Montreal: szopy pracze ruszają w miasto

Dzika przyroda i najnowsza technika - taka jest cała Kanada i taki jest Montreal
"Uwaga łosie!" - to pierwszy znak drogowy, który widzimy przy wyjeździe z transatlantyckiego lotniska Dorval pod Montrealem. Potężne jumbo jety stoją rzędami, jak u nas samochody na parkingu, a dookoła rośnie jeszcze potężniejszy las. Łosie wokół Montrealu to dopiero początek. W mieście spotkamy szopy pracze ze stadkami małych, blue jeye, duże błękitne ptaki, które wyglądają, jakby przyleciały z tropikalnych lasów, w parkach mieszkają świstaki... A przecież żyje tu 3,5 miliona ludzi!

***

Montreal jest drugim po Toronto miastem Kanady, międzynarodowym i wielokulturowym. 70 proc. mieszkańców to kanadyjczycy angielsko- i francuskojęzyczni, resztę stanowi większość europejskich nacji: Brytyjczycy, Włosi, Hiszpanie, Grecy, Niemcy, Rosjanie, Polacy (30 tys., trzecie pod względem wielkości skupisko Polaków w Kanadzie, po Toronto i Vancouver), Węgrzy. Są oczywiście Chińczycy, Wietnamczycy, Hindusi i Indianie. Tutaj nikt się niczemu nie dziwi.

Największe miasto Quebecu, jednej z dziesięciu kanadyjskich prowincji, jest nietypowe, bo francuskojęzyczne. City, pełne oszałamiających, lśniących szklano-stalowych drapaczy chmur, w których odbijają się balkony wiktoriańskich kamienic i iglice kościołów. W pozostałych dzielnicach - niewysokie domy, ulice pełne pieszych, kina i teatry. Latem w dni wolne od pracy główna handlowa ulica Boulevard Sainte Catherine jest wyłączona z ruchu. Trwa tu wówczas fajerwerk atrakcji - muzyka, klauni, połykacze ognia.

Turysta nie od razu orientuje się, że miasto i jego przedmieścia leżą na ogromnej wyspie (51 km długości, 16 km szerokości), a wyspa na rzece św. Wawrzyńca, jednej z największych na świecie. Kiedy w 1535 r. francuski żeglarz Jacques Cartier odkrył wyspę dla Europejczyków, mieszkali tu Irokezi. Sto lat później osiedlili się francuscy misjonarze. W 1760 r. miasto zostało zdobyte przez wojska angielskie, a trzy lata później Francja odstąpiła je Anglii. Animozje między ludnością frankofońską a anglosaską są żywe do dzisiaj.

Chociaż Montreal leży 1500 km od Oceanu Atlantyckiego, jest jednym z największych portów morskich we wschodniej Kanadzie. Z oceanem i Wielkimi Jeziorami łączy je potężna rzeka św. Wawrzyńca. Woda w jej niezwykle szerokim, lejkowatym ujściu, dłuższym od jej właściwego biegu, jest słona. Zdarza się, że wpływają tu z oceanu wieloryby. Zimą rzeka zamarza i zamienia się w olbrzymi teren rekreacyjny, służąc montrealczykom jako trasa do narciarstwa biegowego. Obecnie główne stocznie przeniesiono poza miasto, a historyczny port - Vieux Port - zmieniono w teren rekreacyjny. Portowe hale przerobiono na pawilony wystawowe i galerie. Po nabrzeżu spacerują tłumy turystów, podziwiając potężne, prywatne jachty, których nie powstydziłyby się gwiazdy Hollywoodu. Wokół alejki do uprawiania joggingu, ścieżki rowerowe, narciarskie trasy biegowe.

Leżąca nieopodal troskliwie konserwowana, urocza montrealska starówka - Vieux-Montréal - jest największym na kontynencie skupiskiem budynków z XVII, XVIII i XIX w. Wąskie brukowane uliczki, sklepiki, restauracje, małe francuskie kawiarenki przyciągają tłumy w dzień i w nocy. Stylowe kamieniczki mają charakterystyczne strome dachy chroniące przed obfitymi opadami śniegu i małe mansardowe okienka. Klimat jest srogi, zimą temperatura dochodzi do minus 20 stopni C, a zwały śniegu na ulicach niemal sięgają okien pierwszych pięter.

Najstarszy i najważniejszy kościół Montrealu to katedra Notre Dame (codziennie 7-20, bilet 2 dol. kanadyjskie). Największy kościół w Ameryce Północnej, budowany przez prawie cały XIX w. może pomieścić 5 tys. osób. Jego architekt James O'Donnel był protestantem. W trakcie budowy kościoła przeszedł na katolicyzm i dziś spoczywa w podziemiach kościoła. Neogotyckie wnętrze zdobi mnóstwo drewnianych rzeźb i bajkowe, błękitno-złote podświetlane polichromie, dzieło montrealskiego architekta Victora Bourgeau. Na dwóch wieżach katedry wisi dziesięć dzwonów, jeden z nich waży ponad 11 ton i jest największym dzwonem w Ameryce.

Inny niezwykły kościół Montrealu to katedra Marii Królowej Świata z końca XIX w. (codziennie 7-20, bilety 2 dol.), wierna kopia bazyliki św. Piotra w Rzymie w skali 1:3. W kościele o tak jednoznacznych konotacjach byłam na nabożeństwie celebrowanym przez czarnego duchownego, w roli ministranta służyła kobieta.

Miasto szczyci się znakomitymi muzeami. The Montreal Museum of Fine Arts założone w 1860 r. to najstarsze muzeum sztuki w Kanadzie. Ma bogate zbiory sztuki europejskiej: Lucas Cranach, Peter Bruegel, El Greco, Pablo Picasso, Salvador Dali, Henry Moore i ambitny program wystawienniczy. Najważniejsze wystawy odbywają się w sezonie letnim (w przeciwieństwie do naszych muzeów!) i przyciągają tłumy turystów. W kolekcji wzornictwa znajdziemy miłe sercu rodzime akcenty - najsłynniejsze projekty włoskiego designu eksponowane są na tle polskich plakatów z lat 60., a w muzealnym sklepie można kupić unikatową srebrną biżuterię polskich jubilerów po cenach trzykrotnie wyższych niż w Polsce (pon., wt., czw., pt. 11-18, śr. 11-21, weekend 10-18, bilet 15 dol., studenci i seniorzy (powyżej 65 lat) - 7,5, 5-12 lat - 5). Interesujące są również muzea historyczne. W XVIII-wiecznym zameczku Chateau Ramezay można obejrzeć pełne przepychu wnętrza urządzone w stylu Nowej Francji. (codziennie 10-18, bilety 7 dol., seniorzy - 6, studenci - 5, dzieci 5-7 lat - 4).

Musée McCord przechowuje m.in. rękodzieło Indian i Eskimosów. Dają one wyobrażenie o życiu rdzennej ludności przed osadnictwem europejskim.

(wtorek-piątek 10-18, weekend 10-17, bilet 10 dol., studenci - 5,50, seniorzy - 7, dzieci 6-12 lat - 3).

W pierwszych dwóch tygodniach lipca miasto ogarnia gorączka jazzu - Montreal Jazz Festival ma kilkadziesiąt lat tradycji. Otwiera go wielka parada muzyków idąca przez centrum miasta, wśród nich czarni jazzmani z Nowego Orleanu. Muzyka jest wszędzie: w salach koncertowych, w klubach, restauracjach, kawiarniach i - nieodpłatnie - na ulicznych scenach. Co roku słucha jej 1,5 miliona ludzi.

***

Głównym punktem orientacyjnym w Montrealu jest Mont Royal (Królewska Góra, 250 m n.p.m.). Od tej nazwy nadanej przez Jacques'a Cartiera pochodzi nazwa całego miasta. Ze szczytu, na którym stoi monumentalny krzyż (podświetlany nocą), roztacza się panoramiczny widok na całe miasto. Na zboczach oprócz neogotyckich zabudowań uniwersytetu McGill leży rozległy Parc Mont Royal, enklawa przyrody w środku miasta - 56 km ścieżek biegowych i 20 km tras narciarskich. To tu żyją świstaki, mnóstwo ptaków, stąd wyruszają na miasto szopy pracze. Popularne są dwa gatunki wiewiórek: jedne podobne do naszych, ale trochę większe i prawie czarne i tzw. chipmunki - maleńkie, płomiennie rude, z dwiema czarnymi pręgami na grzbiecie. Poruszają się w zabawny sposób - bardzo szybko, jakby trochę nerwowo, ale nie są płochliwe. Karmione chętnie przychodzą do ręki (te śmieszne, wiecznie zaaferowane zwierzątka dzieci w Polsce znają z kreskówek Disneya jako Chipa i Dale'a).

Inną oazą Montrealu jest Ogród Botaniczny, trzeci co do wielkości na świecie i z pewnością jeden z najpiękniejszych (światową sławą ustępuje tylko londyńskim Kew Gardens), założony w 1931 r. w czasach wielkiego kryzysu. Obejmuje 30 odrębnych ogrodów i dziesięć olbrzymich oranżerii, w których rośnie 21 tys. gatunków z całego świata. Najwięcej publiczności przyciąga ogród chiński. W pawilonach o charakterystycznie wygiętych dachach odbywają się przedstawienia chińskiego teatru, wystawy porcelany, słychać dźwięki chińskich skrzypiec o jednej strunie. W niezwykle oszczędnym, służącym do medytacji japońskim ogrodzie Zen pachnie tymiankiem. Jego maleńkie szaroniebieskie kwiatki harmonizują z szarością kamieni i żwirku gracowanego w charakterystyczne pasy. W refleksyjny nastrój wprawia wspaniała kolekcja bonzai, niektóre drzewka mają ponad 200 lat (ogród otwarty codziennie 9-18, bilet 11,75 dol., studenci i seniorzy - 9, dzieci i młodzież między 5-17 lat - 6).

***

Wokół miasta na dziesiątkach kilometrów rozciągają się przedmieścia - zielone dzielnice parterowych lub piętrowych domków jednorodzinnych. Nie spotkamy murowanego, wszystkie są drewniane o szkieletowej konstrukcji, znane w Polsce jako kanadyjki. Czasami ich wygląd wprowadza w błąd - ściany wydają się ceglane lub kamienne. Są to jednak tylko okładziny, których grubość nie przekracza 2 centymetrów. Pod nimi zawsze kryje się to samo: drewniana konstrukcja i płyty kartonowo-gipsowe. Ich budowa razem z założeniem ogrodu (bez tego nikt się nie wprowadzi) trwa ok. dwóch miesięcy. Domy rzadko są ogrodzone. Oddzielają je wiecznie zielone żywopłoty, ale tylko za domem - od ulicy przestrzeń jest otwarta. Nie ma bram, furtek, ujadających psów, a mimo to nikt nie obawia się nieproszonych wizyt. Ogrody są wypieszczone, wszędzie widać karmniki i budki lęgowe dla ptaków, pieczołowicie pielęgnowane trawniki, starannie utrzymane rabaty, drzewa. To powszechne hobby, a jednocześnie swoisty terror - niestrzyżony trawnik wykluczyłby buntownika z sąsiedzkiej społeczności.

Na przedmieściach łatwo zorientować się, gdzie mieszka ludność frankofońska, a gdzie anglojęzyczna. Domy pierwszej stoją blisko siebie na ciasnych posesjach. Dużo jest tu małych sklepików, kawiarenek, restauracji, butików, kwiaciarni i piekarni z bagietkami. Wszędzie ruch i dbałość o elegancję. W oknach domów często widać przyklejoną flagę Quebecu - burbońska lilijka na błękitnym tle. Dzielnice angielskojęzyczne są spokojniejsze, mają większe ogrody, bardziej odizolowane domy, jeśli wisi flaga, to Kanady i nigdzie śladu sklepów czy kawiarni. Zakupów nie robi się tu w małych sklepikach, lecz w centrach handlowych, jak na Amerykę przystało.

***

Popularnym miejscem weekendowych i wakacyjnych wyjazdów montrealczyków jest wspaniały Parc National du Mont Treblant (ponad 1500 km kw.), 140 km od miasta. Dojazd autostradą trwa niewiele ponad godzinę. Przez potężne wzgórza porośnięte lasami poprowadzono trasy zarówno dla pieszych, jak i rowerzystów, a zimą dla narciarzy. Powszechnym widokiem są jadące w stronę parku samochody z kanoe na dachu. Jeziora i rzeki mają nieskazitelnie czystą wodę. Latem nie należy się tu wybierać bez środków owadobójczych, bo zadręczą nas maleńkie black flies, które są tu prawdziwą plagą. Mimo obecności turystów są to dzikie tereny, na kempingach (jest ich w parku kilka) wiszą ulotki informujące, jak należy się zachować przy spotkaniu z niedźwiedziem.

(Rozbicie namiotu na kempingu 3,50 dol. za noc, dzieci i młodzież połowę, parking 6 dol.).