Wyprawa za winem, czyli enoturystyka

Ta podróż wzięła się z dwóch marzeń: zobaczenia Toskanii i znalezienia wina idealnego - takiego prywatnego toskańskiego wzorca wina. Musiała więc, oprócz zwykłego włóczęgostwa, wiązać się z tym, co dla enoturystyki najważniejsze - wizytami w winnicach i licznych degustacjach.
Z mapy wynikało, że po przejechaniu 1,6 tys. km trafimy z Polski do samego serca Toskanii - regionu Chianti Classico. Spodziewaliśmy się powtórki z Beskidu Niskiego - panoramy łagodnych i rozległych wzgórz, tyle tylko że z cyprysami, freskami, oliwnymi gajami, średniowiecznymi miasteczkami, krzewami winorośli i śladami stóp Liv Taylor. Otrzymaliśmy znacznie więcej.

To niesamowite, jak bardzo dba się tutaj o zachowanie naturalnego "toskańskiego krajobrazu". Nie ma mowy o jakichkolwiek architektonicznych "widzimisiach". Wszystko musi być dopasowane; ma wyglądać tak, jakby stało tu od zawsze. Dzięki tej mądrej i surowej polityce wydaje się jakby cała Toskania funkcjonowała poza czasem; nawet nowe domy, które widzieliśmy w Siennie, świetnie się kamuflują, udając swoich dużo starszych okolicznych braci.

Dopiero po jakimś czasie zrozumieliśmy też, dlaczego na naszej samochodowej trasie nie ma żadnych punktów widokowych - trzeba by je stawiać na każdym kroku. Wszędzie wzgórza o wysokości od 200 do 500 m n.p.m., widoczność na kilkadziesiąt kilometrów i żadnej monotonii - każda odsłona to kolejna porcja iście bajkowych krajobrazów. Tu klasztor, tam zamek, przed nami citta del vento, za nami citta del cristallo, po lewej azienda agricola, po prawej wspaniała, odosobniona fattoria, którą zamieszkuje pewnie Peter Stein lub Sting.

Patrząc na te sielankowe widoki, które tak bardzo upodobali sobie chrześcijańscy mnisi, aż ciężko uwierzyć, że Toskania stoi w obliczu wyludnienia. W Marcialli, w której zatrzymujemy się na posiłek, całą obsługę "naszego" lokalu stanowi pięciu energicznych staruszków kelnerów, dwóch leciwych kucharzy i jeden siwiuteńki pan siedzący w cassa. Gdy w latach 70. ubiegłego wieku młodzież zaczęła masowo uciekać do miast, okazało się, że mimo napływu cudzoziemców inwestujących w opuszczoną ziemię nie dało się już zatrzymać raz rozpoczętego procesu.

Oczywiście zaraz zaczynamy marzyć, że to właśnie my osiadamy gdzieś tutaj w okolicy (byle nie w tym zrujnowanym castello, które mijaliśmy po drodze; kto chciałby z własnego wzgórza w Toskanii patrzeć akurat na autostradę?). W myślach nad bramą prowadzącą do naszej winnicy umieszczamy napis: "Vino e olio e siesta", a za parę pokoleń nasz leniwie zapoczątkowany tutaj ród przypominać będzie florenckie rodziny winiarzy z kilkusetletnimi tradycjami: Antinorich, Frescobaldich i Ricasoli-Firidolfich. Jedna wizyta w agencji nieruchomości w Monte S. Savino wystarczy, by sprowadzić nas na ziemię. W ciągu kilku ostatnich lat ceny nieruchomości poszybowały niebotycznie w górę. Letnia rezydencja w Toskanii stała się wśród możnych tego świata tak modna jak tłoczenie własnego toskańskiego wina.

Gianni Gori jest spadkobiercą rodzinnej posiadłości w pobliżu Pino. Zbudowano ją z kamieni pobliskiej warowni zniszczonej w XIV w. w czasie wojen o supremację między Florencją a Sieną. Okalające ją winnice leżą już poza granicami czterech sąsiadujących z nimi winnych okręgów o ustalonej reputacji: Colli Senesi, Chianti Classico, Colli Fiorentini i Montespertoli. "To prawdziwy pech - mówi Gianni - przez to położenie, z prawnego punktu widzenia, mogę oznaczać swoje wina jedynie jako zwykłe Chianti lub Supertoskany".

Gianni oprowadza nas po muzeum, które w zeszłym roku zaczęła tworzyć jego babcia. W środku - stare prasy do tłoczenia win, ogromne gliniane kadzie na oliwę, butelki o przedziwnych kształtach, które tak bardzo pokochali amerykańscy konsumenci. Na pożegnanie życzymy mu zdobycia nagrody Trzech Kieliszków - najwyższej oceny przyznawanej przez prestiżowe włoskie wydawnictwo enologiczne Gamberro Rosso. "Nie wcześniej niż za kilka lat" - słyszymy w odpowiedzi.

Tanie i dobre

Dla kontrastu wizytujemy najbardziej utytułowaną posiadłość winiarską w całej Toskanii - Fattoria di Felsina. Klientów jest tak wielu, że ich własna enoteka otwarta jest nawet w czasie sjesty! Ceny degustowanych przez nas na miejscu win wahają się od 12 do 30 euro za butelkę. Mistrzem ceremonii jest władająca biegle kilkoma językami pani Andrea. Po nalaniu wina zakręca energicznie kieliszkami, nie odrywając podstawek od blatu stołu, a potem opowiada o historii i filozofii tego niezwykłego miejsca. Trzeba przyznać, że absolutnie wszystko jest tu świetnie urządzone - od organizacji przestrzeni po marketingowy zestaw materiałów, który otrzymuje każdy zainteresowany. Motto Felsiny brzmi: "Above all, Sangiovese", co tłumaczyć można w dwójnasób: "Ponad wszystko: Sangiovese" lub "Ponad wszystkimi innymi Sangiovese". Biorąc pod uwagę to, że w Toskanii uprawia się głównie szczep Sangiovese i jego różne klony - jest to niewątpliwie deklaracja kogoś, kto dobrze zna swoją wartość.

W drodze powrotnej dość przypadkowo trafiamy do położonego nieco na uboczu producenta Castello di Monastero. Niestety nie możemy niczego testować. Pan tłumaczy nam, że gdyby otworzył butelkę - ta musiałaby pewnie czekać przynajmniej tydzień, zanim zjawiliby się następni degustatorzy. Od słowa do słowa - okazuje się jednak, że na samym dole, w hali produkcyjnej, możemy spróbować ich zwykłego rosso di tavola. Po drodze mijamy stalowe kadzie z napisami: Vin Santo 1993, Infinito IGT 2001. Wreszcie jest - nasz baniak ze skromnym napisem Rosso. Już po chwili dwulitrowa plastikowa butla przygotowana specjalnie na takie okazje jest pełna. Pan okleja ją jeszcze podstemplowaną banderolą, na której wypisuje takie informacje jak: rodzaj wina, zawartość alkoholu i data zakupu. "To wszystko przez policję podatkową" - tłumaczy enigmatycznie. Efekt końcowy jest raczej komiczny - zwykły plastik, który nabrał nagle urzędowego znaczenia. A samo wino? Nie dość, że jest dobre, to jeszcze bardzo tanie.

Armaty do wina

I tak mijają nam kolejne dni, podczas których: próbujemy chować się przed upałem; na dobre zapamiętujemy kolor "sjeny palonej"; zajadamy się gellatto, czyli lodami; nie możemy się nadziwić, że na jednej ulicy jest pięć różnych winebarów; z przerażeniem obserwujemy zrośniętych ze swoimi maszynami kolarzy-cyborgów, którzy w samo południe atakują serpentyny dróg; jemy "rwany" chleb, do którego produkcji nie używa się soli, po to, by móc go maczać w oliwie i dopiero wtedy posypywać niemiłosiernie grubą solą; nieporadnie odkrywamy magię obrazów florenckiej i sieneńskiej szkoły; całkiem głośno i soczyście złorzeczymy na horrendalne ceny wina w Polsce - jedne z najwyższych w Europie; powolutku poznajemy smaki i smaczki tej pięknej, pagórkowatej krainy.

Najlepsze czeka nas jednak na koniec. Przez pomyłkę - szukając innej enoteki - trafiamy w Greve do prawdziwej świątyni miłośników wina: Le Cantine di Greve in Chianti. W obszernych piwnicach wybudowanych w 1893 roku prócz sklepu i wystawy książek dotyczących wyrobu wina znajdujemy coś absolutnie genialnego... automaty do degustacji wina! Choć brzmi to okropnie, wynalazek autorstwa pana Lorenzo Falorni - jednego z właścicieli tego przybytku - jest naprawdę genialny. Wszystkie toskańskie wina podzielone są tematycznie na sześć kategorii. Wśród nich znajdziemy m.in.: Vini tipici (np. Brunello di Montalcino czy Vino Nobile di Montelpulciano), Supertuscany (gdzie ceny mogą poszybować nawet do 150 euro za butelkę), Chianti Riserva (mniej lub bardziej udane próby "unieśmiertelnienia" Chianti) czy też Vini Bianci (m.in. ze znaną od 1276 roku Vernacią di San Gimignano i "medytacyjnym" Vin Santo). Każda kategoria zajmuje swoje wydzielone miejsca; każda reprezentowana jest przez 20 przedstawicieli - w sumie 120 butelek najprzeróżniejszych toskańskich win! Butelki z danej kategorii stoją na specjalnej półce okalającej konstrukcję przypominającą pionowy cylinder. Nad każdą z nich umieszczony jest przycisk, a tuż obok - informacje o cenie za degustację (od 0,60 do 3,80 euro za "due gotti", czyli dwa łyki - typową miarkę spragnionego) oraz cenie za całą butelkę, jeżeli któreś z testowanych win przypadnie nam do gustu. Aby rozpocząć degustację, wystarczy wziąć od obsługi kieliszek, zakupić specjalną kartę (o wartości 10, 15 lub 20 euro), wsunąć ją do czytnika w wybranym cylindrze, zdecydować się na konkretne wino, podstawić kieliszek, nacisnąć przycisk i... pogrążyć się w otchłani aromatów, smaków i obrazów: raz, drugi, piąty, dziewiąty - aż do wyczerpania limitu winnego konta. To chyba najlepiej wydane pieniądze w naszej podróży! Dookoła przyjemny chłód, pojawili się kolejni winomaniacy krążący niespiesznie wokół sześciu cylindrów niczym wyznawcy jakiegoś mitycznego bóstwa. "Io Zagreus!" Przybywaj Dionizosie! Dopiero teraz możemy wracać do Polski. Dopiero teraz spełniły się oba nasze marzenia.

A za jakiś czas, gdy za oknem autobusy zaczną rozjeżdżać topniejący śnieg, na naszym stole przycupnie Querciabella Chianti Classico 2001. Kieliszki z cienkiego kryształowego szkła cierpliwie czekać będą na umówiony sygnał. Będzie co wspominać, będzie o czym marzyć!