Królewski szlak pieszy w Laponii

Tej oferty nie ma żadne biuro podróży. Wydamy więcej niż na egzotyczną podróż do ciepłych krajów. Umęczymy się jak juczne muły i... będziemy szczęśliwi
Królewska Droga (Kungsleden), ponad 400-kilometrowy szwedzki szlak turystyczny, powstała w 1890 r. Najpiękniejszy jest odcinek za kręgiem polarnym z Abisko do Kvikkjokk (ok. 300 km), który przeszliśmy w dwa tygodnie. Tu nie wystarczy droga czy ścieżka (na wielu odcinkach ich nie ma). Konieczne są mosty - lekkie, wiszące konstrukcje, bez których urwisty nurt wielu rzek byłby nie do przebycia. Konieczne są też kładki przez mokradła, których mnóstwo w tym polodowcowym terenie. No i schroniska, oddalone od siebie o dzień marszu. Można wędrować z namiotem, co jest znacznie tańsze, ale cięższe. Niełatwo też znaleźć suche, płaskie i niekamieniste miejsce. A jak się je znajdzie, to pojawiają się komary, przed którymi schronisko jednak chroni.



Atmosferę wędrówki można poczuć już na dworcu w Sztokholmie. Niewielu "cywili" wsiada do pociągu do Narwiku. Widać ludzi z plecakami, w ciężkich butach lub gumiakach (specjalny północny model: usztywnione w kostce, z drewnianą wkładką i wibramowym spodem). Plecakowe towarzystwo było tak sympatyczne, że długa podróż (ponad 20 godzin) upłynęła szybko.

Położone za kręgiem polarnym Abisko (kilka domów, kościół, schronisko) powitało nas upałem. Nikt nie pomyślał o szortach czy kremie ochronnym. Owszem, miałam nieprzemakalne ubrania, bluzy polarowe, puchowy śpiwór, a nawet polarowe skarpetki. Upał trzymał przez tydzień. Noce, czyli ten kawałek dnia, kiedy się spało, też były upalne.

W kilkanaście osób ruszamy na szlak. Pierwszy etap - 15 km. Spoglądam na zegarek: za trzy, może cztery godziny (bo z plecakiem) będziemy w schronisku. Po godzinie myślę: po co brałam te tuszonki? Po dwóch godzinach przeklinam ulubione serki. Po czterech mam ochotę zrzucić z ramion ten wór (17,5 kg). Po sześciu widać schronisko. Jeszcze tylko pętelka przez most. Uff...



Schroniska na trasie prowadzi Svenska Turistföreningen (organizacja szwedzkich turystów). W niczym nie przypominają tatrzańskich czy beskidzkich - to barakopodobne domki (w północnej Szwecji tak wyglądają też zwykłe domy). Wodę przynosi się z potoku albo z jeziora, naczynia zmywa się w dwóch maleńkich miskach. Sławojki są niechlorowane (jak dół się zapełni, kopie się nowy). Zero chemii. Schroniska są samoobsługowe, z kuchenkami, na których każdy sam sobie gotuje. Sprząta się po sobie, a ostatni wychodzący - zamiata. Śpi się dość wygodnie w zbiorowej sali na piętrowych łóżkach ustawionych w czteroosobowe boksy. Ani jednego zbędnego sprzętu i wszystko, co potrzebne: wieszaki na kurtki i plecaki, półki nad łóżkiem, bardzo wygodna i użyteczna deska wzdłuż dolnego łóżka, stolik. W oknach siatki przeciwkomarowe i ciemne zasłony. Jest pomieszczenie, gdzie suszymy mokre ubrania. Mycie (strzałka: "tvat", czyli woda) w potoku albo jeziorze. Bywa pomościk czy kładka. Bywa naturalny prysznic pod wodospadem i taki z sitkiem obok wodospadu. Jak jest ciepło, sama frajda, w zimne dni mniejsza. A jak jest lodowato, można umyć się w maleńkiej miseczce sprytnie ulokowanej pod blatem stolika w sali sypialnej.

Jeszcze parę lat temu paliło się drewnem pod kuchnią, teraz butle z gazem (i wszystko, co potrzebne) dowozi się zimą saniami. A wywozi - posegregowane śmieci. Jeszcze 15 lat temu turyści zostawiali pieniądze za nocleg na stole i szli dalej. Systemu tego nie udało się utrzymać od czasu, gdy pojawili się cudzoziemcy. Opiekunowie schronisk są wolontariuszami, to honorowa funkcja i jest wielu chętnych.



Uroda lapońskich krajobrazów odbiega od wszystkiego, co znałam dotychczas - trochę ponure wysokogórskie doliny otoczone lodowcowymi szczytami, skaliste urwiska. Góry nie są wysokie, zwykle mają powyżej 1000 m n.p.m., usypane przez lodowce jako osobne kopce we wszystkich możliwych kształtach. Większość ogląda się z dołu, bo wędruje się dolinami i przełęczami. Tylko na niektóre szczyty prowadzą oznakowania na kamieniach. Niewinnie wyglądające górki okazują się trudnymi do zdobycia górami. Nie, nie trzeba się wspinać, wystarczy tylko iść. Ba! Kamienie wykręcają stopy, wyrywają nogi z ich naturalnego miejsca i rosną, rosną, rosną... Na szczyt Sanjarcohkka (1700 m n.p.m.) dotarłam jako 25. zdobywczyni tego roku.

Laponia to też ogromne płaskowyże między jeziorami z urwistymi wejściami, zejściami i wodospadami. Trudno nie krzyczeć z zachwytu!

A już zupełnie się nie da na widok delty rzeki Rapaälven ze szczytu góry Skierfe (1179 m n.p.m.). Jak to dobrze - myślałam, podziwiając ten cud, że nie można tu dolecieć ani dojechać. Można tylko dojść - głównym szlakiem co najmniej dwa dni od najbliższego przystanku autobusowego i jeszcze dzień wędrówki na szczyt. Na szczęście Szwedzi bardzo cenią uroki natury i nie psują niczego. Jeśli ułatwiają wędrówkę, to tylko o tyle, o ile to konieczne. Ani jednej deseczki więcej.



Skierfe zdobyłam "z marszu", bez plecaka, który został przy szlaku (nie bałam się, że ktoś go ukradnie, cóż to za komfort!). Droga na szczyt, choć piękna, do komfortowych nie należała. Znów zwiodła perspektywa. To przecież tak blisko, po co schodzić do schroniska, żeby jutro znów się drapać? Nie było blisko. Lapońska perspektywa jest wyjątkowo złudna. Z miejsca, w którym widać schronisko na wyciągnięcie ręki, idzie się jeszcze dwie godziny. Kiedy wydaje się, że przełęcz jest tuż-tuż, otwiera się następna, za nią następna itd. Czujesz się jak mysz na schodach. No i kamienie. Idzie się tak, jakby z drogi z "kocimi łbami" ktoś wyjął co drugi "łeb". Między kamieniami nie ma miejsca na stopę. Laponia uczy pokory zarozumialców przekonanych o swojej dobrej kondycji i sprawności.



Tereny, przez które wiedzie szlak, są własnością Lapończyków. Bywalcy opowiadali, że kiedyś można było spotkać stada pasących się renów. Są one na północy tym, czym owce w Karpatach, ale żyją dziko i tylko raz w roku spędza się je do specjalnych zagród. Śmiejemy się, że chodzimy przez ogrodzone (trzeba zamykać za sobą przełazy) podwórka Lapończyków. Tyle że przez jedno idzie się nawet dwa dni. Lapończyków spotykamy przy okazji przepraw przez jeziora. To oni o określonej godzinie (zwykle 9 rano i 17, 19 po południu) i za godziwą opłatą przewożą turystów motorówką na drugi brzeg. Gospodarzą też w schronisku Sitojaure. Oferują świeżo upieczony na kamieniu w szałasie chlebek i wędzoną rybę. Do tego piwo. Co za uczta po tygodniu liofilizowanych paciaj!!!

Ucztowanie zakłóciło nam wejście zakrwawionej postaci. Wypadek? Nie, to ofiara komarów, sympatyczny Holender (pracował w Polsce) uczulony na komarzy jad, tak się podrapał.

Ponoć diabeł jest komarem. Latem w Laponii komary się zjada (przypadkiem oczywiście), oddycha nimi, żrą przez ubrania i ścianki namiotów. Nie ma na nie naprawdę skutecznych środków.

Dla Szwedów łoś nie jest specjalną atrakcją. Gdy pewnego wieczoru czekaliśmy przed schroniskiem, żeby je zobaczyć, szwedzka znajoma ze szlaku oświadczyła, że ani myśli marznąć z nami, a łosie to ona wygania miotłą z sadu i ma ich serdecznie dość.

Nie dość było za to spotkań z maleńkimi i zwinnymi lemingami, pardwami, które bardzo zadomowiły się w pobliżu schroniska Tjäktja. Wydarzeniem były szybujące po niebie orły.

Jest coś niesamowitego w tym bezkresie. Bywają dni, że nie spotyka się nikogo, osoby, które wędrują w tę samą stronę, rozpełzają się na tych odległościach. Kiedy kogoś spotykam, pozdrawiamy się prostym "Hej! Hej!", wymieniając czasem kilka przyjaznych słów.

Pokonywanie tej przestrzeni, bezkresnej, tajemniczej i trudnej ma w sobie coś magicznego. Czas i krajobrazy przesuwają się w takim samym tempie. Nic nie miga, nie ucieka. Wszystko jest, trwa, a zmęczenie spowalnia minuty. Ten spokój pozostaje na długo. I tęskni się za nim.