Dzień z GOPR-em: Minikurs na Maciejowej

Najpierw wspinaczka, potem wyprawa w Beskid Wyspowy, góry inne niż wszystkie
"Marlboro", doświadczony GOPR-owiec wysuszony jak papieros, zapina mi uprzęż asekuracyjną. Drugi ratownik (z siwym kucykiem), który wspinał się i w Alpach, i Himalajach trzyma linę. Ścianka ma trzy metry, ze 20 uchwytów. Podglądałem licealistów (V LO z Krakowa), którzy wchodzili przede mną: najłatwiejsza droga jest z lewej strony. Wiem już, że trzeba się do ścianki przykleić, żeby pupa nie wisiała. Ale też nie można stać zbyt długo z rękoma wyciągniętymi do najdalszych uchwytów, bo wtedy noga zacznie telegrafować, czyli dygotać jak palec telegrafistki.

Trzy-cztery skoki w górę i staję. Co robić dalej? Noga telegrafuje. Jestem już ponad dwa metry nad ziemią, gromadka licealistów zadziera głowy do góry, bo jak pan redaktor będzie spadał, to będzie zabawne. Znajduję nowe oparcie dla nogi, jeszcze raz do góry i dotykam liny.

Pierwszy raz w życiu się wspinałem i zaliczyłem ściankę. Zjeżdżam i już wspina się następny. Zanim wyruszymy w góry cała krakowska wycieczka spróbuje sił we wspinaczce.

Drogi szerokie, grzbiety łagodne

Rabka kojarzy się z dziećmi jak chyba żadne polskie uzdrowisko. W połowie XIX w. lekarze przebadali rabczańskie solanki i uznali, że to jedne z najsilniejszych solanek jodowo-bromowych w Europie. W 1864 r. powstał pierwszy zakład kąpielowo-leczniczy. W międzywojniu Rabka przyjmowała 30 tys. kuracjuszy rocznie. Przez cały Peerel słabowite dzieci przyjeżdżały tu na turnusy sanatoryjne, by podreperować zdrowie. Spragniony wrażeń dzisiejszy turysta powiedziałby: ale nudy.

Ale jest jeszcze inna Rabka - zadbane 15-tysięczne miasteczko, które zwykle mija się, pędząc zakopianką. Zmotoryzowani skojarzą karczmę Siwy Dym serwującą półmiski góralskiego jadła. A jeśli przy Siwym Dymie skręcimy na wschód i zjedziemy w kotlinę, po pięciu minutach znajdziemy się w centrum Rabki. Zatrzęsienie pensjonatów, których właściciele wiedzą, że w łazience muszą być kafelki, a w pokoju czysto. Możemy nie martwić się o zakwaterowanie i spokojnie rozejrzeć się dookoła.

A dookoła góry. Porośnięte lasami, ale z uroczymi widokowymi polanami. Nie za trudne, ale dające satysfakcję ze zdobycia szczytów. Dość puste, nie ma tu tatrzańskiego tłoku. A drogi szerokie, grzbiety łagodne - nigdzie w polskich górach nie ma tylu rowerzystów co w Gorcach.

Kiedy na Luboniu piją

Na północ od Rabki rozciąga się Beskid Wyspowy, góry inne niż wszystkie. Szczyty nie układają się w pasma, tylko tworzą osobne wyspy. Kiedy doliny wypełnia poranna mgła, wystają ponad nią jak archipelag. Najbliższy Rabki szczyt to Luboń Wielki (1022 m n.p.m.). Z Rabki wchodzi się dwie godziny. Z Zarytego (przysiółek Rabki) wyrusza się jednym z trzech szlaków błotnistą wiejską drogą. Po kwadransie pola się kończą, zaczyna się bór, a ścieżka idzie stromo w górę. Najciekawszy jest żółty szlak, na którym spotka się efektowne 25-metrowe skały - jakby naturalne osiedle dziesięciopiętrowych bloków wykutych w skale.

Na szczycie Lubonia Wlk. stoi przekaźnik telewizyjny, zbudowany w 1962 r. specjalnie z powodu wielkich zawodów narciarskich w Zakopanem. W prehistorycznych czasach telewizji sygnał transmitowano z Zakopanego na Luboń (na taki zasięg pozwalały techniczne możliwości wozu), a stamtąd do ośrodka telewizyjnego w Krakowie. Dziś wieża nadaje na pół Podhala. Widoczna z daleka jest dobrym punktem orientacyjnym dla turystów. A miejscowi żartują, że kiedy telewizor śnieży, to znaczy, że na Luboniu piją.

Obok nadajnika schronisko jak chatka na kurzej łapce. Można wypić herbatę albo wodę, zjeść fasolkę albo kiełbaskę. Jeśli przyniesiemy z dołu batonika, liczmy się z tym, że papierek schowamy do kieszeni, bo obsługa nie pozwala przyniesionych ze sobą śmieci wyrzucać do kosza w schronisku. Słyszałem na własne uszy.

Wycieczka zajmie nam cały dzień. Trzeba tylko wiedzieć, jak się ubrać, co wziąć ze sobą w góry, czego się wystrzegać i znać numer GOPR-u: 601 100 300. A skąd zwykły człowiek ma to wiedzieć?

Góry dla rozważnych

Góry są groźne nie tylko zimą. Przy załamaniu pogody turystom zdarza się zabłądzić. Najlepiej wtedy schodzić w dół. Ale Gorce są na tyle dzikie, że w dolinie można znaleźć nie wieś, ale głuszę.

- W zeszłym roku motocykliści jeździli po Lubogoszczy - opowiada Mariusz Zaród, szef Grupy Podhalańskiej GOPR. - Rano koledzy dali znać, że jeden nie wrócił. Ratownicy znaleźli go o 10, miał złamaną nogę, krwawił. W nocy były 4 stopnie ciepła, padał deszcz. Gdyby było chłodniej, umarłby z wychłodzenia. Ale ten chłód hamował krwotok. Gdyby było cieplej, wykrwawiłby się w nocy.

Często gubią się też dzieci. Dwa lata temu na Starych Wierchach rodzice zgłosili zaginięcie czterolatka. Ratownicy akurat mieli w pobliskich Pieninach ćwiczenia ze śmigłowcem. Przylecieli na miejsce, dotarły też quady z Rabki. I znaleźli dzieciaka - 2,5 km niżej.

- A i tak dobrze, że się nie schował - mówi Zaród. - Bo dzieci w stresie zwykle chowają się za krzakiem. W zeszłym roku wycieczka szkolna już miała odjeżdżać z Lubonia, a pani zorientowała się, że brakuje jednego dziewięciolatka. Znaleźliśmy go skulonego pod smrekiem. Wychowawczyni zresztą tak się zdenerwowała, że potem jej musieliśmy szukać.

Ratownicy radzą

Dzień z GOPR-em trwa. Kto wspinał się na ściance - niekoniecznie z sukcesem, bo ponad połowa licealistów odpadła od ścianki i zjechała asekurowana przez ratownika - idzie na quada. Kierowca z GOPR-u obwozi wszystkich czterokołowym motorkiem po pobliskiej łączce. Wygląda to banalnie, ale kiedy pojazd zaczyna podskakiwać na wertepach, robi się trochę jak w lunaparku.

- Kto się zgłasza na pozoranta? - pyta wąsaty GOPR-owiec Janusz Kapłon, który prowadzi Dzień z GOPR-em.

Uśmiechnięta Ewa podnosi rękę, jakby zgłaszała się do odpowiedzi z historii. Ratownicy owijają ją w śpiwór, ceratkę i wkładają do metalowej rynny, którą umieszczają na podłużnym wózku doczepianym do quada. Ewa objeżdża łączkę w charakterze rannej, a Kapłon pokazuje nam, że rynna ma też uchwyty pozwalające podpiąć poszkodowanego do śmigłowca. Podobno, tak będzie potem twierdziła Ewa, podróżuje się komfortowo.

Dzień z GOPR-em wymyślili w rabczańskiej bazie trzy lata temu. Ratownicy przygotowali program dla szkolnych wycieczek: ścianka wspinaczkowa, przejażdżka quadem, prezentacja sprzętu ratowniczego, minikurs pierwszej pomocy i wyprawa w góry, a w międzyczasie kilka słów o bezpieczeństwie i trochę praktycznych ćwiczeń (550 złotych od grupy, przy 30 osobach 18 zł na głowę).

Zanim wyjdziemy, ostatnie rady od ratowników:

- trzeba iść równym krokiem, bo przy podchodzeniu łatwo się zmęczyć;

- ubrać się "na cebulkę", bo łatwo się zgrzać przy wysiłku, ale na górze może nas zaskoczyć zimny wiatr;

- koniecznie mieć coś od deszczu, nawet w słoneczny dzień, bo załamanie pogody w górach to norma;

- buty powinny mieć dobrą przyczepną podeszwę i usztywniać kostkę;

- wychodząc w góry powinniśmy mieć w głowie numer GOPR-u, z komórek Plusa połączenie jest darmowe.

W chałupce z góralskiej bajki

Razem z licealistami ruszam do schroniska na Maciejowej.

Od południa Rabkę otaczają Gorce. Najwyższy szczyt, Turbacz (1311 m n.p.m.) jest oddalony o kilkanaście kilometrów. To wyprawa na cały dzień, na podszczytowej polanie stoi porządne schronisko. Można zanocować, następnego dnia zejść do Nowego Targu i wrócić busem do Rabki.

W drodze do Turbacza spotykamy dwa schroniska. W połowie drogi Stare Wierchy. Dla turystów bez kondycji albo rodziców z małymi dziećmi (po górach mogą chodzić na własnych nogach już czterolatki) dojść tam w jeden dzień to aż nadto. A na samym początku, godzinę drogi od Rabki (z centrum miasta najwyżej półtorej) jest bacówka na Maciejowej (852 m n.p.m.). To normalne schronisko, a nazwa bacówka stąd, że przypomina chałupkę z góralskiej bajki (w całych Beskidach stoi kilkanaście takich bacówek).

Na minikursie pierwszej pomocy na Maciejowej dowiedziałem się, jak zrobić najprostszy temblak przy zwichnięciu barku. Trzeba zawinąć bluzkę i podpiąć agrafką. Jeszcze parę takich sztuczek i schodzimy na dół. Z Maciejowej do szosy jest pół godziny. Na dole czeka autokar, wycieczka krakowskich licealistów zaraz odjeżdża.

- Każdy, kto przeszedł Dzień z GOPR-em, będzie wiedział, że w góry nie wychodzi się w pantoflach ani w sandałach - mówi mi na pożegnanie Janusz Kapłon. - Jeszcze raz przypominam numer: 601 100 300. Pomoc GOPR-u jest bezpłatna. Jeśli ktoś nie czuje się w górach pewnie, to lepiej, żeby nas zawiadomił przed wyjściem, skąd idzie i dokąd. Potem byle się trzymał ustalonego szlaku, to jeśli coś się stanie po drodze i nie dotrze do celu, szybciej zaczniemy poszukiwania. Góry są przyjazne, jeśli człowiek odpowiednio się zabezpieczy.