Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Rzym najpiękniejszy jest w sierpniu

Miłada Jędrysik
01.05.2007 , aktualizacja: 05.01.2006 18:10
A A A Drukuj
Zatybrze

Zatybrze (Fot. Marzena Hmielewicz / AG)

Kiedy mieszkańcy wyjeżdżają na wakacje, w niedzielne przedpołudnia można mieć Wieczne Miasto tylko dla siebie
To nie będzie tekst o Koloseum i Forum Romanum ani o Watykanie. Wszystko jest w przewodnikach. Kiedy zaczęłam się zastanawiać, jaki obraz najbardziej kojarzy mi się z Rzymem, przypomniał mi się letni wieczór przed Villa Giulia, renesansową rezydencją papieża Juliusza III na wzgórzu Pincio, tym samym, na które wspinają się Hiszpańskie Schody. To miejsce, gdzie ragazzi di vita - czyli męskie prostytutki - czekają na klientów. Chyba nie przez przypadek właśnie tam, bo Juliusz III występuje na gejowskich stronach internetowych jako "sprawca największego homoseksualnego skandalu w historii papiestwa", który uczynił kardynałem swego 17-letniego faworyta.

W odróżnieniu od viados, długonogich brazylijskich transwestytów o silikonowych piersiach, którzy opanowali ciemne ulice w odleglejszych rejonach miasta, ci młodzi chłopcy wyglądają zwyczajnie: krótko ostrzyżeni, w wyprasowanych białych koszulach i czystych dżinsach. Tego wieczoru pod Villa Giulia jeden z nich czekał na klientów pod latarnią i czytał książkę. I to był właśnie ten widok, którego nie da się zobaczyć w żadnym innym mieście. Niewinność i grzech. Tylko w Rzymie sacrum i profanum mieszają się w sposób tak intensywny.

Roma puttana, ta dziwka Rzym, zwykł mawiać rzymski lud, od kilku tysięcy lat z ironicznym dystansem patrzący na wybryki możnych tego świata i świadomy, że własne drobne grzeszki, wynikające z uniwersalnej ludzkiej potrzeby, by mieć co włożyć do garnka, wywołają na ustach św. Piotra, gwardiana rajskich wrót, pobłażliwy uśmieszek w porównaniu z tym, co wyrabiali różni papieże i premierzy. W ludowym wyobrażeniu Rzym jest siedliskiem korupcji, nepotyzmu, biurokracji, pogardy dla zwykłych obywateli. Rzymianie nie znoszą jednak wybryków swych władców biernie i z pokorą: niedaleko Piazza Navona stoi antyczna rzeźba nazywana Pasquino. Od kilkuset lat "przemawia" za pomocą kartek z mniej lub bardziej wyszukanymi satyrami, które bezlitośnie chłoszczą grzechy możnych. W ostatnich latach Pasquino jest oblepiony ludową poezją bardziej niż kiedykolwiek - pod rządami kontrowersyjnego premiera miliardera Silvia Berlusconiego satyra kwitnie.

***

Tak naprawdę Rzym nie jest żadnym Gotham City. Rzymianie to tacy sami ludzie jak inni, może tylko ich winy i słabości wyraźniej widać na tle kopuły św. Piotra. Ale kontynuując metaforę "zepsucia", można by powiedzieć, że jej ofiarą padła również rzymska kuchnia. Najpierw ta antyczna, w której najbardziej wyrafinowaną przyprawą było garum - tajemniczy sos wytwarzany ze sfermentowanych rybich wnętrzności (nie wiemy tego dokładnie, bo żaden precyzyjny przepis nie przetrwał do naszych czasów). Być może był podobny w smaku do wietnamskiego sosu rybnego, który, zakopywany w ziemi, również fermentuje. Zdaniem historyków gastronomii szerokie użycie wytrawnych w smaku solonych sardeli, czyli acciughe, jest pozostałością właśnie po garum. Takie choćby puntarelle: świeże, białe pędy zieleniny, która rośnie chyba tylko tutaj, podaje się z ostrym sardelowym winegretem.

Na prawdziwie ludową rzymską kuchnię składają się odpadki z dworskiego, cesarsko-senatorskiego i papiesko-kardynalskiego stołu. Dlatego królują w niej podroby. Na przykład coda alla vacinara, czyli po prostu krowi ogon. Ale jak przyrządzony! Gotowany w rosole, a potem duszony z pomidorami, winem, rodzynkami i orzeszkami pinii.

Niestety, inna ulubiona potrawa, pajata, czyli wołowe lub cielęce flaczki z zawartością, którą smakosze określają jako delikatny, nieporównywalny z niczym w smaku krem, padła ofiarą bezdusznej biurokracji. Nie można już ich w zakładach zbiorowego żywienia podawać, bo to niehigieniczne i nie spełnia unijnych norm. Ale pomysłowy rzymski ludek poradził sobie z tym zakazem: spożywa ją w tawernach spod lady. Szczegółów nie znam - pewnie trzeba znać hasło albo puścić perskie oko do kelnera...

***

I tu musi nastąpić dygresja: przy fontannie di Trevi, gdzie Anita Ekberg tańczyła w wieczorowej sukni bez ramion w "La Dolce Vita" Felliniego, w jednej z najbardziej seksownych scen w historii filmu, i gdzie musicie koniecznie wrzucić monetę, żeby jeszcze raz do Rzymu wrócić (poza tym to okropne miejsce, od rana do wieczora pełne turystów) znajduje się piękny kościół ss. Vincenzo e Anastasio. Fasada autorstwa Martina Longhi młodszego, ze swoimi spiętrzonymi kolumnami, jest prekursorskim przykładem późnego baroku. Tego uczą historyków sztuki. Ale mało kto wie, że w monumentalnym relikwiarzu w jednym z bocznych ołtarzy przechowywane są usunięte ze zwłok przed zabalsamowaniem wnętrzności 22 papieży, od Sykstusa V do Leona XIII (był to kościół parafialny Kwirynału, ówczesnej papieskiej rezydencji). Dopiero Jan XIII albo Paweł VI zerwał ze zwyczajem umieszczania w specjalnych urnach serca, płuc czy innych pontyfikalnych organów. A oswajający każde sacrum rzymski ludek pieszczotliwie nazywał relikwie le budelle dei Papi, czyli papieskie flaczki. Nie ma się co gorszyć. Sacrum i profanum znów się mieszają. A poza tym to przecież rzymianie wymyślili powiedzenie: e morto un Papa, se ne fa un'altro - umarł papież, będzie następny. Papieże przemijają, a Rzym jest wieczny.

***

Wracając do kuchni, wszystkich tych specjałów można spróbować w tawernie Giggetto w getcie, ale trzeba się przygotować na długie czekanie na miejsce w porze obiadowej, zwłaszcza w niedzielę, gdy suną do niej całe wielopokoleniowe rodziny. Podają tam również carciofi alla giudia, czyli po żydowsku (smażone w głębokim tłuszczu przybierają formę wielkiej seledynowej róży). Oczywiście w sezonie na karczochy, który, niestety, zacznie się dopiero jesienią.

A samo getto to jedno z najpiękniejszych miejsc: z jednej strony rzymskie ruiny, z eleganckim Portykiem Oktawii z II w n.e., z drugiej monumentalna, eklektyczna synagoga (ta sama, którą odwiedził Jan Paweł II, by złożyć szacunek "starszym braciom w wierze"). A w środku małe ciemne sklepiki z guzikami, garnkami, kapeluszami - wszystkim, czego dusza zapragnie.

Na pewno lepiej poznawać rzymską kuchnię tam, niż na Zatybrzu, czyli Trastevere, które jest miejscem popularnym wśród turystów, zwłaszcza amerykańskich, ale prawdziwy rzymianin rzadko tu zagląda. Kiedyś była to rzeczywiście enklawa niczym nie zepsutego nadrzecznego folkloru, zamieszkana przez plebs (a jeszcze wcześniej przez Żydów, zanim w 1555 r. przenieśli się do dzisiejszego getta). Teraz pełno tu knajp o obniżonym turystycznym standardzie i dużo śmieci.

Z drugiej strony, warto tam pójść dla idealnej harmonii placu przed bazyliką Santa Maria in Trastevere, albo zrobić dłuższy spacer do kościoła San Francesco a Ripa, by obejrzeć nagrobek błogosławionej Lodoviki Albertoni dłuta Gian Lorenza Berniniego. Pełne szczęścia spojrzenie umierającej kobiety, która właśnie zobaczyła to, czego żywi nie są w stanie zobaczyć, czyni z tej rzeźby bardziej kameralną, bardziej ludzką wersję słynnej "Ekstazy św. Teresy", innej rzymskiej rzeźby Berniniego.

***

Ale dzielnicą, gdzie rzymianie spędzają wieczory, jest leżące na drugim brzegu Tybru Testaccio. To "ósme" rzymskie wzgórze jest dziełem ludzkiej ręki - od niepamiętnych czasów mieli w tym miejscu pracownie garncarze. Swoje potłuczone lub nieudane wyroby - czyli tzw. cocci - wyrzucali właśnie tu. Mijały lata, dziesięciolecia, wieki, tysiąclecia i tak powstał stromy pagórek, wokół którego mieszczą się dziś najmodniejsze offowe kluby.

Wieczorem można też spotkać rzymian na Campo di Fiori. To plac upamiętniony gorzkim wierszem Miłosza - mieszkańcy Rzymu patrzą z obojętnością, jak na stosie płonie filozof Giordano Bruno uznany za heretyka przez Święte Oficjum. Dzisiaj kamienny Bruno stoi na piedestale, a na jego głowie prawie zawsze siedzi gołąb, samozwańczy strażnik Campo. Wcześnie rano pilnuje hałaśliwego i kolorowego warzywnego targu, a wieczorem tłumu wypełniającego rozstawione na całym placu restauracyjne ogródki.

***

Ale perfidne Wieczne Miasto, choć prowokuje, nie odsłoni nigdy wszystkich swoich wdzięków. Chyba że jest się skoligaconym z jakimś arystokratycznym rodem - wtedy staną otworem podwoje pałaców na via del Corso, urządzonych w dawnych książęcych salonach ekskluzywnych klubów z barokowymi freskami na suficie, albo i prawdziwych książęcych salonów, gdzie we wnętrzach, których pozazdrościłoby każde muzeum, mieszkają ludzie.

Namiastką tego może być wizyta w Palazzo Doria Pamphilj przy Corso, którego bogatą kolekcję obrazów udostępniono publiczności. Pałacowa pinakoteka, do której wchodzi się po monumentalnych barokowych schodach, wygląda dokładnie tak jak przed czterema wiekami - obrazy wiszą ciasno jeden koło drugiego i jeden nad drugim. Trudno wyłuskać z niej perełki, jak dzieła Caravaggia czy Guercina, ale przynajmniej można zobaczyć, jak kiedyś rozumiano kolekcjonerstwo: ilość liczyła się prawie tak, jak jakość.

***

A najpiękniejszy jest Rzym w sierpniu, kiedy mieszkańcy wyjeżdżają na wakacje. Nie ma co prawda szans na zjedzenie dobrego obiadu, bo otwarte są tylko restauracje dla turystów, ani na szczególny wybór na zakupach, bo sklepy też mają wolne, no i panuje obezwładniający wilgotny upał (sierpień to w Rzymie najgorętszy miesiąc). Ale za to ulice są cudownie puste, zwłaszcza w porze sjesty. Z rzadka przemknie pojedynczy skuter czy miejski autobus.

Szczególnie w niedziele przed południem można mieć całe miasto tylko dla siebie: cień miękko załamujący się na ochrowym tynku, przenikające przez sandały ciepło nagrzanych słońcem sampietrini (kamieni rzymskiego bruku), zakręcony barokowy detal, zgrzebne sutanny i kapiące złotem ornaty na wystawach krawców przy Panteonie. Sacrum i profanum.

Sprawdź w sieci

• http://www.ticketeria.it/villagiulia-ita.asp - Villa Giulia

• http://www.giggettoalporticodottavia.it - tawerna Giggetto

• http://www.carciofoallagiudia.it - karczochy po żydowsku

• http://www.doriapamphilj.it - Galleria Doria-Pamphilj

• http://www.milosz.pl - Campo di Fiori

Zobacz także

Zobacz więcej na temat:

  • Loty
Bestsellery