Zachód słońca nad grobem Rubinsteina

Jest w Jerozolimie miejsce, o którym się milczy
Nie znajdziemy go w żadnym polskim przewodniku po Izraelu, choć wspominają one odległy zaledwie o 200 m pomnik Kennedy'ego. Nie przyjeżdżają tu wycieczki zajęte zwiedzaniem świętych i starożytnych miejsc Jerozolimy, co najwyżej Izraelczycy przywożą swoich zagranicznych znajomych.



***

Góra Orah leży ok. 11 km na zachód od centrum Jerozolimy. Na szczycie stoi pomnik Johna F. Kennedy'ego ufundowany przez amerykańskich Żydów - prosta i znakomita architektonicznie budowla. Tuż przed pomnikiem, pod grzbietem wzgórza, droga zakręca w lewo. Zobaczymy tam niewielki drogowskaz: "Artur Rubinstein Panorama". Jeśli zatrzymamy samochód na małym ziemnym parkingu i pójdziemy w prawo przez sosnowy las ścieżką lekko wspinającą się po zboczu Orah, dojdziemy do niewielkiego tarasu. Z jego skarpy wysuwa się nad zbocze wielka falująca pod palcami niewidzialnego pianisty, biała kamienna klawiatura fortepianu. Najlepiej przyjść tuż przed zachodem słońca, kiedy chowa się ono za zielono-żółte pasma Gór Jerozolimskich, zabarwiając niebo, taras i białe klawisze na złoto i czerwono. To widok idealnie pasujący do biblijnego słowa "orah" oznaczającego światło, aureolę. Miejsce jest piękne i spokojne. Nie dziwi to, że Artur Rubinstein chciał tu być...

No właśnie - przecież nie pochowany. Jego grób to niewielka kamienna płyta otoczona białymi słupkami i łańcuchami z nazwiskiem i datami 1887-1982. Pod płytą jest urna ze skremowanymi szczątkami genialnego pianisty. I to ona jest przyczyną swego rodzaju milczenia, jakim to miejsce jest otoczone w Izraelu. Przyjaciele, którzy mnie przywieźli, twierdzą, że to z powodów religijnych - judaizm zabrania kremowania zwłok. Gdyby o grobie więcej mówiono i częściej go odwiedzano, wzbudziło by to protesty religijnych Izraelczyków. Milczy się więc, co ma swoje dobre strony - miejsce nie jest zadeptane. Jednak niereligijni jerozolimczycy chętnie tu przyjeżdżają, by spacerować, patrząc na góry.



***

Nie tak miało być. Artur Rubinstein wcale nie chciał być tu pochowany. Po powstaniu Izraela często tu przyjeżdżał, dużo grał i nigdy nie brał zapłaty. Pieniądze przeznaczał na różne muzyczne cele w Izraelu. Zaprzyjaźnił się z długoletnim prezydentem Jerozolimy Teddy Kollekiem. To Kollek wymyślił, aby wybrane miejsca wokół Jerozolimy poświęcać sławnym osobom i nadawać im ich nazwiska (nie powstało ich zbyt wiele). Rubinstein "dostał" część lasu i zbocza na górze Orah. - Był bardzo dumny z tego "swojego" lasu. Ze względu na pamięć ojca chciał spocząć w Jerozolimie. Nakazał w testamencie, by jego ciało skremować, a prochy rozsypać na górze Orah - opowiada Eva Rubinstein, córka pianisty, znana amerykańska fotografka. - Ale nie wiedział, czy nie pamiętał, że Żydzi nie palą ciał, ani nie pozwalają ich ruszać w ziemi, bo wierzą, że kiedyś one zmartwychwstaną. Mowy nie było, by Izraelczycy pozwolili rozsypać prochy. Po roku starań dostaliśmy zezwolenie (pomógł Teddy Kollek), by ten kącik przy lesie był jednoosobowym cmentarzem.

Pogrzeb z udziałem rodziny odbył się rok po śmierci pianisty, 21 grudnia 1983 r. - Nie było sposobu, by odsunąć rabina, choć ojciec nie chciał religijnych ceremonii. Więc rabin przeczytał stosowny tekst, urnę z prochami złożono pod tablicą, zagrał sławny skrzypek Shlomo Mintz, położyliśmy kwiaty - mówi Eva Rubinstein.

Wkrótce potem powstał pomnik autorstwa izraelskiego rzeźbiarza Hadaniego. Zdaniem córki pianisty jest on absolutnie piękny.

Jeśli będziecie w Jerozolimie, koniecznie zarezerwujcie trochę czasu, by zobaczyć, jak w sosnowym lesie na górze Orah zachodzi słońce za grobem Artura Rubinsteina. Nie dojeżdża tam autobus, trzeba wziąć taksówkę - w jedną stronę ok. 50 szekli.