Romański "wieżowiec" w nadreńskim Burg Eltz

Zapraszam do Burg Eltz, matecznika Eltz-Kempenichów ze złotym lwem w herbie. Ten ród sięgający korzeniami XI w. przetrwał do dzisiaj, a 33. pokolenie z pewnością nie jest ostatnie
Burg Eltz w Münstermaifeld w przeciwieństwie do innych niemieckich zamków nie leży na szczycie trudnego do zdobycia wzgórza, jak np. Marksburg. Jego sylwetka nie odbija się w nurtach Renu ani Mozeli, ale w opasującej go rzeczce Eltz. Przycupnął w zacisznej lesistej dolinie i może dlatego przetrwał nienaruszony, mimo licznych wojen, jakie przetoczyły się przez Palatynat (np. wojnę 30-letnią). Nie trzeba być ptakiem, aby spojrzeć nań z góry. Z punktu widokowego na zboczu kotliny otwiera się widok jak z bajki: pośród ciemnej zieleni jaśnieje zamek z wapiennych ciosów, o dachach krytych grafitowym łupkiem.

Dawni budowniczowie nie śpieszyli się z robotą - Burg Eltz powstawał przez ok. 500 lat, a mimo to nie ma w nim chaosu. I tylko na pierwszy rzut oka przypomina pałac królewny Śnieżki z Disneylandu.

Budowę rozpoczęto w XI w., zaraz po tym, jak antenat rodu Rudolf von Eltz otrzymał te ziemie od cesarza Fryderyka Barbarossy. Ukryta w lesie rezydencja leżała niedaleko szlaku handlowego wiodącego z żyznych rejonów Maifeld do portów Mozeli.

Z czasem rodzina podzieliła się na trzy gałęzie. Sprawili to trzej bracia von Eltz: Eliasz, Wilhelm i Teodoryk. Jeden szczep rodziny nosił w herbie lwa złotego, drugi srebrnego, a trzeci rogatego bawoła. Dodali do swych nazwisk nowe człony wywodzące się od kolejnych posiadłości i odtąd mieliśmy Eltzów Rubenachów, Kempenichów, a później Rodendorfów. A że mieszkali nadal razem, trzeba było rozbudować rezydencję.

Dzisiaj zamczysko ma osiem wież sięgających 45 m wysokości (licząc od podstawy), 10 pięter (czym trochę przypomina współczesny wieżowiec), 80 komnat, pomieszczenia gospodarcze. Eltzowie cenili sobie ciepło, o czym świadczy 40 kominów.

Wiedli tu dostatnie życie, wzrastali w siłę i co za tym idzie, z czasem zaczęli popadać w konflikty z możniejszymi sąsiadami. W 1333 r. weszli w spór z potężnym elektorem Trewiru Baldwinem. Przez dwa lata bombardował zamek za pomocą przemyślnych katapult ustawionych na zboczach kotliny. Kamienne pociski można obejrzeć na jednym z dziedzińców. Po zawarciu ugody z upartym elektorem Eltzowie zabrali się do ulubionych robót budowlanych. I tak Eltz-Rubenachom zawdzięczamy m.in. malowniczą gotycką kaplicę z witrażami przedstawiającymi antenatów rodu. Gmach wzbogacił się o przybudówki, wykusze, na kamiennym cokole wyrosły ośmiokątne wieżyczki, dwupoziomowe dziedzińce połączono malowniczymi krużgankami.

Zamek rozkwitał i piękniał, a ród nabierał coraz większego znaczenia. Przyszły czasy, kiedy elektorami i arcybiskupami Trewiru i Moguncji byli właśnie Eltzowie. Ich portrety w zamkowej galerii dobitnie świadczą o świetności rodziny - z pozłacanych ram patrzą dumne oblicza z mocno zarysowanymi podbródkami. W pierwszej połowie XVI w. arcybiskup Jakub zasłynął jako niestrudzony przeciwnik Lutra i Kalwina, sławę zdobył Jan Jakub, żołnierz, marszałek polny w służbie trewirskich elektorów. Apogeum wpływów rodzina osiągnęła w pierwszej połowie XVIII w. za panowania Filipa Karola, duchowego przywódcy niemieckich katolików.

Włości rodu znajdowały się w Koblencji, Boppard, Wurzburgu, Elteville. W XVIII w. jeden z Eltzów kupił leżący niedaleko Belgradu Vukovar za niebagatelną sumę 175 tys. reńskich guldenów. Ogromną posiadłością cieszyli się aż do 1944 r. Z Bałkanów wrócili do Niemiec i osiedli w Elteville nad Renem. W zamku-mateczniku nad rzeczką Eltz wyodrębnili część prywatną, choć nieczęsto tu przebywają. Trudno się dziwić, bo jak tu mieszkać w wieżowcu bez windy, pełnym zakamarków, w których łatwo zabłądzić? Nas na szczęście oprowadzał zamkowy przewodnik. Od niego dowiedzieliśmy się, że na co dzień posesją zarządza administrator zwany (jak niegdyś) kapitanem.

Zamek, który nigdy nie padł łupem wrogów ma wiele do zaoferowania ciekawym turystom. Np. piękny obraz Madonny z małym Jezusem i winogronami pędzla Cranacha czy ciekawą kolekcję militariów. Moją uwagę przykuły buty, prawdziwe, rajtarskie, z porządnej brązowej skóry, z oryginalnymi obcasami dopasowanymi do strzemion. Ich fason mógłby zadowolić niejedną elegantkę. Uważam, że nie ma bardziej autentycznych i wzruszających pamiątek przeszłości niż stare trzewiki. Klejnoty noszono od święta, a but służył swemu właścicielowi na co dzień.

W malutkim muzeum w słowackim Kieżmarku zachwyciły mnie kiedyś prześliczne barokowe trzewiczki na wysokim obcasie z lekko spłowiałego błękitnego brokatu haftowane srebrną nicią. Aż korciło, aby się dowiedzieć, do kogo należały! Tak i w Burg Eltz bardziej urzekła mnie ta para botfortów niż zbiory w skarbcu Kempenichów ze srebrami, złotem, szkłem i porcelaną. Choć zapamiętam też boginię Dianę dosiadającą po damsku jelenia w wytwornej uprzęży i trzymającą na łańcuchu dwa groźne brytany. Nawet na drugi rzut oka trudno się domyślić, że to naczynie na wino połączone z zegarem umieszczonym w podstawie. Czy pijał z niego jakiś miłośnik Diany i Bachusa? Być może grafowie Eltz-Kempenich wiedzą coś na ten temat...

Burg Eltz leży ok. 50 km od Koblencji; trzeba przejechać na drugą stronę Mozeli i drogą 416 jechać w kierunku Munstermaifeld, skąd drogowskazy doprowadzą nas do Eltz, albo drogą 416 dalej, aż do Moselkern