"Spędzają tyle czasu w strasznych miejscach, że muszą odreagować". Jak wyglądają wycieczki grup żydowskich w Polsce? Opowiada przewodnik [ROZMOWA]

"Nie byłem na spotkaniu ze Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata, które nie skończyłoby się owacją na stojąco" - o tym, na czym polega specyfika pracy pilota grup żydowskich, jakie są powody złej reputacji tych grup oraz jak walczyć z uprzedzeniami, opowiada Jędrzej Wojciechowski, który od 4 latach pracuje jako przewodnik takich wycieczek.
Oprowadzasz wycieczki grup izraelskich po Warszawie

Jędrzej Wojciechowski: Nie tylko oprowadzam, nie tylko po Warszawie i nie tylko izraelskich. Jestem pilotem wycieczek, czyli opiekuję się grupą podczas całego jej pobytu w Polsce lub całego zorganizowanego pobytu (bo czasami grupy zaczynają w Polsce, a kończą za granicą i na odwrót). Nie są to wyłącznie grupy izraelskie, choć ja zajmuję się tylko tymi, które są zainteresowane szeroko pojętą tematyką żydowską.

Jako pilot mogę oprowadzać - robię to tam, gdzie jest to potrzebne: grupa chce, żeby im coś pokazać albo sam chcę ich czymś zainteresować. Ale praca pilota polega głównie na organizowaniu różnych spraw logistycznych: hoteli, kierowców, wstępów itd. Grup izraelskich nie oprowadzam, zawsze przyjeżdżają z własnym przewodnikiem. Grupy żydowskie spoza Izraela - amerykańskie, kanadyjskie, anglojęzyczne - tak.

Kim dokładnie są Twoi klienci?

- Są cztery typy grup, które wymagają różnej obsługi. Pierwsza to szkolna młodzież z Izraela. Zwykle mają 17-18 lat, są rok przed wojskiem, a wycieczka jest elementem ich systemu edukacyjnego.

Obowiązkowym?

- Nie, ale mocno propagowanym. Nie jestem w stanie powiedzieć, jaki procent izraelskich szkół wysyła grupy do Polski, w części przypadków ograniczeniem jest kwestia finansowa - taki wyjazd nie jest tani i nie wszyscy mogą sobie na niego pozwolić.

Druga grupa?

- To oficjalne wizyty służb izraelskich. Bardzo podobna w obsłudze. Na takich samych zasadach przyjeżdża policja i armia izraelska.

Trzecia...

- ...to grupy żydowskie spoza Izraela, zainteresowane historią Żydów na terenie Polski. Duża część ich programu zwiedzania dotyczy Holocaustu.

Czwarta grupa to coś zupełnie odrębnego: religijni Żydzi z Izraela i spoza tego państwa. Są zainteresowani wyłącznie wizytami w miejscach chasydzkich, związanych z historiami i miejscami pochówku cadyków. Czasem ich wizyta polega tylko na tym, że jeżdżą od cmentarza do cmentarza, by się pomodlić na konkretnych grobach. Nie obchodzi ich ani tematyka ogólnohistoryczna, ani Holocaust. Wiem trochę o historii chasydyzmu na terenie Polski, ale na pewno mniej niż oni sami, więc tu zwykle przewodzi rabin.

Wycieczka młodzieży Żydowskiej w Polsce/ Fot. Anna Bedyńska / AG

Niemal każdy z nas widział choć raz grupę Żydów na wycieczce w Polsce, ale pewnie niewielu umie powiedzieć na ich temat coś poza kilkoma stereotypowymi opiniami. Nie mają najlepszej reputacji: co jakiś czas pojawiają się w prasie teksty o demolowaniu hoteli, skandalicznym zachowaniu, złym nastawieniu. Jak to wygląda w rzeczywistości?

- Pierwsza sprawa to rozróżnienie grup izraelskich od żydowskich nieizraelskich. Bardzo wiele osób w ogóle nie widzi różnicy. Trzeba pamiętać, że grupa żydowska ze Stanów to w rzeczywistości grupa amerykańska. Jeżeli jest jakiś problem z zachowaniem, na ogół dotyczy on izraelskiej młodzieży, prawie nigdy nie są to grupy spoza Izraela. Moim zdaniem głównym powodem ich "dzikiego" zachowania jest to, że są puszczeni bez kontroli przez swoich opiekunów.

Dla wielu z nich jest to pierwszy wyjazd za granicę. Bo trzeba wiedzieć, że niełatwo wyjechać z Izraela do kraju ościennego, większość lotów z i do Izraela jest droga. Jest to więc pierwsza dalsza podróż, kiedy są puszczeni gdzieś przez rodziców. Dla tej młodzieży często są to takie jakby kolonie. Dodatkowo widzą dużo strasznych miejsc, przekazuje się im dużo ciężkich informacji, a potem muszą to odreagować.

Co na to ich opiekunowie?

- Niektórzy traktują przyjazd do Polski jak swoje własne wakacje, kontrolowanie grupy mało ich zajmuje. Chcą pójść na zakupy, przywieźć fajne buty. Wtedy może być problem, bo to nie jest moje zadanie pilnować, żeby dzieci się nie rozeszły. Nie jest to także zadanie przewodnika ani ochrony.

Nie wiem natomiast, na ile popuszczenie cugli jest celowym działaniem. Bo to może być też danie im szansy odreagowania. Te nastolatki tak dużo czasu spędzają w miejscach związanych z Zagładą, że nawet z mojej perspektywy jest to za wiele. Jeżeli przyjeżdża się na teren Majdanka i spędza tam cztery godziny, to po dwóch i pół, maksymalnie trzech, ich uwaga jest skupiona na wszystkim, tylko nie na tym, co mówi przewodnik.

Słyszą straszne historie.

- Potworne. Nic dziwnego, że potem potrzebują to jakoś odreagować. Poza tym każda młodzież na wyjeździe - amerykańska, izraelska i polska - jeśli nie czuje żadnych ograniczeń, będzie sprawdzać, jak bardzo może być bezczelna. Zanim ktoś ich - za przeproszeniem - nie opieprzy.

Jak wygląda przykładowa wycieczka?

- Najbardziej standardowy program mają grupy izraelskie. Szkoły zwykle przyjeżdżają na siedem dni, służby mundurowe - na pięć, żeby nie spędzać szabatu w Polsce. Przylatują w niedzielę i wylatują w czwartek. Zwykle zaczynają od Warszawy. Żydowskiej, której na dobrą sprawę dzisiaj już nie ma. Obchodzą tereny dawnego getta, czasami jest wizyta w synagodze. Nocują w Warszawie i potem zwykle jadą do Tykocina i Łopuchowa. W tym ostatnim idą do lasu, miejsca egzekucji wszystkich tykocińskich Żydów. Tykocin jest pokazywany jako typowy sztetl, czyli przedwojenne polsko-żydowskie miasteczko. Znajduje się tu też jedna z najpiękniej zachowanych synagog.

Do Warszawy wracamy przez Treblinkę, zwiedzamy miejsce dawnego obozu. Później do Lublina, gdzie grupy szkolne nocują, a służby, niestety, nie. Niestety, bo bez noclegu ten dzień robi się naprawdę długi. W Lublinie zazwyczaj zwiedzamy jesziwę, szkołę rabinacką, w której dzisiaj znajduje się hotel, czasem cmentarze. Punktem obowiązkowym jest Majdanek.

Ci, którzy zostali w Lublinie, następnego dnia jadą do Krakowa, czasami przez Leżajsk, bardzo często przez Tarnów i Zbylitowską Górę. W Tarnowie, gdzie niegdyś żyła duża mniejszość żydowska, jest zachowana bima po synagodze. Zbylitowska Góra to dzisiejsze przedmieścia Tarnowa, dawne miejsce egzekucji społeczności tarnowskiej.

Stamtąd jadą do Krakowa. Czasem ogląda się inne miejsca, np. jeżeli grupa jedzie do Leżajska, to będzie w Łańcucie, gdzie też zachowała się synagoga, jeśli w Tarnowie, to też w Dąbrowie Tarnowskiej (kolejna synagoga).

Słowem, różnie to bywa, ale na ogół są trzy punkty: nocleg w Warszawie, Lublinie i Krakowie z przejazdami między tymi miastami. Czasami jedzie się przez Kielce i wtedy zwiedza się cmentarz i planty, miejsce pogromu kieleckiego. Stamtąd już prosto do Krakowa. Tam zwiedza się sam Kraków, oczywiście Kazimierz i jest nocleg. Następnego dnia wyjazd do Auschwitz. Zaskakująco dużo grup jedzie do Wieliczki, czasami do Zakopanego, gdzie spędzają dwie godziny na Krupówkach i wracają. Trochę bez sensu, ale jeśli grupa chce, to jedzie. Wycieczka kończy się w Krakowie lub w Katowicach. Czasem odwrotnie - zaczyna się w Krakowie, a kończy w Warszawie.


Wycieczka młodzieży Żydowskiej w Polsce/ Fot. Anna Bedyńska / AG

Czy plan wycieczki jest założony z góry?

- Zwykle jest wypracowywany pomiędzy przedstawicielami szkoły a przewodnikiem. Przewodnik jest dobierany do grupy z dużym wyprzedzeniem i zazwyczaj spotyka się z nią jeszcze zanim wyjedzie z Izraela. Wiele z tych grup jest wspieranych finansowo przez Ministerstwo Edukacji Izraela. Ministerstwo ma także bardzo duży wpływ na wygląd programu, więc często wskazują, że te i te miejsca muszą być odwiedzone albo np. każdego dnia ma być element z historii żydowskiej czy związanej z Holocaustem. Programy zawsze są ustalane przez tamtą stronę, prawie nigdy przez stronę polską. Ja jako pilot w ogóle nie zajmuję się przygotowywaniem grupy, tym zajmują się polskie biura turystyczne. Jestem wynajmowanym freelancerem. Polska strona ma wpływ na przebieg wycieczki tylko od strony logistycznej.

Myślisz, że to dobry program? Zmodyfikowałbyś go, gdybyś mógł?

- Tak, ale mam wrażenie, że zdecydowana większość grup by się na to nie zgodziła. Moim zdaniem nie ma potrzeby robienia długiego, szczegółowego zwiedzania zarówno Auschwitz, jak i Majdanka w trakcie tygodniowego pobytu. To, co działo się podczas II wojny światowej, jest istotną częścią historii Żydów w Polsce, ale wystarczyłoby jedno z tych miejsc. Posunąłbym się nawet o krok dalej: gdybym mógł zdecydować, zabrałbym grupę tylko do Majdanka. Uważam, że tam w o wiele większym stopniu można odczuć horror tego, co się wydarzyło.

Bardziej niż w Auschwitz?

- Auschwitz jest zatłoczone. W Auschwitz I z bramkami, przewodnikami, ze słuchawkami itd. człowiek czuje się po prostu jak w muzeum. Auschwitz II, czyli Birkenau jest bardzo zbliżone do Majdanka, natomiast znowu - jest tam bardzo wiele grup. Do Majdanka przyjeżdża dużo mniej osób i tam lepiej można odczuć i zrozumieć ten aspekt historii, np. przejść przez budynki komór gazowych i wejść do krematorium, które na terenie Birkenau jest zniszczone. Oczywiście, Auschwitz jest międzynarodowym symbolem Holocaustu i dlatego większość grup i indywidualnych klientów myśli o nim w pierwszej kolejności.

A odchodząc od tematyki Holocaustu?

- Kolejną rzeczą jest zbyt mały, moim zdaniem, nacisk na historię chasydyzmu w Polsce. Przy grupach niereligijnych, młodzieżowych często w ogóle nie porusza się tego wątku, a to bardzo ważny element historii judaizmu w Polsce. Chasydyzm rozkwitł na terenie naszego kraju, tutaj żyli różni cadykowie z różnymi podejściami do tego, czym jest chasydyzm i jak należy go traktować. To fragment historii, o którym większość obywateli Izraela nie ma zielonego pojęcia. A to istotny element historii żydów aszkenazyjskich, żyjących w Europie Środkowej i Wschodniej.

Wprowadziłbym także spotkania ze społecznościami żydowskimi żyjącymi w Polsce. Odwiedzające Polskę grupy żydowskie po tym, co tu widzą, nie wyobrażają sobie życia w tym kraju. A okazuje się, że członkowie tych społeczności wcale nie chcieliby żyć gdzie indziej, uważają się za Polaków. Myślę, że to też dałoby im do myślenia, w kontekście smutnej historii, której elementy przyswajają przez cały pobyt.

Mają uprzedzenia przyjeżdżając tutaj?

- Trudno powiedzieć, bo uprzedzenia to coś, co manifestuje się pewnego rodzaju dystansem. Jeżeli ktoś jest do kogoś uprzedzony, to po prostu nie będzie z nim rozmawiał. W związku z tym, jeżeli mam w grupie osobę z uprzedzeniami, to nie zawsze o tym wiem, ponieważ ta osoba nie będzie próbowała nawiązać ze mną jakiegokolwiek kontaktu. Parę razy miałem takie odczucie, że jest dziwna atmosfera, ale temat nigdy nie został poruszony. Nie mam pewności czy tak było, czy to po prostu różnice kulturowe.

Nie rozmawia się o tym?

- Czasami temat uprzedzeń w relacjach polsko-żydowskich jest poruszany bardzo otwarcie i to mnie cieszy. O tym należy rozmawiać, w Polsce i w Izraelu. Spotykałem się też z osobami, które mówiły, że nie są w stanie być pozytywnie nastawione do Polski jako do kraju, ponieważ słyszały bardzo ciężkie historie od swoich rodziców, którzy byli przez Polaków krzywdzeni podczas wojny. Jest faktem, że część Polaków zachowywała się wtedy wobec Żydów strasznie i jeżeli czyjaś rodzina została bardzo skrzywdzona, to rozumiem takie uprzedzenia. Mam jedynie nadzieję - i staram się z nimi o tym rozmawiać - że kontakt, wzajemna obserwacja, rozmowy i przebywanie razem pomoże im uświadomić sobie, że nie wszyscy ludzie są tacy sami, a rzeczy potrafią się zmieniać. Wtedy uprzedzenia nie będą przechodzić z pokolenia na pokolenie.

Zdarza się, że sam nie oprowadzasz, ale słyszysz, co mówi izraelski przewodnik i się z nim nie zgadzasz?

- W przypadku trzeciego rodzaju grup - Żydów spoza Izraela - zazwyczaj jestem jedynym przewodnikiem i jednocześnie opiekunem grupy, wtedy robię całe zwiedzanie sam. Częściej jednak do grupy przypisany jest przewodnik, który oprowadza w języku angielskim i wtedy zwiedzanie robimy razem. Przewodnik będzie mówił o jednym, ja o drugim, uzupełniamy się.

Zazwyczaj się zgadzamy. A jeśli nie, to nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby był z tym jakiś problem - rozmawiamy wtedy kulturalnie, a nawet przedstawiamy różne punkty widzenia grupie, która może to sobie przedyskutować we własnym gronie.

Co jest jeszcze specyficznego w oprowadzaniu grup żydowskich i izraelskich?

- Jednym z podstawowych obowiązków pilota jest wiedzieć, jak dojechać do miejsc, które ma odwiedzić grupa. Biuro, które mnie wynajmuje, dobiera kierowców i zazwyczaj trafiam na takich, którzy bardzo dobrze znają Polskę. Gdyby jednak czegoś nie wiedzieli, to ja muszę się orientować, gdzie dokładnie znajduje się dane miejsce, do kogo należy zadzwonić, kto ma klucz, w jakich godzinach jest otwarte muzeum. Pilot grup żydowskich musi wiedzieć, gdzie jest zapomniana mogiła w lesie, zrujnowany cmentarz, na którym rogu znajduje się synagoga i kto ją otwiera.

Kolejną specyficzną sprawą jest świadomość, że przy grupie jest ochrona. Grupy młodzieży izraelskiej czy też służb izraelskich często jeżdżą z ochroniarzami, pozostałe czasami wynajmują lokalnego polskiego ochroniarza. To dosyć istotne, ponieważ - nie oszukujmy się - przy innych grupach nie ma ochroniarzy. Dlatego pilot powinien umieć współpracować, informować, gdzie w danym momencie jedziemy, ile czasu nam to zajmie, co będziemy tam robić i mieć świadomość, że czasami ochroniarz może powiedzieć, że nie wyraża zgody, żeby gdzieś pojechać, bo np. nie chce żeby grupa była w lesie po zmierzchu.

Zdarzyło się kiedyś, żeby ochroniarze okazali się potrzebni?

- Nie w mojej karierze. Słyszałem o paru przypadkach, ale nie były to poważne incydenty: gdzieś tam podpity obywatel zatoczył się w stronę grupy i coś w jej stronę krzyknął. Słyszałem o jednej sytuacji, kiedy zebrała się większa grupka chuliganów, kilka lub kilkanaście osób, która rzucała wyzwiskami w stronę grupy. Ale ja sam nie spotkałem się z sytuacją, kiedy reakcja ochroniarza byłaby konieczna.

Wspomniałeś o szabacie.

- Tak. Grupy służb nie spędzają szabatu w Polsce, grupy szkolne zazwyczaj tak. Szabat wypada na początku albo - częściej - na końcu wyjazdu. Jeżeli chodzi o grupy młodzieżowe, to zaczynają wycieczkę w poniedziałek i kończą w niedzielę lub poniedziałek. Czyli jeżeli zaczynają od Warszawy, to szabat wypada w Krakowie i na odwrót.

Jak obchodzą szabat na wyjeździe?

- To zależy, czy grupa jest religijna, czy przestrzega wszystkich zasad i ograniczeń związanych z szabatem. Są grupy, dla których to bardzo ważne. Te po kolacji szabatowej w piątek wieczorem nie mogą już korzystać z ani autokaru, ani z żadnych innych urządzeń. Kolacja jest więc w hotelu albo blisko hotelu, żeby nie trzeba było daleko iść pieszo. Cały następny dzień spędzają bez autokaru, najczęściej zwiedzają pieszo. Bywa, że grupa jest bardzo religijna - taka w ogóle nie zwiedza, cały dzień spędza w hotelu.

Dalej są grupy niezbyt religijne i mam wrażenie, że to zdecydowana większość grup szkolnych. Rodziny tych nastolatków nie są religijne, ich nauczyciele też nie, ale mają przykazane być religijni na wyjeździe i tego szabatu przestrzegać. Odnoszę wrażenie, że często mało ich to wszystko obchodzi. W domu robiliby cokolwiek, grali na komputerze albo szli na imprezę. Ponieważ są tutaj ze szkołą, a w grupie mogą być jakieś osoby religijne, które mogłyby czuć się wyobcowane, muszą zachowywać się tak, jakby byli religijni.

Są też grupy, które są całkowicie niereligijne i to, czy jest szabat, czy nie, nie ma żadnego wpływu na ich zwiedzanie. Raz miałem grupę, która była wręcz antyreligijna. To była grupa izraelskich skautów, największe zrzeszenie izraelskich harcerzy, trochę socjalizujące.

Czyli niereligijne z założenia.

- Tak, do tego stopnia, że jak byliśmy w Tykocinie, gdzie synagoga jest naprawdę przepiękna, jeden z opiekunów starszych harcerzy powiedział, że on tam nie wejdzie, bo to synagoga. Więc takie jednostki też się zdarzają.

Paradoksalnie, ta luźniejsza sobota staje się dniem najmniej "żydowskim". Jeżeli jesteśmy w Krakowie, to idziemy na stare miasto, przejdziemy się przez Wawel. Jak jesteśmy w Warszawie, to czasem idziemy na spacer po miejscach żydowskich, na Starówkę albo przejść się Nowym Światem.

Wycieczka młodzieży Żydowskiej w Polsce/ Fot. Anna Bedyńska / AG

Jak to się stało, że zająłeś się w ogóle tematyką żydowską?

- To było dosyć proste i oczywiste, chociaż długo mi zajęło, żeby na to wpaść. Tradycja rodzinna. Mój ojciec jest pilotem wycieczek od bardzo dawna. Zajął się tym zaraz po swoich studiach. Z grupami żydowskimi zaczął jeździć pod koniec lat 80., bo po prostu takie mu wpadły. Najpierw to raczej oni oprowadzali jego i tak wpadł po uszy: odkrył, że w Polsce jest wiele miejsc i historii z Żydami powiązanych, o których nie ma zielonego miejsca. Zaczął dużo czytać, zbierać materiały i kontakt się rozwinął. Klienci zobaczyli, że mój ojciec się tym interesuje, podsuwali sobie wzajemnie namiary na niego i w tej chwili pracuje już tylko z grupami żydowskimi.

Ojciec swoje zainteresowanie kulturą żydowską i historią Żydów w Polsce przynosił do domu. Opowiadał, co to nowego odkrył, czego się dowiedział. Więc temat był u nas od zawsze i mnie też interesował. Na początku nie tak bardzo jak mojego ojca, bo byłem wtedy dzieciakiem i miałem różne inne zainteresowania, powiedzmy, mało historyczne. Dużo o tym wiedziałem, rozmawiałem o tym z tatą, ale nie myślałem, żeby robić dokładnie to, co on. Dopiero w pewnym momencie się zorientowałem, że właściwie to czemu nie. Miałem już sporą wiedzę na ten temat i dostęp do wielu źródeł. Jedyne, do czego nie byłem przekonany, to czy potrafię pracować z ludźmi (śmiech). Nie byłem pewien czy się do tego nadaję, ale wygląda, że jednak tak.

Masz dużą konkurencję?

- Rynek obsługi turystycznej grup żydowskich w Polsce to dość zamknięta sfera. Jest parę polskich firm, które na ogół pracują z jednym albo kilkoma zagranicznymi kontrahentami. Jest też pewna liczba biur, które mają ograniczoną liczbę pilotów. Trzeba znać specyfikę pracy z takimi grupami i miejsca, do których się jedzie. Większość pilotów, którzy obsługują grupy nieżydowskie przyjazdowe w Polsce, nie jeździ tam, gdzie my.

Czujesz jakąś misję w związku ze swoją pracą?

- Tak, z dwóch powodów. Pierwszy to sam fakt przekazywania innym wiedzy na temat historii i kultury Żydów oraz Holocaustu na terenie Polski. Uważam, że to bardzo istotny element historii ludzkości. Uniwersalna lekcja o nas jako o ludziach i tym, do czego jesteśmy zdolni w różnych okolicznościach.

Drugi powód to kwestia odbudowywania mostów. Nie łudzę się, że każdy, z kim rozmawiam, zmieni swoje podejście, że będzie chciał wracać do tematu po powrocie do domu. Ale nawet jeśli część się zawaha i zacznie się zastanawiać nad swoimi własnymi przekonaniami, to już jest coś.

Jakie sytuacje dały Ci wyjątkową satysfakcję?

- Największą satysfakcję czerpię z bycia przewodnikiem, kiedy mam możliwość rozmowy i widzę zainteresowanie grupy. Opowiadam o historii II wojny światowej również od strony polskiej i różnych aspektów relacji polsko-żydowskich - przed wojną, w trakcie wojny, po i dzisiaj. Uważam, że im więcej się dowiedzą, tym mniej stereotypowo będą myśleć.

Istotnym elementem mojej pracy są spotkania z ludźmi. Nie mówię tylko o klientach. Spotykam się z osobami, które przeżyli Holocaust - urodziły się w Polsce albo zostały tutaj przewiezione w czasie wojny. To duży zaszczyt móc z nimi rozmawiać.

Mam również okazję spotykać się z Polakami, którzy ratowali Żydów. To też jest element programu, zwłaszcza przy grupach izraelskich. Dla nich to bardzo ważne, móc się spotkać z kimś, komu został nadany tytuł Sprawiedliwego/Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata. Często przy takich grupach jestem tłumaczem z polskiego na angielski.

Rozmowa z nimi to zaszczyt, bo to, co ci ludzie robili podczas wojny, to rzecz wyjątkowa i można się od nich sporo nauczyć na temat podejścia do drugiego człowieka. Wiem, że gdyby nie moja praca, nie miałbym takiej szansy. Polskie szkoły nie robią tego typu spotkań. Abstrahując od tematu, polskie szkoły w ogóle robią za mało spotkań z kimkolwiek, a jeśli już, to będzie to raczej powstaniec. Sprawiedliwi są często zapomniani przez nasze polskie społeczeństwo.

Jak wyglądają te spotkania?

- Zazwyczaj odbywają się w dużej wynajętej sali, a ci ludzie - teraz już osoby bardzo wiekowe - opowiadają swoją historię: co robili w czasie wojny, dlaczego dostali ten order. Nie byłem na spotkaniu ze Sprawiedliwą/Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata, które nie skończyłoby się owacją na stojąco. To, jakie podejście mają grupy do Sprawiedliwych, jest naprawdę wyjątkowe. Cieszy mnie, że ktoś ich docenia i boli, że w Polsce nie są wystarczająco uznani.

Teraz mówi się głównie o Powstaniu.

- Tak i często nawet sąsiedzi tych osób nie wiedzą. Czasami sami Sprawiedliwi nie chcą, żeby wiedzieli.

Dwa lata temu miałem wyjątkową okazję współpracy z pewną amerykańską rodziną. To byli klienci indywidualni. Trzypokoleniowa rodzina: starsza pani, która urodziła się w Polsce, jej córka, urodzona już w Stanach, jej mąż i ich dwójka dzieci. Dla starszej pani była to pierwsza wizyta w Polsce od 1945 roku. Przyjechali na 10 dni zwiedzić Polskę, jeździliśmy samochodem po całym kraju, odwiedzaliśmy miejsca zarówno żydowskie, jak i nieżydowskie. Najważniejszym elementem wycieczki było nawiązanie kontaktu z córką chłopów, którzy uratowali panią i jeszcze kilkanaście osób w czasie wojny. Malutka wieś pod Rzeszowem, ukrywali się na strychu. Udało nam się spotkać z córką tych chłopów.

Przykry element tej historii jest taki, że córki były dwie, ale ta druga w ogóle nie chciała rozmawiać.

Jaki był powód?

Taki, że długo po wojnie nikt we wsi nie wiedział, że jacyś Żydzi w ogóle byli tam przechowywani. Ta rodzina z nikim o tym nie rozmawiała, nawet po wojnie.

Czasami proces nadania tytułu Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata jest bardzo długi i trudny - trwa dochodzenie, czy rzeczywiście taka historia miała miejsce, w jakich warunkach byli przechowywani Żydzi, czy rodzina nie dostała za to żadnego wynagrodzenia (wtedy nie zasługiwałaby na tytuł). To potrafi trwać lata, a nawet dekady.

W przypadku tej rodziny dopiero parę miesięcy przed naszym przyjazdem tytuł został nadany pośmiertnie małżeństwu i ich dwóm córkom. Odbyła się mała uroczystość na rynku w Przeworsku, najbliższej większej miejscowości. I dopiero wtedy mieszkańcy wsi się o tym dowiedzieli. I część z nich przestała się odzywać do sióstr. Część starych znajomych zamknęła przed nimi drzwi. Kobieta, która się z nami spotkała, stwierdziła, że się tym nie przejmuje, wie, co zrobili jej rodzice i jest z tego bardzo dumna. Natomiast dla tej drugiej pani było bardzo istotne - co jest też bardzo ludzkie - jak ją postrzega otoczenie i jak ją potraktowała część lokalnej społeczności. Poczuła się odrzucona i odepchnięta. Obawiała się, że gdyby rozeszło się po wsi, że przyjechali jacyś Żydzi i ona się z nimi spotkała, to jeszcze bardziej pogłębiłaby się przepaść między nią a resztą mieszkańców.

To było bardzo budujące przeżycie - móc zaaranżować i uczestniczyć w spotkaniu między osobą, która przyjeżdża tu pierwszy raz od 45. roku i osobą, która uczestniczyła w jej ratowaniu i miała jakieś wspomnienia z tamtego czasu. Bardzo wzruszające, ale jednocześnie - ze względu na reakcję lokalnej społeczności - pozostawiło gorzki posmak.

***

Jędrzej Wojciechowski. Urodzony w 1983 roku, od 4 latach pracuje jako pilot wycieczek. Obok historii Żydów w Polsce pasjonuje się także grami planszowymi i komiksami superbohaterskimi.