Jakie tanie to latanie

Ryanair jest rzeczywiście najtańszą linią lotniczą w Europie. Za loty z Berlina do Londynu, a stamtąd do Oslo i z powrotem zapłaciłem 550 zł
O tanich liniach przeczytałem niemal wszystko, ale nie spotkałem nikogo, kto korzystał z ich usług. Otworzyłem więc stronę internetową http://www.rynair.com i na początku października kupiłem bilety na jesienny trzydniowy wypad. Przed podróżą postawiłem sobie warunek: minimum pieniędzy, maksimum atrakcji.



Wymarzone miejsce na parking

Najbliższe Polski lotnisko, na którym lądują samoloty Ryanair, znajduje się w Berlinie. Pojechałem tam z Zielonej Góry samochodem 26 października, na dzień przed startem. Niedziela to wymarzony dzień na poszukiwanie darmowego parkingu (za pozostawienie auta na kilka dni przy lotnisku musiałbym zapłacić ponad 200 euro!). Ponieważ Ryanaira obsługuje tylko dawne NRD-owskie lotnisko Schönefeld, postanowiłem zawęzić poszukiwania do południowo-wschodniej części miasta.

Osiedle przy Grünbergallee (Grünberg to po niemiecku Zielona Góra!) to wymarzone miejsce na parking. Pełno tu wolnych miejsc między blokami, a od lotniska dzieli nas zaledwie jeden przystanek kolejką S-Bahn.

Tani nocleg znalazłem w centrum miasta w schronisku młodzieżowym, trzysta metrów od słynnego dworca ZOO. Łóżko w czteroosobowym pokoju kosztowało 26 euro (od listopada przez cała zimę będzie jeszcze taniej - 19 euro).

W schronisku nie było tłoku, więc spałem sam.



Oszczędzamy na tym i owym

W Berlinie samoloty Ryanair są odprawiane razem z innymi, o wiele droższymi liniami. To wyjątek, bo ze względu na wysokie opłaty lotniskowe tani przewoźnicy latają do portów położonych daleko od miast. Przy stanowisku odpraw Ryanair podaję paszport i wydruk z internetu. Dostaje kartę pokładową, oddaję plecak i ruszam na spotkanie z agentami ochrony lotniska. Ryanair reklamuje się hasłem: "Oszczędzamy na wszystkim, prócz bezpieczeństwa". Nie narzekam więc, kiedy niemieccy ochroniarze każą mi zdjąć buty i dokładnie je prześwietlają.

Tuż po godz. 9 ląduje pierwszy Ryanair z Londynu. Boeing 737-800 zatrzymuje się sto metrów od przeszklonej poczekalni. Stewardesy otwierają drzwi, wysuwają spod nich schodki i rozkładają poręcze. Z samolotu wysypuje się tłum ludzi; wędrują do hali przylotów.

Chwilę potem razem z 200 pasażerami idziemy do tego samego boeinga. Mogę wejść z przodu lub od ogona maszyny - miejsce wybiera się samemu. Załadunek bagaży, rozsadzenie pasażerów i kontrola techniczna zajmują obsłudze 25 minut.

Lot do Wielkiej Brytanii trwa prawie półtorej godziny. Uśmiechnięte stewardesy proponują napoje i słodycze. Niestety, nic za darmo. Kawa i herbata są po 1,60 funta brytyjskiego, piwo - 2,50 funta. O obiedzie czy kanapkach można tylko pomarzyć.



Sito pytań

Lądujemy na Stansted pod Londynem i zatrzymujemy się przy jednym ze stu miejsc postojowych. Po obowiązkowej rozmowie z oficerem imigracyjnym odbieram swój plecak i próbuję ogarnąć to nowoczesne lądowisko tanich przewoźników. Nie ma tu maszyn Lufthansy czy British Airways. Jest za to Ryanair, EasyJet, AirBerlin i Buzz.

Po szybkiej angielskiej herbatce (1,29 funta) odnajduję miejsce odprawy do Oslo. Znów drobiazgowa kontrola i mogę się wspiąć do boeinga.

Po dwóch godzinach lotu pilot robi koło nad zmrożonymi wyspami, lasami, drewnianymi chatkami i ląduje na ośnieżonym Oslo-Torp. To niewielki port lotniczy, oddalony o 130 km od stolicy Norwegii. Bardziej przypomina lubuski Babimost niż europejski terminal, ale zachowuje wszelkie międzynarodowe standardy, łącznie z doskonale zaopatrzonym sklepem wolnocłowym. Niestety, podobnie jak w Londynie, obywatele spoza Unii Europejskiej i Norwegii muszą przejść przez sito drobiazgowych pytań oficera imigracyjnego. I pokazać pieniądze (ok. 300 koron na dobę).

Z dojazdem do miasta nie ma problemów. Przed terminalem czeka autobus, w którym za 220 norweskich koron (ok. 110 zł) kupuję bilet do Oslo i z powrotem.



Sposób na Oslo

Oslo jest bardzo drogie. Chleb kosztuje 16 koron (8 zł), średnie frytki w McDonaldzie - 17 koron (9 zł), a zestaw BigMac - 55 (27 zł). Za spaghetti w domu towarowym Oslo City zapłacimy 90 koron (45 zł). Kebab u Turka kosztuje w przeliczeniu 30 zł, a piwo w supermarkecie - 12 zł.

Polacy, których poznałem w Oslo, tłumaczą, jak sobie radzić w tym pięknym mieście. Krakowski plastyk Kristoff namawia na darmową wizytę w parku-muzeum najsłynniejszego norweskiego rzeźbiarza Gustava Vigelanda. Andrzej Bajer, rzeźbiarz-pozłotnik, zachęca do obejrzenia za 30 koron (ok. 15 zł) statku "Fram" Roalda Amundsena, na którym w latach 1910-12 dopłynął on do Antarktydy, by jako pierwszy człowiek dojść na biegun południowy. Długowłosy Robert prowadzi mnie do darmowej kafejki internetowej w bibliotece przy Harald Harfagres gate.

Za 60 koron (ok. 30 zł) warto kupić 24-godzinny bilet Dagskort Oslo i można jeździć metrem, autobusem, tramwajem, a nawet dopłynąć stateczkiem na okoliczne wyspy.

Nazajutrz o 7 rano wsiadam w autobus na Bussterminal, pokazuję kierowcy bilet powrotny (kupiony tuż po przylocie) i jadę do Torp. O 9.45 z grupą norweskich turystów odlatujemy do Londynu. Po dwóch godzinach znów jestem na lotnisku Stansted.



40 minut i ani rusz

Jest środa przed południem, a lot do Berlina mam o 18.55. Postanawiam zwiedzić Londyn. Autobus Terravision jest chyba najtańszy. Za 13,5 funta zawozi do miasta i z powrotem. Końcowy przystanek na dworcu Victoria Station, czyli niemal w sercu Londynu. Po drodze odbywamy małą wycieczkę po mieście - mijamy Tower Bridge, Big Bena, katedrę Westminster, Downing Street i okolice Pałacu Buckingham.

Mam cztery godziny dla siebie, akurat, by odnaleźć kafejkę Sherlocka Holmesa, kupić pamiątki i przysiąść pod Diabelskim Młynem nad brzegiem Tamizy.

Powrót autobusem na Stansted to koszmar. Kierowca nie jest w stanie przebić się przez korki. Pod terminal podjeżdżamy z 45-minutowym opóźnieniem. Gdybym zapłacił 10 funtów więcej i pojechał kolejką Stansted Express ze stacji Liverpool Street, byłbym na lotnisku punktualnie.

Z grupą niemieckich turystów wybiegam z autobusu i pędzę do odprawy, ale przy stanowisku odlotów do Berlina nie ma już nikogo. Do startu pozostały jeszcze 33 minuty. Samolot stoi na płycie, jednak pracownicy informacji Ryanaira są nieugięci. - Odprawa kończy się na 40 minut przed odlotem i nie da się już wejść do samolotu. Proszę przepisać się na poranny lot - radzi z angielskim spokojem kobieta w niebieskim uniformie.

W kasie biletowej dowiaduję się, że mogę lecieć do Berlina nazajutrz o godz. 6.25 i nie muszę kupować nowego biletu, który na niecałą dobę przed wylotem kosztuje już ponad 100 funtów. Trzeba jednak zapłacić 40 funtów za przepisanie na nową listę pasażerów.



Noclegownia Stansted

W nocy Stansted zamienia się w wielką, wesołą noclegownię. Młodzi podróżnicy rozkładają się na siedzeniach, rozwijają śpiwory, nadmuchują materace i chrapią obok stanowisk odpraw.

O 4.15 lotnisko budzi się do życia. Odbywa się wielkie mycie zębów, malowanie i czesanie. Potem wszyscy stają w kolejkach do odpraw, bo wczesnym rankiem startuje prawie 30 samolotów. Pod terminal przyjeżdżają wypełnione po brzegi autokary. Przed 5 na odlot czeka już kilka tysięcy ludzi.

O 6 w strugach zimnego deszczu wędruję do samolotu.

Przed 9 wysiadam na mglistym i deszczowym Berlin-Schönefeld, a po czterech minutach jazdy kolejką wrzucam plecak do bagażnika mego samochodu zaparkowanego przy Grünbergallee.

Dojeżdżając do granicy w Świecku, marzę o kolejnej podróży. Oby jak najszybciej z Polski!

Ile to kosztuje

9 października na stronie http://www.ryanair.com przelot na trasie Berlin - Londyn - Oslo kosztował 549 zł, w tym: bilet powrotny z Berlina do Londynu 54 euro (251 zł), bilet powrotny z Londynu do Oslo 44 brytyjskie funty (298 zł).