Nepal. Trekking dla każdego

Nie trzeba być Krzysztofem Wielickim czy Reinholdem Messnerem, aby z bliska zobaczyć osiem najwyższych szczytów świata. Wystarczy samozaparcie, niezła kondycja i niewielkie oszczędności
Najlepiej wybrać się do Nepalu między październikiem a majem. Znikają monsunowe deszcze i pijawki, utrapienie turystów. Rozpoczyna się pora sucha, idealna na wędrówki. Cały kraj gęsto przecinają trasy trekkingowe często pokrywające się z kamiennymi dróżkami prowadzącymi do wiosek. Turyści najchętniej chodzą szlakami do obozów-baz pod Mount Everestem, Annapurną czy Dhaulagiri albo wybierają zamieszkany przez Szerpów szlak Helambu w Dolinie Katmandu, bezludną drogę Langtang czy Jomsom Trek doliną rzeki Kali Gandaki. Najciekawsza jest trzytygodniowa wędrówka wokół masywu Annapurny (najwyższy szczyt Annapurna I ma 8091 m n.p.m.) zdobytej w 1950 r. przez ekspedycję Maurice'a Herzoga jako pierwszy ośmiotysięcznik na świecie.

Najczęstsze są wyprawy dziesięcio- lub czternastodniowe, choć po Himalajach można włóczyć się miesiącami. Dla nas wyjście w góry miało być wstępem do długiej podróży po Nepalu i Indiach, dlatego zdecydowaliśmy się na zaledwie dwudniowy trekking. Właściciel naszego pensjonatu Alpine Villa w Pokharze polecił znajomego przewodnika Ghurka Ghale, palcem pokazał na mapie trasę, wyliczył jej zalety i obiecał atrakcje.

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem. Ghale (płaciliśmy mu 10 dol. za dzień) okazał się bardzo miłym człowiekiem. Jego ojciec służył 15 lat w brytyjskim regimencie Gurkhów. Ghale też starał się o przyjęcie do regimentu, ale z powodu połamanych zębów został odrzucony.

Himalajskie szlaki nie są oznakowane. Kamienne ścieżki lub schodki, którymi poprzecinane są górskie zbocza i przełęcze, wiją się od wioski do wioski, od pola do pola. Trudno zorientować się w tej plątaninie. Dlatego nikt nie porywa się na wyprawę "na nosa", polegając tylko na mapie.

Nasza wędrówka przypadła na kulminacyjny moment największego nepalskiego święta Dasain. Rozpoczyna się ono w drugiej połowie września (wraz z ustaniem monsunu) i trwa 15 dni. Koniec Dasain wyznacza październikowa pełnia księżyca. Nepalczycy obchodzą je na pamiątkę zwycięskiej walki bogini Durgi, matki i niszczycielki, z siłami zła wcielonymi w demona-bawołu Mahisasurę. Pierwsze dni tego święta to czas oczekiwania i przygotowań. Dopiero ósmego i dziewiątego dnia akt zabicia demona rytualnie powtarza ojciec rodziny, podrzynając gardło kozłowi ofiarnemu. Wtedy właśnie, na początku października, wybraliśmy się w góry. Co krok spotykaliśmy ogromne stada wylęknionych, zbitych w ciasne gromady kozłów. Ich krwią Nepalczycy spryskują koła pojazdów, by uchronić się od wypadków, a z wnętrzności składają ofiarę bogom (widzieliśmy posąg bogini Gangi opleciony koźlimi jelitami). Dziesiąty dzień święta spędzają przy suto zastawionym stole. Starsi błogosławią młodych, przytwierdzając do ich czół czerwony znak tika. Dasain kończy się tańcami oraz procesjami na ulicach miast i wiosek lub grami hazardowymi, którym Nepalczycy oddają się całą duszą, wróżąc z nich powodzenie na cały rok.

Wędrowaliśmy powoli, mijając malownicze wioski zagubione w dolinach pośród zielonych pól ryżowych albo uczepione stromych stoków. Obserwowaliśmy świąteczną krzątaninę: mężczyźni oprawiali kozły, kobiety przyrządzały strawę, zamiatały domostwa, a dzieci unosiły się wysoko w górę na huśtawkach skleconych z kilku desek i sznurka. Huśtawki i ręcznie napędzane drewniane karuzele to nieodzowne elementy święta Dasain, tak ważne dla Nepalczyków jak dla nas bożonarodzeniowa choinka.

Wchodziliśmy coraz wyżej. Pola ryżowe ustąpiły miejsca dżungli. Spotykaliśmy innych trekkerów z przewodnikami i nepalskich tragarzy. Nieśli na plecach przepastne bambusowe kosze zawieszone na szerokim pasie umocowanym na czole (ciężar wspiera się przede wszystkim na głowie). Najczęściej chodzą boso, a są tak szczupli, że trudno pojąć, jak mogą wejść z butelkami coca-coli czy fanty albo kilogramami owoców na wysokość 2000 m n.p.m.

Pierwszy dłuższy odpoczynek w osadzie Dhampus (1750 m n.p.m.). Siedząc na galerii widokowej, popijaliśmy świetną herbatę z limonką, oglądając fantastyczne widoki. Choć Annapurna i Machhapuchhare (po nepalsku Rybi Ogon) znikły w chmurach, to i tak pejzaż zapierał dech. Ryżowe poletka wydarte dżungli, kępy bananowców o wielkich poszarpanych liściach, z ciężkimi kiściami owoców, kasztanowiec indyjski, paprocie drzewiaste, olchy, drzewa awokado, bambusy. Wyżej jałowa ziemia wypiera dżunglę, a jeszcze wyżej zamienia się w martwą pustynię śniegu i lodu.

Nepalczycy są pełni zadziwiającej radości życia i życzliwości. Im wyżej, im trudniejsze warunki życia, tym radość jest większa. Nie widać zgrzybiałych starców poruszających się o lasce, tylko czerstwych staruszków żwawo skaczących po górach.

Południową stronę masywu Annapurny zamieszkuje w większości plemię Gurungów. Żyją z hodowli, uprawy ziemi i obsługi turystów. Kobiety nawet do pracy zakładają brzęczące ozdoby i wielobarwne sari lub szalwar kamiz (długa tunika z szerokimi spodniami), obowiązkowo szal, zawsze dopasowany kolorystycznie. Mężczyźni częściej rezygnują z tradycyjnych bawełnianych bluz i wiązanych w pasie obszernych spodni uszytych z jednego kawałka białego lnu lub bawełny na rzecz stroju w stylu zachodnim.

Kiedy mijaliśmy ich wioski, zawsze życzliwie nas pozdrawiali: Namaste (z akcentem na ostatnią sylabę) - składając dłonie jak do modlitwy.

Po południu doszliśmy do Pothany (1990 m n.p.m.), gdzie zamierzaliśmy nocować. Wybraliśmy jedno z kilku schronisk, jednakowo spartańskich, płacąc 100 rupii nepalskich (6-7 zł) za dwuosobowy pokój. Młoda, uśmiechnięta Nepalka przyniosła nam obiad: dal bhaat tarakari (zupa z soczewicy), ryż i rozmaite piekielnie ostre dodatki i sosy w cynowych miseczkach. Świetny jogurt łagodził pieczenie. Na posiłki czeka się w Nepalu nawet ponad godzinę, ale są smaczne i sycące. Czasem co prawda kucharz ma dziwnie szare ręce, a czarna czeluść kuchni odstrasza. Lepiej tu nie zaglądać i broń Boże nie podnosić pokryw bulgocących garnków, bo to bardzo obraźliwe dla kucharza.

Tuż przed szóstą wioskę spowiła mgła i momentalnie zapadła chłodna, rześka noc. Długo siedzieliśmy na ganku, wdychając zapach dymu z pieca drzewnego i obserwując gromadę Chińczyków z Szanghaju, którzy w atłasowych piżamach paradowali po wiosce (Nepal przeżywa właśnie turystyczną "chińską falę").

Przed szóstą rano obudziło nas pukanie Ghale. Na ten moment czekaliśmy od chwili przyjazdu. Góry wynurzały się z mroku, wspaniałe, ogromne. Cały łańcuch Annapurny i stożkowate Macchapucchare mogliśmy wreszcie zobaczyć w całej krasie na tle słabego różowego blasku. Nagle wyszło słońce. Z niezwykłą szybkością zaczęło się wspinać po górskich zboczach, oświetlając śnieżne nawisy na złoto i pomarańczowo.

Gdy wzeszło zupełnie, popędziliśmy do oddalonej o 50 minut marszu osady Deurali (2100 m n.p.m.). Tylko stamtąd mogliśmy zobaczyć ośmiotysięcznik Dhaulagiri (8168 m n.p.m.). Szło się stromo w górę. Dżungla stała w słońcu, a z traw i splątanych gałęzi parowała gorąca wilgoć, jakby w ogóle nie było chłodnej nocy.

W położonej na stromej przełęczy Deurali mieszkają zaledwie trzy rodziny (dziesięć osób). Każda prowadzi schronisko i turystyczną kuchnię. Przed wejściem do domostw stoją nakryte ceratą stoliki i drewniane ławy. W wiosce spędziliśmy dużo czasu, rozmawialiśmy z mieszkańcami i podziwialiśmy białe grzbiety Dhaulagiri i Annapurny. Przez lornetkę oglądaliśmy śnieżne nawisy oraz lodowe zmrożenia na ich wierzchołkach i - wstyd przyznać - nie marzyliśmy, aby się tam znaleźć. Deurali to był najdalszy punkt naszej wyprawy. Jeszcze tego samego dnia wróciliśmy do Pokhary.





Komentarze (2)
Nepal. Trekking dla każdego
Zaloguj się
  • jack_flash

    0

    Fotka z Annapura jakoś Wam nie wyszła.

  • jack_flash

    0

    Należy się zaszczepić i uważać na to co się je. Wtedy będzie gites.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX