Byłem w Acapulco w dziewięć godzin

Przyjechaliśmy tu na spotkanie z legendą i nie zawiedliśmy się
Stoimy przed Avenue Costera Miguel Aleman - najdłuższą arterią komunikacyjną Acapulco. Miasto leży nad zatoką Acapulco, opasując ją jak rogal, zaś Avenue C.M. Aleman łączy jego końce. Tą jedną ulicą można przejechać całe miasto, mając po prawej błękitne wody zatoki i kalejdoskop mijanych dzielnic po lewej. Turystyczną modę na Acapulco wprowadził amerykański aktor John Wayne, kupując Flamingo Hotel. W jego ślady poszło wielu - okrągła willa Johnny'ego Weismuellera, pamiętnego filmowego Tarzana, do dziś jest żelaznym punktem większości wycieczek.

Bajecznie kolorowe autobusy wiozą rozkrzyczane, wiszące w oknach dzieci. Sznur aut dawno mających za sobą lata świetności miesza się z uciążliwie bzyczącymi skuterami. Uciekając przed hałasem, skręcamy w pierwszą wąską uliczkę. Jesteśmy w Down Town - najstarszej dzielnicy. Handlarze rozłożyli już stragany. Można tu kupić niemalże wszystko, a zwłaszcza rzeczy absolutnie nieprzydatne, za to za wysoką cenę. Kusi zapach jedzenia gotowanego na ulicy w polowych kuchniach, po które ustawiają się kolejki. Kucharkom patrzy się na ręce, a składniki potraw wskazuje palcem. Jedna szczypta chili za dużo może zamienić posiłek w palący gardło kulinarny koszmar.

Kluczymy wąskimi uliczkami. Obok zdobionych arkadami, wypielęgnowanych budynków ocieramy się o kamieniczki, które upominają się o remont. W Acapulco trudno zgubić kierunek. To jedno z nielicznych miast tej wielkości, w którym nie sposób zabłądzić. Wystarczy obrócić się na pięcie, żeby po kilkunastu minutach powrócić nad zatokę, albo iść przed siebie, by dotrzeć do okalających je gór Sierra Madre del Sur. Zatrzymujemy się w Main Square, uroczym parku miejskim przylegającym do Catedral de Nuestra Senora de Soledad. Właśnie rozpoczyna się niedzielne nabożeństwo i park szybko pustoszeje. Rozkoszujemy się cieniem potężnych drzew i szumem fontann. Jednocześnie wpadamy na ten sam pomysł: plaża!

Po kilku minutach docieramy do Playa Manzanilla, jednej z 38 plaż, którymi szczyci się miasto. Złocisty piasek, czysta woda - nic dziwnego że są uznawane za najpiękniejsze na świecie. Ale woda w zatoce jest zdecydowanie za ciepła, więc przenosimy się do sąsiadującego z plażą hotelowego basenu.

Pytanie o prawdziwą meksykańską restaurację było pierwszym, które nauczyłem się zadawać po hiszpańsku. Nigdy nie zawiodłem się na polecanych przez tubylców jadłodajniach. La Familia pojawia się kilka przecznic za jedyną latarnią morską w zatoce. Zajmujemy ostatnie wolne miejsca przy jednym z dwóch stołów. Kraciaste ceraty, drewniane ławy zamiast krzeseł i... rozanielone miny klientów. Gwóźdź programu - zupa rybna (moje największe meksykańskie odkrycie kulinarne sprzed dwóch lat) w La Familii jest znakomita. Córka gospodarzy podsuwa nam piwo Corona z limonką wciśniętą do butelki, dokładnie w momencie, kiedy usta zioną ogniem, bo przesadziliśmy z przyprawieniem naleśników nadziewanych wieprzowym mięsem. Ale największą niespodzianką jest rachunek przyniesiony przez właściciela - 70 pesos (7 dol.) za godzinną ucztę!

- La Quebrada, per favor - podaję adres taksówkarzowi volkswagena "garbusa". Jedziemy na spotkanie z legendą. Kilka ostrych zakrętów przenosi nas nad Pacyfik. Mijamy pomnik szybującego w powietrzu mężczyzny i zagłębiamy się w labirynt schodów wiodących do tarasu widokowego (wstęp 7 dol. od osoby, ale po targach płacimy połowę). Za chwilę sześciu śmiałków będzie igrać z życiem, skacząc do oceanu z 40-metrowej skały. Kątem oka dostrzegam nurkującego pod nami mężczyznę. Półka skalna wznosi się zaledwie dwa metry nad poziomem wody i na nikim nie robi wrażenia. Skoczek wyłania się jednak po przeciwnej stronie i rozpoczyna karkołomną wspinaczkę. Jakim cudem jego stopy i dłonie opierają się szorstkości i temperaturze rozgrzanych słońcem skał? Kiedy dociera na szczyt, uświadamiam sobie ogrom jego wysiłku. Czterdzieści metrów to średnia wysokość 12-piętrowego wieżowca! Kolejni skoczkowie klękają przed dwiema miniaturowymi kapliczkami. Wyprężone w powietrzu ciała cudem omijają poszarpane krawędzie klifu. Umiejętność synchronizacji skoku z przypływem fal ocala im życie. Tylko fala zapewnia odpowiednią głębokość wody i szanse na przeżycie. Ostatnie salto wykonane tuż nad powierzchnią wody wprawia nas w euforię.

Fort San Diego jest najstarszym i najważniejszym zabytkiem Acapulco. Należy do systemu fortyfikacji, który w XVI w. kazał zbudować król Filip II, by ochronić miasto przed piratami. W 1776 r. po katastrofalnym trzęsieniu ziemi legł w gruzach. Jego odbudową, która trwała siedem lat, kierował Adrian Boot, budowniczy m.in. Fortu San Juan de Ulua w Veracruz (bilet 3 dol., w niedzielę za darmo). W Pokoju Podboju Mórz Południowych oglądamy oryginalne mapy morskie oraz instrumenty nawigacyjne, którymi posługiwali się Kolumb, Magellan i Elcano w swoich pierwszych podróżach dookoła świata pomiędzy 1519 a 1522 r. W Pokoju Nawigacyjnym podziwiamy wiekową miniaturę statku San Pedro de Cercena, który jako model służył do budowy galeonów kolonizujących w 1565 r. wyspy Pacyfiku i docierających do Filipin. W Pokoju Handlowym przechodzimy obok towarów sprowadzanych przed wiekami z Chin, Japonii, Indii i Cejlonu. Na dłużej zatrzymujemy się w Pokoju Piratów, śledząc historię miasta nękanego przez korsarzy. W sumie zwiedzamy 15 pomieszczeń. Zgromadzone w nich eksponaty sprawiły, że w 1986 r. Fort San Diego został uznany za Centralne Muzeum Historii Acapulco. Zza rozgrzanych słońcem murów obronnych podziwiamy panoramę miasta i po raz ostatni rozkoszujemy się widokiem zatoki. Tym razem przez pryzmat wycelowanych w nią archaicznych luf armatnich.

Ceny i rezerwacja hoteli: http://www.acapulco.com, http://www.travel-acapulco.com