Antigua tonie w kobiercach... List z Gwatemali

Cały dzień błądzimy wśród ruin piramid, których najwyższe czubki wystają ponad dżunglę. Towarzyszą nam kolorowe tukany, ostronosy, mrówkojad i wyjce
Senny celnik leniwie przegląda nasze paszporty. - Gdzie leży cała ta Polska? - pyta. Z niedowierzaniem przyjmuje nasze wyjaśnienia i dopiero argument o Papieżu Polaku go przekonuje. Jeszcze tylko pospieszna, nielegalna wymiana peso na quetzale (w La Mesilla nie ma żadnego punktu wymiany) i z pełnymi banknotów kieszeniami, w tłumie ludzi objuczonych workami i skrzynkami, biegniemy do stojącego nieopodal chicken busu. Na dachu góra bagaży, w środku rozwrzeszczane dzieci, prosięta, gdaczące kury... Wciskamy się i my. Po siedmiu godzinach i czterech przesiadkach szczęśliwie docieramy nad jezioro Atitlan, do niewielkiego Panajachel. O dziwo, nasze plecaki, po całej tej szaleńczej jeździe, pokryte grubą warstwą pyłu, wielokrotnie przeładowywane przez nieznane nam osoby, są z nami. Cud!

Z wulkanu na procesję

Z delikatnej mgiełki okrywającej jezioro wyłaniają się wierzchołki trzech wulkanów: Atitlan, San Pedro i Toliman. Postanawiamy wynająć łódkę i wspiąć się chociaż na jeden z nich. Wybieramy pokryty lasem deszczowym San Pedro (3020 m n.p.m.). Mamy zeń przepiękny widok na jezioro, okoliczne wioski i rozległe plantacje kawy.

W drodze powrotnej do przystani w San Pedro La Laguna natrafiamy na sklepiki z kawą właśnie. To dzień targowy. Ulicami przelewa się barwna rzeka ludzi. Dorodne indory, pachnące zioła, plecione sandały... W pędzie chwytamy pyszne tacos i płyniemy do Santiago Atitlan, gdzie tego dnia odbędzie się procesja z udziałem lokalnego bóstwa - Maximona (to kontynuacja dawnej tradycji Majów). Jest właśnie środek Santa Semana - Wielkiego Tygodnia - i jedyna dobra okazja, by być świadkiem największej fiesty roku. Pachnące jedzeniem (wszędzie pełno straganów) miasteczko przemierza procesja z zatkniętym na długim drągu wyobrażeniem bóstwa - kolorowo odzianą drewnianą kukłą. Na głowie ma czarny cylinder, w ustach pokaźne cygaro. Odświętnie ubrany tłum z nabożeństwem śledzi całe wydarzenie. Od niezakłóconego przebiegu procesji zależy pomyślność wszystkich zgromadzonych przez następnych 365 dni...

Antigua: procesja goni procesję

W Wielki Piątek niemal w całej Gwatemali komunikacja publiczna nie działa. Z prostej przyczyny: tego dnia wszyscy są w Antigua. Co przezorniejsi znaleźli się tam już kilka dni temu. Postanawiamy wynająć samochód. Niby z Panajachel to tylko 150 km, a jedziemy przeszło cztery godziny.

Centrum miasta wyłączono z ruchu. Maszerujemy w tłumie przyjezdnych. Dookoła zrujnowane (to najbardziej sejsmiczny region Gwatemali) cudowne fasady kolonialnych kościołów z czasów, gdy Antigua była stolicą. Nie sposób opisać wszechobecnego barokowego bogactwa.

Tego dnia za każdym rogiem coś się dzieje. A konkretnie: cztery procesje w tym samym czasie (każda trwa od czterech do ośmiu godzin), dwie ceremonie ukrzyżowania (średnio trzy godziny), przemarsze wojsk rzymskich... Wszystko w barwnych kostiumach.

Wybieramy procesję z kościoła La Merced. Olbrzymie, ważące nieraz ponad tonę platformy z figurami umęczonego Chrystusa i Maryi zakapturzeni pątnicy obnoszą po całym mieście, depcząc po misternie usypywanych z kwiatowych płatków i barwionych trocin kobiercach. Po przejściu kolejnej procesji są one od nowa "odbudowywane". W wielogodzinnym układaniu kobierców widać swoiste współzawodnictwo - czyj dywan większy, które ornamenty bardziej wypracowane i odporniejsze na zniszczenie...

Chmurowe lasy i rajski kras

Uff! Mamy już dość ludzi. Uciekamy na dwa dni do leśnej głuszy. Pokonawszy Sierra de Chaucas i plantacje kawy w okolicy Salami, zagłębiamy się w wilgotne lasy deszczowe Biotopu Quetzala. Nazwa rezerwatu pochodzi od rzadkiego, bajecznie kolorowego ptaka - symbolu Gwatemali. Podobno 75 proc. flory tych lasów pozostaje niezbadane. Chyba żaden dźwięk docierający do naszych uszu nie brzmi znajomo. Spotykamy pancerniki, oposy, tapiry i szopy pracze. Quetzala niestety nie. Niesamowita kondensacja wody w powietrzu i jaskrawozielone węże po kilku godzinach skłaniają nas do powrotu.

Wieczorem okazuje się, że naszą chatę zamieszkuje nietoperz, olbrzymi pająk, gekony i stado komarów, więc walka trwa do rana. Nazajutrz jedziemy do nieco odludnego Semuc Champey, gdzie w rajskich formacjach krasowych zażywamy kąpieliu w turkusowych wodach. Po ostatniej nocy w pełni nam się to należy.

Reaggae w Livingstone

Z Rio Dulce motorowa łódź wiezie nas nad Morze Karaibskie, do Livingstone. Przepływamy obok Castillo de San Felipe - fortu, który w XVII w. miał bronić tutejszych osad przed zakusami piratów. W wodzie olbrzymie manaty, zwane krowami morskimi. Można by się wykąpać, ale informacja o rekinach studzi nasz zapał (mimo zapewnień, że to tylko tzw. rekin bydlęcy, który ludzi nie atakuje). Mijamy czerwone mangrowce i strome brzegi pokryte gęstwiną lasu (pełno w nim małp). Po dwóch godzinach jesteśmy w zamieszkałym przez Murzynów pięciotysięcznym Livingstone. Hamaki wśród palm, kolorowe, drewniane domki, muzyka reggae i... zapach marihuany. Nie ma porządnej plaży, ale i tak przyjemnie pomoczyć nogi w ciepłym jak zupa morzu. Na kolację jemy topado, rodzaj gulaszu z ryb, krewetek i krabów w sosie kokosowym. Potem siedzimy na pniu palmy i oglądamy zachód słońca, popijając lodowate piwo.

Z dżungli wystają czubki piramid

Zdezelowanym autobusem, w żółwim tempie, zagłębiamy się w El Peten, najbardziej wysuniętą na północ prowincję Gwatemali. Naszym celem jest Tikal w środku dżungli. Okolice usiane są ruinami Majów (natrafiono na nie przypadkowo w połowie XIX w.). Najstarsze sięgają VII w. p.n.e., ale złoty okres Tikal przypadał na II w. p.n.e. wdrapujemy się na najwyższe piramidy, których czubki wznoszą się znacznie ponad dżunglę. Co za widok! Cały dzień błądzimy wśród ruin. Towarzyszą nam kolorowe tukany, ostronosy, a nawet mrówkojad. Późnym popołudniem budzą się też wyjce (ryczą niczym lwy). Nazajutrz żegnamy się z Gwatemalą. By wrócić do Meksyku, musimy pokonać chicken busem dziurawą drogę do Betel (zgodnie uznawaną za najgorszą w kraju) oraz przeprawić się przez rwącą Usumacintę.

Polaków obowiązują wizy. Na granicy za ok. 25 quetzali (1 q = 0,493 zł) można wykupić jednak kartę turystyczną - tarjeta turistica - zezwalającą na pobyt do 30 dni. Pokój dwuosobowy z łazienką kosztuje ok. 60 quetzali, ale podczas Semana Santa ceny rosną o 50 proc. i więcej. Rzeczą kluczową jest znajomość podstaw hiszpańskiego.