List z Islandii: Uwaga na nisko latające ptaki!

Przy jednym ze źródeł Japończycy gotowali jajka

Wczesnym rankiem, po kilkunastu godzinach od opuszczenia Wysp Owczych prom zbliżył się do Islandii. Co za zmiana krajobrazu!! Miejsce zielonych pagórków zajmują ponure, monumentalne skały. Po szybkiej odprawie wjeżdżamy na słynną "ring road" biegnącą wokół całego kraju i kierujemy się na północ.

Po kilkunastu kilometrach droga z asfaltowej zmienia się w szutrową, potem znów asfalt. Zmienia się też krajobraz - góry podobne do tych na wybrzeżu, ogromne, bąblaste. Wzdłuż drogi płynie rzeka - kilometry ciemnoszarej wody. Krajobraz staje się coraz bardziej "księżycowy". Góry, łyse pagórki, na których gdzieniegdzie leżą małe kamienie i duże głazy. Ziemię pokrywa pył podobny do piasku, tylko o wiele drobniejszy - wjechaliśmy na teren wulkaniczny. Przy drodze prowadzącej w głąb kraju robimy zdjęcie znaku drogowego z napisem: "Najbliższa stacja benzynowa za 268 km" (inne ciekawe znaki to np.: "Uwaga na nisko latające ptaki", "W tym miejscu można przejechać przez rzekę", "Możliwość zderzenia z samochodem nadjeżdżającym z naprzeciwka").

Dojeżdżamy do Parku Narodowego Jokulsargljufur . Jego główną atrakcją są wodospady. Detifoss, zwany Niagarą Europy , ma tylko 44 m, ale ilość wody, która przez niego przepływa, jest imponująca. Kilometr dalej - Selfoss, o wiele mniejszy, ale niezwykle malowniczy. Mijamy rzekę, która wijąc się wyżłobionym korytem, spada na kolejnych uskokach wodospadów, rozlewa się, zwalnia, by potem znowu nabrać tempa. Inna, z czarnym piaskiem na dnie, płynie wśród bazaltowych skał o niezwykłych kształtach. Można patrzeć, patrzeć, patrzeć...

Na kilka dni zatrzymujemy się w domku otoczonym lawą (zastygłą!) nad jeziorem Myvatn. Ruszamy na poszukiwanie basenu. Gdy okazuje się, że jest zamknięty, znajdujemy cieplutkie jeziorko, znad którego unoszą się kłęby pary. Część jest odgrodzona - strzeże jej napis: "Wchodzisz na własną odpowiedzialność, temperatura może wzrosnąć do 120 stopni C". Wchodzimy do zimniejszej części. Woda ma mleczno-szafirowy kolor, temperaturę ok. 40 stopni i zapach umiarkowanie śmierdzących jaj. Pływa się bardzo przyjemnie, ale lepiej nie wynurzać się z wody, bo powietrze ma tylko 3 stopnie, w dodatku wieje zimny wiatr.

Ruszamy w stronę wulkanu Krafla . Mgła, zimno, wieje. Spacerujemy po dymiących polach lawy (wylała w 1984 r.), podobnych do ogromnych hałd żużlu. Gdy wsunąłem rękę w szczelinę, poczułem gorące powietrze z głębi ziemi. Mijamy żółte i niebieskie błotne bajorka. Wyznaczone ścieżki, liny i tablice ("Extremely dangerous!") chronią przed wpadnięciem w gotujące się błoto. Obok kilka kopczyków kamieni, które świszczą i dymią jak ogromne czajniki wielkości połowy człowieka. Zacina deszcz, widoczność ograniczona do kilku metrów. Wracając, mijamy ciepłą, parującą rzeczkę i największą geotermiczną elektrownię na Islandii.

Po ciepłym posiłku i przebraniu się w suche ubrania wyruszamy na wulkan Hverfjall (163 m). Wspinając się na jego koronę, brniemy w czymś, co wygląda jak miał węglowy. Idziemy kilkaset metrów w zacinającym deszczu ze śniegiem. W sercu wulkanu widzę ułożone z kamieni napisy (m.in. "Polska" i "Legia").

Na półwyspie Snaefellsnes chcemy zobaczyć lodowiec Snaefellsjokul i wulkan, z którego do wnętrza ziemi wyruszyli bohaterowie powieści Juliusza Verne. Docieramy do Ondverdarnes, wysuniętego najdalej na zachód punktu naszej wyprawy. Znów pola lawy, które tutaj wyglądają nie jak hałdy żużlu, ale jak żyjąca, dopiero co zastygła płynna masa. Tu widać, jak spływała do morza, jak dwa żywioły walczyły ze sobą, jak lawa przegrywała i krzepła. Jesteśmy w miejscu, gdzie żyją dzikie foki, ale nie widzieliśmy ich. Chodzimy po plaży pokrytej czarnym piaskiem i kamykami, takie są tu wszędzie. Ale kilka kilometrów dalej - ku naszemu zaskoczeniu - plaża z jasnym piaskiem.

W Rejkiawiku odwiedzamy rozreklamowaną Blue Lagoon (angielski słychać tu częściej niż islandzki). Po wizycie w Singvellir, gdzie widać miejsce zetknięcia się dwu płyt tektonicznych, na których leży Islandia - amerykańskiej i indoeuropejskiej - jedziemy oglądać Geysir.

Geysir to ogromne pole z kilkudziesięcioma gorącymi źródłami, a zarazem nazwa jednego z gejzerów, który jeszcze kilka lat temu wybuchał na wysokość 60-70 m. Przy nas wystrzelił na kilka-kilkanaście metrów. Natomiast Strokkur regularnie wybucha na wysokość 20-30 m (w czasie naszego pobytu zrobił to kilkakrotnie). Oprócz tych dwóch największych gejzerów jest jeszcze dużo mniejszych gorących źródeł, bardziej bulgoczących i gotujących się niż wybuchających (przy jednym z nich Japończycy gotowali jajka), kolejny - Blesi - jest niebieski jak niebo.

Za leżącym na południu wyspy Vik pojawia się tablica ostrzegająca przed burzami piaskowymi . Krajobraz zmienia się - jak okiem sięgnąć kamienisto-piaszczysta pustynia w różnych odcieniach czerni - Myrdalssandur (piaski Myrdala). Czytając "Czarnoksiężnika z Archipelagu" Ursuli Le Guin, tak wyobrażałem sobie krainę, w której główny bohater Ged przekroczył linię życia i wszedł do krainy śmierci. Ta równina, urozmaicona niewielkimi pagórkami i kępami porostów, ciągnie się wiele kilometrów. Zatrzymujemy się wśród ustawionych ludzką ręką kilkuset (a może kilku tysięcy?) kamiennych kopczyków-piramidek. Przewodnik twierdzi, że niektóre są bardzo stare.

Ale Islandia to także Vatnajokull, największy lodowiec Europy , Jokulsarlon jezioro z pływającymi górami lodowymi, gdzie podobno wiatr wieje najsilniej na całej wyspie Zdążyliśmy na prom, ale chyba tego żałuję.

Więcej o: