Nepal. Kraj dla spragnionych spontaniczności i przygody

Większości z nas Nepal kojarzy się z Himalajami. I słusznie. Jednak w okolice najwyższych szczytów świata turystów przyciągają również wiekowe świątynie, nieprzebyta dżungla oraz tworzące kulturowo-religijny tygiel grupy etniczne. I nieważne, na jak długo tu przyjedziemy - i tak skończymy z niedosytem, że nie wszystko zdążyliśmy zobaczyć.
Pierwsze słowo, którego nauczymy się w Nepalu, będzie lokalnym powitaniem. Śpiewne namaste rozlega się dosłownie na każdym kroku, a towarzyszący mu szczery uśmiech sprawia, że nie sposób Nepalczyków nie polubić. Tyle że "Nepalczyk" to określenie dość ogólne, bo w państwie liczącym 30 mln obywateli występuje ponad 100 grup etnicznych. W rejonie Mount Everestu zamieszkują Szerpowie, w Kotlinie Katmandu - Newarowie, na nizinach Teraju - Tharu, a koło Pokhary sporo jest Gurungów. Przykłady można by mnożyć, ale najważniejsze jest to, że cała ta mozaika - mimo znaczących różnic - tworzy harmonijną całość. Wzajemną tolerancję widać także w kwestiach religii. Nikogo nie dziwi, że hindusi odwiedzają świątynie buddyjskie, a buddyści stawiają u siebie bóstwa z panteonu hinduizmu. Normalne jest też wspólne obchodzenie świąt, bo przecież trzeba korzystać z każdej okazji do radości i rodzinnych spotkań.

Tekst pochodzi z najnowszego numeru magazynu



Jest jednak temat, który czasem dzieli naród. To polityka. Najlepszym tego przykładem są spory o to, co było przyczyną masakry z 1 czerwca 2001 r., kiedy to królewski syn zastrzelił ojca, matkę, brata, siostrę i kilka innych osób z rodziny, a na końcu śmiertelnie ranił siebie (w sumie zginęło 10 osób). W kraju, w którym ludzie wydają się być pozbawieni agresji, był to szok. Jedni w masakrze widzieli zamach sprowokowany przez maoistów, inni bunt pijanego młodzieńca, któremu matka nie chciała dać zgody na ślub, grożąc, że jeśli syn popełni mezalians, pozbawi go praw do tronu. Jak było naprawdę, nie sposób dziś dociec, ale dzień tragedii stanowił wyraźny początek końca panującej od 1769 r. królewskiej dynastii Shah.

Ostatecznie monarchię zniesiono w 2008 r., a rządy objęli reprezentujący komunistyczne poglądy maoiści. Część narodu ich popiera, inni tęsknią za monarchią, a tymczasem kraj trwa w gospodarczym kryzysie. Na szczęście na turystykę większego wpływu to nie ma, bo przedsiębiorczy Nepalczycy robią wszystko, aby zagraniczni przybysze czuli się u nich dobrze. A że czasem, nawet w stolicy, nie ma prądu? No cóż, część turystów nawet tego nie zauważa, bo w hotelach sytuację ratują generatory.

Mieszkańcy Panauti/ Fot. Shutterstock

Nepal. Każdy dzień to przygoda

Mimo że turystów w Nepalu jest mnóstwo, nie ma tu wrażenia komercyjnej masówki. Tutejsza egzotyka jest zupełnie naturalna, codzienność przesiąknięta tradycją, miejscowi za zdjęcia nie żądają pieniędzy (wyjątkiem są sadhu - hinduscy asceci), a obcokrajowiec wciąż czuje się gościem, nie intruzem. W przeciwieństwie do sąsiednich Indii, gdzie zmorą są żebracy, w Nepalu nie ma z nimi problemu (żebracy się zdarzają, ale nie są przesadnie nachalni), oszustwa czy bazujące na naiwności naciąganie też nie są czymś powszechnym. I ogólnie jest raczej bezpiecznie - owszem, swoich rzeczy należy pilnować (zresztą jak wszędzie), jednak poważniejszych przestępstw raczej nie ma, a spacerować można nawet w środku nocy.

Jedyny problem w podróżach po kraju to drogi. Ich kiepski stan i słaba sieć sprawiają, że doprawdy trudno kalkulować, ile czasu zajmie dojazd. Przejechanie 180 km do Katmandu (drogą dojazdową do stolicy) zabrało mi kiedyś dziewięć długich godzin, spędzonych w trzy osoby na dwóch wąskich, popsutych siedzeniach. Z drugiej strony taka jazda lokalnymi autobusami sama w sobie może być ciekawa. Kto tęskni za klimatyzacją, może wejść na dach, nikogo nie dziwią przewożone na kolanach koguty, a o przypływ adrenaliny zadba kierowca, kiedy mijając się z innym pojazdem, będzie manewrował na skraju przepaści, przy której - rzecz jasna - nie ma żadnych barierek.

Jedno jest pewne - Nepal to kraj dla osób, które lubią przygodę i spontaniczność. Kto stawia na sterylną czystość i organizacyjny perfekcjonizm, lepiej niech od razu wybierze wakacje np. w Japonii. U stóp Himalajów z czystością bywa różnie, z warunkami higienicznymi czy standardem zamieszkania też (choć oczywiście znajdą się również luksusowe hotele, do których nie można mieć zastrzeżeń), a w przestrzeganie norm bezpieczeństwa nie ma co wnikać. Ale coś za coś. Z drugiej strony bowiem jest to jeden z najtańszych dla podróżników krajów świata. Barierę finansową może wprawdzie stanowić przelot, ale na podróżowanie na miejscu stać naprawdę każdego.

Ulice Kathmandu/ Fot. Shutterstock

Nepal. Biali mnisi, górskie sławy

A co mnie przyciąga do Nepalu? Przede wszystkim góry. Dla kogoś, kto lubi wspinaczkę albo trekkingi, Himalaje to marzenie. Ale już nawet w Katmandu, z którego gór zwykle nie widać (no chyba że trafimy na rzadko zdarzający się dzień bez smogu), wyczuwa się górską atmosferę. To właśnie w tym mieście zaczynają się wszystkie himalajskie wyprawy, bo przecież trzeba załatwić zezwolenia, kupić prowiant, uzupełnić sprzęt. Wieczorami podróżniczo-górska brać spotyka się w dzielnicy Thamel (pełno tu tanich hoteli i sklepów ze sprzętem górskim), aby w którejś z licznych knajpek spotkać się ze znajomymi. Jesteśmy sami? To nic, w hotelu czy na trekkingu na pewno poznamy mnóstwo osób, bo Nepal w magiczny sposób integruje. A przy odrobinie szczęścia można natknąć się na prawdziwe górskie sławy. "Ale ten facet podobny do Messnera" - usłyszałam kiedyś. Tylko że to rzeczywiście był Reinhold Messner, który w 1986 r. został pierwszym zdobywcą wszystkich ośmiotysięczników, a w 1978 r. jako pierwszy wszedł na Everest bez wspomagania się dodatkowym tlenem (razem z Peterem Habelerem).

To, co podróżnicy lubią w Nepalu, to jego "swojski klimat", w którym wszyscy czują się jak jedna rodzina. Nieważne, kto ile ma lat i kim jest u siebie w kraju - każdy rozmawia z każdym, a w ubiorze dominuje swoisty hippisowski lub turystyczny luz. Nie brak takich, którzy przyjeżdżają tu na dłużej, by oderwać się od dotychczasowej rzeczywistości albo szukać nowej drogi życia. Sporo jest też wolontariuszy (pracują głównie w prowincjonalnych szkołach czy placówkach służby zdrowia), a nawet chętnych do medytacji w buddyjskich klasztorach (rzucają się w oczy, bo trudno nie zwrócić uwagi na odzianego w mnisie szaty "białasa" z wygoloną głową).

Inna sprawa, że nawet jeśli nie mamy skłonności medytacyjnych i nie interesują nas obce religie, warto do buddyjskiego klasztoru zajrzeć. To doskonały sposób na wyciszenie się i nabranie dystansu do wielu spraw. Nepal sprzyja podróży w głąb siebie i może dlatego tak wiele osób do niego wraca. Poza tym ma naprawdę dużo do zaoferowania. Jedna podróż to tylko jego powierzchowne zaliczenie, dopiero przy kolejnych mamy szansę na prawdziwe poznanie.