XVI w., który dokończył budowę katedry.

29 lipca ruszy z niej procesja bardzo tu czczonego św. Todora, drugiego obok Marka patrona miasta. Jak wylicza Stanka, w ciągu całego roku odbywa się w mieście 55 różnych procesji. Nieprzerwanie - od czasów renesansu - działają gildie, które zajmują się ich organizacją.

Nie można pominąć legendarnego Marco Polo, na którego imię natykamy się co krok (mają go w szyldzie biura podróży, sklepy, tawerny). Niedaleko najstarszego w Koreuli kościoła św. Piotra (XI w., niestety akurat zamknięty) znajduje się dom-wieża rodziny Polo. Nie ma dowodów na to, że słynny podróżnik tu się urodził. Ale wiadomo, że w 7 września 1298 r. walczył jako dowódca statku weneckiego w bitwie morskiej z Genuą, niedaleko Koreuli właśnie; trafił na osiem miesięcy do niewoli i w więzieniu podyktował swoje słynne "Opisanie świata" o podróży do Chin. Na pamiątkę we wrześniu odgrywa się tę bitwę na nowo.

Dom rodziny Polo przy malowniczej ulicy Depolo od roku jest w rękach miasta (aktualnie w renowacji).

W ciaśniutkich uliczkach-schodkach wielkie fikusy w małych donicach niczym drzewa pną się do góry. Ze szczelin w murach wyrastają krzaczaste asparagusy i kwitnący właśnie zatrwian. Na każdym kroku zachwyca warsztat dawnych kamieniarzy: ozdobne ławki, tralki i wsporniki balkonów, wymyślne portale i obramienia okien. Na nich cudaczne postacie, żaby, maszkarony. Koło okien na piętrach sterczą kamienne wysięgniki z okrągłymi dziurami - służyły (i pewnie tak jest do dziś) do wciągania mebli, które za nic nie zmieściłyby się do wąskich klatek schodowych. Jeszcze wyżej wykusze-łączniki, no i wszędobylskie lwy św. Marka.

Przeszkadza tylko plątanina grubych kabli elektrycznych, rażą plastikowe okienka i takież żaluzje w wiekowych murach, czy współczesne drzwi i witryny sklepów na parterze.

Co krok tawerny, pizzerie, bary i kluby w pięknie sklepionych piwnicach, komnatach i basztach. Sklepiki z pamiątkami lepiej omijać (plastikowe delfiny, drewniane butelki), choć często zajmują wspaniałe wnętrza.

Dawni mieszkańcy utrzymywali się przede wszystkim z budowy statków, a także rybołówstwa, uprawy oliwek i winorośli. Od pół wieku - głównie z turystyki. Ale nasza przewodniczka Stanka o tym nowym "przemyśle" wyraża się z niechęcią, z dumą podkreślając wieki tradycji.

Sezon trwa tu od Wielkanocy do połowy listopada (choć zimy są łagodne - 10-15 stopni - gości nie ma). Za dnia turystów jest pełno. Za to późnym wieczorem można w spokoju przemierzać niemal opustoszałe zaułki.

***

Jedziemy w głąb wyspy. Jest dość zielona i pagórkowata (najwyższe wzniesienia mają ponad 500 m), ale całkiem inna niż Mljet. Wydaje się, że znacznie mniej tu lasów, a więcej upraw, zwłaszcza oliwek i winorośli, są też cytrusy i cyprysy. Pola dzielą niziutkie murki ułożone z kamieni.

Mijamy, na oko całkiem współczesną, miejscowość Smokvica (po chorwacku smokva to figa), skąd pochodzi pyszne białe wino o tej nazwie, potem słynne ze swojej alei lipowej Blato, by dotrzeć do miasteczka Vela Luka na drugim końcu wyspy. - Nie jest specjalnie stare (zaledwie 200 lat) ani nie posiada wielu atrakcji, no i gdzie mu tam do zabytków Koreuli - mówi Anita Dragojević z miejscowego biura Chorwackiej Wspólnoty Turystycznej - ale ma sporo wdzięku. Nasz największy atut to piękne morze z niezliczonymi zatokami i nieskażona natura. Coraz więcej turystów zatrzymuje się właśnie tutaj, bo taniej i spokojniej, można naprawdę odpocząć; a do Splitu, Koreuli czy na sąsiednie wyspy wybrać się na wycieczkę.

Jak mówi Anita, są pewne dowody wskazujące na to, że tu właśnie zatrzymał się Odys. Wystarczy przestudiować Homera i porównać...

Vela Luka zyskała sławę w połowie lat 60., gdy odkryto tu grotę Velka Spila zamieszkałą od 18 tys. lat przed Chrystusem, a w niej szkielety - tzw. babci i dziadka - pogrzebanych w pozycji embrionalnej (podobno jedyne takie w Europie). Obydwa oglądamy w niewielkim miejscowym muzeum, wraz z innymi znaleziskami z groty.

Do groty jedzie się kilkanaście minut w górę miasta, wśród niekończących się gajów oliwnych przedzielonych kamiennymi miedzami. Wejście wygląda niczym rzymski łuk, wysoki na kilkanaście metrów. Na razie zbadano tylko trzecią jej część (brak funduszy).

Velka Spila, choć nie można do niej wejść (dostępu broni żelazna krata), robi wrażenie. Mamy stąd wspaniały widok na miasto w kształcie litery v nad zatoczką o trzech odnogach - co podobno pasowałoby do opisu Homerowego, podobnie jak trzy słodkie źródła w każdej części nabrzeża (były też i węże).

Z Anitą poznajemy malownicze okolice. Niemal na najodleglejszym cyplu leży kemping. Schodzimy ze wzgórza ścieżką dla kóz (niegdyś hodowano ich na wyspie mnóstwo) nad samo morze. Woda - jak zwykle - przezroczysta.

Na zboczach dookoła kryją się małe dacze, większość z nich można wynająć na lato. - Niemal wszyscy tak robią - mówi Anita. - To przecież same prywatne posiadłości.

Na szczęście nie psują krajobrazu, prawie ich nie widać w gęstwinie oliwek, krzewów i ziół (rozmaryn wielki jak krzaki porzeczek!).

Pod wieczór Anita zabiera nas na rodzinne letnisko po drugiej stronie zatoki. Kamienny, mały domek (są dwa, drugi zajmują turystki z Finlandii) z pergolą i kominkiem-grillem na zboczu porośniętym kolczastym gąszczem - śródziemnomorska macchia o oszałamiającym zapachu. Z kamiennego tarasu niemal u stóp morza świetnie widać małą, okrągłą i wypukłą niczym bochen chleba wysepkę, nazywaną przez miejscowych Wyspą Miłości (bezludna, na malutkich skalistych plażach zmieszczą się być może dwie osoby). Nie mogę odmówić sobie kąpieli, choć Adriatyk wciąż chłodny...

***

Vela Luka najpiękniej wygląda o zachodzie, gdy słońce maluje na złoto nadbrzeżną promenadę i domki wzdłuż niej gęsto przetykane konobami i barami.

Gdy nazajutrz o świcie wsiadamy na prom do Splitu (płynie niemal trzy godziny), Anita wręcza mi na pożegnanie butelkę oliwy z tutejszych oliwek. W zeszłym roku właśnie tę z Koreuli uznano za najlepszą w Chorwacji.



Wyspy w sieci

• http://www.np-mljet.hr - Park Narodowy na Mljecie

• http://www.adriatica.net/croatia/ogradu_pl - Mljet po polsku

• http://www.korcula.net - wyspa Koreula

• http://www.jadrolinija.hr - promy Jadrolinija

• http://www.aci-club.hr - żeglowanie po Adriatyku

• http://www.croatia.hr/Default.aspx - Chorwacka Wspólnota Turystyczna