Owce patrzą ze szczytów

Nie wolno wysiadać, a nawet wychylać się przez okno, żeby zwierzęta nie kojarzyły autobusu z ludźmi
Największą atrakcją Denali są owce dall i zupełnie nieobliczalny McKinley. W języku Indian Athabasca (na terenie parku mieszka ich 320) "denali" znaczy wysoki. Górę nazywali domem słońca, gdyż zachodząc, pokrywało jej północne stoki purpurową poświatą. Mieliśmy trochę szczęścia w czasie dwóch kolejnych wypraw autobusowych. Pierwszego dnia widzieliśmy owce dall, drugiego raczył pokazać się McKinley. Ruszamy o 7 rano. Przewodniczka (i zarazem kierowca) Darleen wita nas poprawnym "Dzień dobry". Przez całą drogę (11 godzin) mówi o tym, co widzimy za oknem. Zna doskonale zwierzęta i ich zwyczaje, geologię i historię regionu. Często upomina nas za głośne ochy i achy. Nie wolno wysiadać (poza ustalonymi miejscami), a nawet wychylać się przez okno. Wszystko dlatego, by zwierzęta nie kojarzyły autobusu z ludźmi. Widzimy karibu, łosie klempy z młodzieżą, orły złote, bobry. Tajemnicze wilki pojawiają się tylko raz, poza zasięgiem aparatu. No i oczywiście białe owce dall. Przed drapieżnikami chronią się na szczytach - każda patrzy w inną stronę świata, zapewniając bezpieczeństwo całemu stadu. Widzimy mamę grizzly z trojaczkami (według Darleen to rzadkość) i dwa razy byki łosie, za których łopaty niejeden polski myśliwy oddałby pół życia. Zmęczeni docieramy na kemping.

Następnego dnia o 5 rano znowu wsiadamy do autobusu, by spędzić w nim kolejne 11 godzin. Tym razem mamy kierowcę-przewodnika, który przyzwoicie wykonuje swoją pracę, podczas gdy Darleen praca sprawiała dużą przyjemność i dzięki temu otoczenie wydawało się o wiele ciekawsze. Jednak wszystko wynagradza Mt McKinley. Pojawia się wielokrotnie, wysuwając pół "twarzy" zza chmur, pokazując swoją potęgę w świetle słońca. Zwierzęta pochowały się, tylko owce dall były na posterunku.

Wieczorem wracamy do Toronto. Przed nami ponad 6 tys. km i niewiele czasu...

Park Denali: http://www.nps.gov/dena