Hongkong - Miasto Życia

Największą frajdą jest chodzenie po Centralu, sercu wyspy Hongkong, krytymi kładkami na wysokości kilku pięter. Łączą wieżowiec z wieżowcem, ulice w dole wyglądają jak ruchliwe kaniony
Nad Zatoką Wiktorii ściana wieżowców, firmowy znak metropolii; w nocy wody portu są skąpane w blasku ich świateł. Efekt tym większy, że stoją na stromym zboczu. Choćby dla nich tylko warto tu przyjechać. Drapacze chmur na wyspie Hongkong to przegląd dokonań nowoczesnej architektury. Siedziba największego banku HSBC - dzieło sir Normana Fostera - jest jak katedra: strzelista, z holem prześwietlonym od góry i z boku promieniami słońca. Odbijają je lustra, których ustawieniem steruje 480 komputerów. W odróżnieniu od tradycyjnych banków zamkniętych niczym sejfy zrobiono wszystko, by stworzyć wrażenie otwartej przestrzeni. Kiedy go oddawano w 1985 r., był to najdroższy budynek świata - kosztował 1 mld dol.

Nieopodal wznosi się wysmukły i przezroczysty Bank Chin Ieoh Ming Pei (tego od piramidy na dziedzińcu Luwru). Wygląda jak asymetryczna układanka z olbrzymich trójkątnych tafli połączonych stalowym rusztowaniem. Pionowy kierunek większości budowli łamie Centrum Wystaw i Konwencji, tuż nad morzem, w kształcie skrzydła rybitwy. W srebrzystym 40-piętrowym Jardine House z okrągłymi oknami mieści się symbol brytyjskiego kolonializmu, nadal kwitnąca spółka handlowa Jardine and Matheson. Elegancka siedziba giełdy Exchange Square to połączenie trzech wież, kombinacja zaokrąglonych i prostych płaszczyzn. Długo można tak wyliczać, ale najlepiej tu przyjechać.

- Czy wasze wieże nie skuszą kiedyś terrorystów? - zapytałam znajomego z Hongkongu. - Nie, my nie zajmujemy się polityką, tylko robieniem pieniędzy - odpowiedział.



Travelator i tramwaj na szczyt

Zamożny Hongkong pracuje na wybrzeżu, a mieszka nad nim w połowie stromej skarpy w wieżowcach tzw. Mid-Levels. Z góry zjeżdża się powoli, serpentynami. Ale codziennie trzeba stać w ogromnych korkach. Aby je choć częściowo rozładować, wymyślono system ruchowych chodników z góry na dół, tzw. travelator. Ma 800 metrów, to najdłuższe ruchome schody na świecie. Można z nich co pewien czas zejść schodami np. do Soho, rozciągającej się wokół kosmopolitycznej dzielnicy knajp, barów i rozrywki. Roi się tu od restauracji nepalskich, argentyńskich, rosyjskich, kubańskich, francuskich, włoskich i chińskich...

Innym wynalazkiem komunikacyjnym jest tramwaj, który dojeżdża do najwyższego punktu wyspy. Ma już ponad sto lat, ale działa bez pudła. Wymyśliło go dwóch inżynierów brytyjskich w 1888 r., obserwując, jak chińscy kulisi dźwigają na plecach białych na stromą Górę Wiktorii. Wjeżdża się wśród gęstwiny obrastającej wzgórze bananowców. Strome wieżowce wbite są w górę pod niewiarygodnym kątem. U dołu rozciąga się widok na Zatokę Wiktorii z coraz mniejszymi wyspami i statkami. Hongkong nie byłby jednak sobą, gdyby i na szczycie Wiktorii nie wybudował centrum handlowego. Tramwaj zatrzymuje się w jego wnętrzu. Można tam zostać i podziwiać widok, a potem iść na kawę i lody. Można też iść jeszcze pół kilometra do właściwego szczytu. Rzadko komu chce się tam drapać, a naprawdę warto. Idzie się przez las bambusowy, a potem widać cały Hongkong. Ze szczytu przez Old Peak Road schodzimy spacerem w dół.



Jeździć, pływać, latać i chodzić

Linia Star Ferry powstała w 1870 r. i od tego czasu nie przestaje przewozić pasażerów z jednej strony Zatoki Wiktorii na drugą. Drewniane statki noszą poetyckie nazwy: "Gwiazda Wieczorna", "Gwiazda Poranna", "Gwiazda Niebiańska", "Gwiazda Migocąca". Niezawodna "Star Ferry" jest niczym wodny tramwaj, do którego wsiada się często kilka razy dziennie (kursuje co 8 min). Gdy tylko zapala się zielone światło, na statek wbiegają tłumy, zamiast biletu wrzucając w przejściu do skrzynki 1,7 hongkonga (równowartość złotówki), i biegną na górny pomost, skąd najlepiej widać Zatokę. Jeszcze zanim mostki zrzucane przez marynarzy w klasycznych biało-niebieskich bluzach z wykładanymi kołnierzami dotkną wybrzeża, niektórzy pasażerowie już wyskakują. W Hongkongu, Mieście Życia, żyje się w biegu, a "Star Ferry" jest częścią tego gorączkowego ruchu.

Metropolia składa się z wielu części: z wyspy o tej samej nazwie, z półwyspu Kowloon, z terytoriów w głębi lądu i z ponad 230 większych i mniejszych wysp. Dlatego też sprawna komunikacja lądem i morzem to być albo nie być Hongkongu. Nie ma środka transportu, którym by się tu nie jeździło, pływało czy latało: od turbodżetów, kolejek linowych, motorówek, dżonk, po helikoptery. Z przystani można wsiąść do starego tramwaju (jeden malutki wagonik tam i z powrotem wozi pasażerów wzdłuż wyspy). Albo do piętrowego autobusu, dokładnie takiego jak w Londynie. Do minibusów, maksitaksówek. Bądź do nowoczesnego, szybkiego i wygodnego metra.

Największą jednak frajdą jest chodzenie po Centralu, sercu wyspy Hongkong, krytymi kładkami biegnącymi wysoko nad ziemią. Łączą wieżowiec z wieżowcem na wysokości kilku pięter, w dole ulice wyglądają jak ruchliwe kaniony. Z kładek znika się we wnętrzach ogromnych budynków, różnych plazach, wieżach i skwerach wbudowanych z kolei kilka pięter w głąb ziemi, z centrami handlowymi, w których sprzedawcy wspominają z utęsknieniem niegdysiejsze tłumy zamożnych Japończyków. Dzisiaj zastąpiły je wycieczki z Chin Ludowych.



Wróżby i tornistry pełne ofiar

Najbardziej znana taoistyczna świątynia Hongkongu to XIX-wieczna Man Mo (cywilizacji i wojny) przy Hollywood Road. Cała spowita kadzidlanym dymem, który sączy się z ofiarnych spirali w formie abażurów zawieszonych u sufitu. Czczony jest tu Man, bóg literatury i nauki, oraz Mo, bóg wojny i sztuki walki, patron wszystkich, którzy mają do czynienia z ostrymi przedmiotami: fryzjerów, kucharzy, policjantów. Tu przychodzą z dziećmi w dniu rozpoczęcia nauki kochający tradycję Chińczycy. Składają ofiarę w szkolnym tornistrze, do którego wkładają przybory do pisania, młode cebulki (symbol błyskotliwości), korzenny seler (oznakę pilności) oraz placek, który ma sprawić, że uczeń czy uczennica przyklei się do szkolnej ławki i nie będzie się wiercił. Jeśli ktoś chce złożyć ofiarę w jakiejś intencji, zaczyna od kupienia kadzidełka i pałeczki z wypisanymi liczbami. Potrząsając pałeczkami przed ołtarzem, trzeba podnieść pierwszą, która wypadła. Potem trzeba sprawdzić, jakie są na niej liczby, a następnie przy pomocy uczynnych Chińczyków znaleźć odpowiednią kartkę z wróżbą. Ta ostatnia wymaga interpretacji, ale przy świątyni są wróżbici. Można też kupić kadzidło w formie stożkowatej spirali i kazać je zawiesić u sufitu, obok setek innych. W świątyni stoją dwie lektyki w kształcie domów, w których obnosi się bóstwa w czasie uroczystości ku ich czci.

Wróżbici obsiedli też świątynię taoistyczną Wong Tai Sin (niektórzy znają angielski). Jedni czytają z ręki i z twarzy, inni mają otwarte komputery ze specjalnymi programami, które błyskawicznie podają wyniki skomplikowanych układów dat urodzenia, położenia Księżyca i gwiazd.

Bo mieszkańcy Hongkongu - jak wszyscy Chińczycy - są przesądni. Rano najpierw zajrzą do gazet, żeby przeczytać, czy dzień będzie dobry na grę na giełdzie albo zły na spotkanie z teściową.



Dai bao i kącik pudrowania noska

Dim sum dosłownie znaczy rozkosze serca, po naszemu - coś na ząb. Serwują je z wielopiętrowego wózka w małych bambusowych koszyczkach. Do wyboru kilkaset dań. To istota kuchni kantońskiej (Hongkong należy kulturowo do tego regionu Chin). Wszystko jest świeże, pachnące i pierwszej jakości.

Najlepiej zacznąć od dai bao - pierożków z warzywami i kurczakiem - albo od ju yan siumai z wątróbką.

Ale w metropolii żyją przybysze ze wszystkich prowincji Chin, a jednocześnie jest ona legendarnym miejscem spotkania Wschodu z Zachodem. Kaczka pekińska spotyka się tu z ognistym daniem z Syczuanu, meksykańska tortilla sąsiaduje z francuskim befsztykiem z frytkami. Wielość kultur przekłada się na ogromny wybór. Jednego dnia rano na śniadanie zjada się francuskiego croissanta z dżemem morelowym, drugiego - chińską zupę ryżową congee, a trzeciego - świeży sok z mango. Kto ma ochotę na skosztowanie chińskich dziwactw, znajdzie tu kantońskie restauracje, gdzie podają zupę z węża. Mniej ryzykowne są ukochane tutaj gołąbki w miodzie czy soi. Restauracji wielkich i małych są w Hongkongu tysiące, na każdą kieszeń, menu mają często i po angielsku. Warto też wybrać się metrem do wioski Lei Yue Moon, by spróbować owoców morza - w końcu jesteśmy w porcie!

Gastronomiczny Hongkong jest na każdą kieszeń. Ale warto zakosztować też szczypty kolonialnego luksusu. W Mandarin Oriental, najwytworniejszym hotelu Hongkongu, damska toaleta od czasów królowej Wiktorii nazywa się "kącik pudrowania noska". W koszyczkach stoi pełen zestaw kosmetyków, włącznie z lakierem do włosów i wodą toaletową. Nie chce się z niej wyjść! Przed Peninsulę na Kowloonie zajeżdżają limuzyny, do których doskakują boje w mundurach. Ceny są tu bajeczne. Namiastką może być herbatka u możnych tego świata (w rzeczywistości to solidny posiłek z sandwiczem i ciastami) - w Peninsuli od drugiej do piątej po południu. Cena iście imperialna - 180 dol. od osoby (290 od dwóch). A do tego można dodatkowo wypić kieliszek szampana. Przygrywa kwartet smyczkowy, widok na Zatokę Wiktorii gratis. W Mandarin Oriental popija się herbatę, siedząc w wiktoriańskich fotelach wśród zapachu róż. Ale wcześniej trzeba dyskretnie uiścić 145 dol. od osoby.



Wszyscy kochają mai mai

Hongkong żyje w rytmie sezonowych wyprzedaży. Ciuchy ("Made in China", ale o wiele lepsze niż te, które znamy z naszych targowisk), komputery, biżuteria, sprzęt sportowy, zegarki, aparaty fotograficzne, walizki, antyki prawdziwe i fałszywe, sprzęt audio-wideo... O mieszkańcach mówi się, że ich marzeniem jest dom letniskowy blisko centrum handlowego, by w wolnych chwilach mogli oddawać się swemu ukochanemu zajęciu, czyli zakupom (mai mai). Główne dzielnice handlowe to Causeway Bay, Mong Kok i Tsim Sha Tsui. Gigantyczne centra handlowe i luksusowe sklepy sąsiadują z handlem ulicznym. Harbour City na Canton Road to całe handlowe miasto w jednym ogromnym budynku ciągnącym się na kilometr od przystani Star Ferry. Uliczne targi, które trwają do północy, są połączeniem zakupów, wielkiego żarcia i zabawy. Market na Temple Street to okazja, by kupić pamiątki chińskie, małe puzdereczka, posążki Buddy, rzeźbione pałeczki, a przy okazji posłuchać kantońskiej opery na ulicy. W sąsiedztwie jest mnóstwo dobrych restauracji i jadłodajni. Popularny jest Market Pań (Ladies Market) z bielizną, piżamami i torebkami. Market Stanleya, zawsze pełen i turystów, i miejscowych, specjalizuje się w ręcznie haftowanej pościeli i obrusach. Dodatkowe atrakcje to restauracje na nabrzeżu i dwie plaże z wypożyczalniami sprzętu do windsurfingu.