Mam tysiąc złotych w portfelu. I jadę do Czech [MORAWY POŁUDNIOWE KROK PO KROKU]

- Byłaś w Egipcie? Miałaś jechać do Czech - zapytała koleżanka, wpatrując się w moje ciemnobrązowe ręce i nogi. - Jeździłam rowerem po Palavie - odpowiedziałam, ale doskonale rozumiem jej zdziwienie. Bo to przecież "tylko" wakacje w Czechach. A Czechy są takie jak Polska - sama tak myślałam przed wyjazdem. Ale 300 kilometrów na zachód od Bielska-Białej zafundowałam sobie prawdziwą czeską Chorwację. I to za tysiąc złotych.
Dzień pierwszy: Bielsko-Biała, Ołomuniec

Zawsze chętnie odwiedzam Bielsko-Białą. Uwielbiam tutejszą starówkę i to, że najlepsze knajpy są skupione w jednym miejscu - nie trzeba pielgrzymować przez pół miasta od jednej do drugiej, jak np. w stolicy. Poza tym jest bajecznie położona między szczytami Beskidu Śląskiego, a kilka razy miałam okazję spać u stóp samej Szyndzielni. Ale dziś nie Bielsko-Biała jest celem - stąd jadę do Ołomuńca, historycznej stolicy Moraw. Podobno to jedno z najbardziej urokliwych czeskich miast, przekonajmy się.

Jadę! Z Bielska-Białej do Cieszyna, gdzie zaczynam swoją kilkudniową czeską przygodę, najlepiej pojechać prywatnym busem. Odjazd średnio co godzinę z ulicy Piłsudskiego w pobliżu Sfery, największego centrum handlowego w okolicy, albo z ulicy Warszawskiej. Nieco ponad pół godziny później jestem na ulicy Hajduka w Cieszynie. Stamtąd idę do Czech. Mijam rynek i przeprawiam się przez Olzę. Witajcie Morawy! Trzy, cztery razy dziennie ze stacji Czeski Cieszyn odjeżdża bezpośredni pociąg do Ołomuńca (po 11.00, 15.00, 17.00 i w nocy). Żeby to sprawdzić, wchodzę na stronę z rozkładami jazdy czeskich vlaków (pociągów) i autobusów, którą polecają sobie użytkownicy na jednym z forów turystycznych: www.jizdnirady.idnes.cz. Wyszukiwarka jest genialna - dokładna i bardzo czytelna, ma też wersję anglojęzyczną. W dużym stopniu ułatwiła mi zwiedzanie Moraw, które przejechałam wzdłuż i wszerz - po raz pierwszy będąc na całkowicie samodzielnej wyprawie.

Czechy - zobacz je na zdjęciach [PRZEJDĆ DO GALERII]



Kiedy rozglądam się po przedziale pociągu jadącego w kierunku Ołomuńca, nie widzę większych różnic w standardzie między polskimi a czeskimi kolejami: przedział jest ośmioosobowy, ma miękkie siedzenia, a żeby otworzyć okno, trzeba się mocno napiąć. Tylko cena biletu jest inna, bardziej atrakcyjna: za 140 kilometrów płacę 100 kc, czyli 16 zł (wg kursu NBP z dnia 31 lipca 1 korona czeska kosztuje 0,16 zł). Później jeszcze wielokrotnie przekonam się, że jeżdżenie po Czechach jest łatwe i przyjemne, a połączenia są doskonale skomunikowane. Czasami na przesiadkę mam tylko 5 minut. I choć poruszam się po dworcach kolejowych i autobusowych, na których nigdy wcześniej nie byłam, zawsze zdążam na czas. Panie w kasach są życzliwe, rozkłady czytelne, a jeżeli nie mam czasu wejść do budynku, pytam zawsze pomocnych konduktorów. Za to polubiłam Czechów, o których wcześniej słyszałam tylko tyle, że nie lubią Polaków. Są otwarci i przyjaźnie nastawieni, a kiedy, tradycyjnie, zaczynam zdanie od: "Do you speak english", z uśmiechem odpowiadają: "po polsku, po polsku".

Po drugiej stronie Karpat ani kropli deszczu. Termometr na stacji kolejowej w Ołomuńcu pokazuje 27 stopnic C, w Mikulovie o tej porze jest jeszcze cieplej.



Panorama Ołomuńca - CC BY, fot. neiljohnford, Flickr.com

W Ołomuńcu trafiam na nowoczesny miejski dworzec, który odrobinę przypomina mi Plac Grunwaldzki we Wrocławiu. Na peronie jest kilka stanowisk autobusów i tramwajów, nad którymi wiszą rozkłady jazdy. Wszystko wygląda świetnie, ale po pierwsze: jestem tutaj sama, po drugie: po raz pierwszy w życiu, po trzecie: o moim hotelu wiem tylko tyle, że jest na ulicy Dvorakovej. Swoje pierwsze kroki zawsze będę kierować w stronę planu miasta, który w Czechach można znaleźć niemal na każdym większym dworcu. Mechanicznie skanuję mapę Ołomuńca, szukając nazwy. Jest! Ale na drugim końcu miasta. W samotnym podróżowaniu trzeba liczyć na więcej szczęścia niż kiedy jeździ się we dwoje. Mnie ono dopisało, gdy na pierwszej lepszej tablicy rozkładów jazdy trafiłam na tramwaj numer 12 - w kierunku Dvorakovej. Drugi koniec miasta dzieli od dworca tylko 10 minut jazdy - to cztery zastavki, czyli przystanki.



"Zastavka", "vlak" i "nadrazi" stały się dla mnie słowami kluczowymi, odkąd wyrazy "pociąg" i "dworzec" wywołały grymas na twarzy mojego pierwszego rozmówcy. "Zastavka" pomaga mi sprawnie poruszać się komunikacją miejską, kolejne dwa rozwiązują problem znalezienia właściwego POCIĄGU na DWORCU KOLEJOWYM.

Z łatwością odnajduję miły pensjonat, którego właściciel zapomniał o mnie i wyjechał na wakacje. Cóż, szło mi za dobrze - pomyślałam jak zawsze kiedy coś nie idzie mi zgodnie z planem, ale zrobiłam to trochę za szybko. Jego syn ugościł mnie jak należy. Dom gościnny mieści się w dzielnicy willowej, jakieś 10 minut spacerem od ołomunieckiego rynku. Dwuosobowy pokój z łazienką, telewizorem i wi-fi kosztował mnie około stu złotych za noc.

Ołomuniec zasypia po 20.00 mimo, że są wakacje. To miasto-perełka. Czyste i kolorowe, jak ze zdjęcia, które oglądałam przed wyjazdem. Na rynku dominuje ratusz z fantastycznym zegarem naściennym z 1519 roku i zjawiskowa monumentalna Kolumna Trójcy Przenajświętszej, w 2001 roku dopisana do listy UNESCO. Do rynku prowadzą wąskie uliczki, a przechadzając się nimi najczęściej mija się kościoły. Wizytówką miasta jest majestatyczna Katedra św. Wacława, ale kiedy przychodzę do niej wieczorem, jest zamknięta. Z zewnątrz robi na mnie ogromne wrażenie. Całe miasteczko można zobaczyć w 2 godziny z przerwą na kolację w ogródku w rynku. Dookoła ratusza stoją piękne kamienice, które lepiej zobaczyć w ciągu dnia, bo nocą są słabo oświetlone. Minutę drogi dalej znajduje się drugi, mniejszy rynek. W domu na rogu mieszkał kiedyś mały Mozart, ale żeby go odnaleźć, trzeba zajrzeć do przewodnika. To tyle. Rano jadę do Brna.



Wieża kościelna. Brno - fot. AJ

Wskazówka: Pierwszego dnia wycieczki lepiej od razu pojechać do Brna. To znakomita oszczędność czasu, biorąc pod uwagę fakt, że dotarcie do Morawskiego Krasu wcale nie jest takie łatwe jak wynika z mapy.

Dzień drugi: Brno, Morawski Kras

Jadę! Rano mam kłopoty. 12-tka jedzie z dworca na Dvorakovą, ale z Dvorakovej na dworzec już nie. Za 45 minut odjeżdża mój pociąg do Brna, a z drogi, którą autobus pokonał wczoraj w 10 minut, robi się godzina energicznego marszu obwodnicą Ołomuńca. Skręcam do centrum, gdzie zaczepione przeze mnie na przystanku miłe panie usiłują znaleźć dla mnie najlepsze rozwiązanie. Wynajdują mi nawet autobus do Brna za 100 kc (16 zł), czyli w cenie pociągu. Okazało się, że w takich sytuacjach wolę kontynuować swój plan, choćby nie szło mi jak z płatka, niż ryzykować nową opcję - jadę na dworzec przez centrum. W Ołomuńcu tramwaje jeżdżą rzadko, dlatego kiedy prawie godzinę później jestem o rzut kamieniem od mojego pociągu, teoretycznie ten właśnie odjeżdża. Czy mówiłam już, że w podróży liczy się szczęście? Spóźniony kilka minut pociąg do Brna czeka na peronie, a raczej stoi na nim jakiś pociąg, do którego odruchowo wsiadam, nie pytając dokąd jedzie. Na szczęście jadę do celu. Wychodzę na tym drożej niż myślałam, bo bilet kupiony u konduktora kosztuje prawie dwukrotną cenę (170 kc - 80 km)! Z powodu naprawy torów do miasta dojeżdżamy autobusem. Połączenie jest sprawne, a kontrolę na nim sprawują konduktorzy. Na miejscu szukam budki z informacją, gdzie pytam o Blansko, małe miasteczko niedaleko Morawskiego Krasu. Zostawiam Brno za sobą, zobaczę je wieczorem, i jadę na oddalony o kilka przystanków dworzec Zidenice, skąd w trzydzieści minut dojeżdżam do celu (koszt biletu: 5 zł, odległość: 30 km). Bilet podmiejski zawsze trzeba kasować na dworcu, gdzie znajdują się żółte kasowniki.

Na miejscu nie ma żadnej informacji o Morawskim Krasie. A podobno Blansko jest najlepszą bazą wypadową do Punkevni, największej czeskiej jaskini. Dwa kilometry dalej w centrum mieści się Centrum Informacji Turystycznej. Autobusów w kierunku grot jest jak na lekarstwo i jeżdżą rzadko. Dlatego wsiadam w cokolwiek w tamtą stronę (też jeździ rzadko!) i połowę trasy (ok. 3 km) do Skalnego Młynu pokonuję pieszo, napawając się widokami surowych skał i bujnych lasów.



Poniżej: Dno Przepaści Macocha - fot. AJ i Przepaść Macocha w całej swej okazałości - shutterstock





Morawski Kras to zespół 1600 jaskiń, z których do zwiedzania są udostępnione cztery. Najbardziej spektakularna jest jaskinia Punkevni, gdzie znajduje się słynna Przepaść Macocha. Jest głucha, olbrzymia, przerażająca i chłodna, ale właśnie za ten niesamowity klimat uwielbiam jaskinie. Chyba lubię się bać w stopniu, który mogę kontrolować. Przecież jest ze mną przewodnik, który albo stale krzyczy, żeby niczego nie dotykać, albo rozbawia turystów żartami, których tylko ja i dwóch Koreańczyków nie łapiemy w mig jak inni. ("Do you speak english" bywa moją deską ratunku). Przepaść Macocha to olbrzymia wyrwa w ziemi, którą ogranicza jaskinia Punkevni. Podobno w średniowieczu jakaś macocha zrzuciła w nią swojego pasierba. Ten przeżył i odwdzięczył się jej tym samym - skutecznie. Miejsce jest imponujące i czuję jak wgniata mnie w ziemię. Ogarniam je wzrokiem, ale muszę się przy tym nieźle nakręcić głową. Potem płyniemy łodzią wąską podziemną rzeką Punkevni. O mały włos, a Koreańczyk nabiłby sobie guza-giganta. Ściany jaskini są w tym miejscu niskie i przewodnik każe uważać na głowy. Wycieczka trwa godzinę. Oprócz Punkevni do zobaczenia są jeszcze trzy groty, które dzielą nieduże odległości, ale o 17:13 mam ostatni autobus dla Blanska. Łapię za frytki i colę, bo w pobliżu nie ma żadnej czeskiej knajpy, i tą samą drogą wracam do Brna.



Największa jaskinia w Czechach - Punkevni / fot. AJ

Z mapy miasta wynika, że hotel, który zarezerwowałam dzień wcześniej przez internet, leży 10 minut drogi tramwajem z dworca. Pytam Czechów o kierunek i znajduję właściwy numer. Bilet jest droższy niż w Warszawie: 35 kc (ok. 5,6 zł) za 15 minut, dla porównania w stolicy 20-minutowy bilet kosztuje 3,40 zł. Właścicielka daje mi pokój dwuosobowy z tarasem, wi-fi i wspólną łazienką (kosztuje 700 kc, czyli 112 zł).

Przejdź do galerii. Zobacz więcej zdjęć z Czech



Nie udało mi się zobaczyć dziś zamku Pernstejn, który leży we wsi Nedvedice niedaleko Blanska. Gdybym poruszała się samochodem, dojazd do niego zająłby mi niespełna godzinę, jednak podróżowanie pociągiem narzuca spore ograniczenia. Wycieczka do Nedvedic oznacza przesiadkę na stacji kolejowej w Brnie, czyli podróż naokoło, czego bardzo chciałam uniknąć. Poza tym tego dnia średniowieczny Pernstejn był zamknięty, co w jego przypadku zdarza się nawet w środku wakacji. To jeden z najlepiej zachowanych czeskich zamków. Czasami - i to "czasami" nastąpiło właśnie wtedy, kiedy planowałam go zobaczyć - służy za plener filmowy.

Moje zauroczenie Pragą skończyło się w Brnie, zwanym bramą Moraw Południowych. Rozkochały mnie zwłaszcza tutejsze kamienice. Brno jest miastem, po którym chodzi się z głową w górze - co jedna budowla, to piękniejsza. Zwiedzam je w dwie godziny, nie omijając głównej atrakcji: Katedry świętych Piotra i Pawła, która góruje nad miastem dwiema strzelistymi wieżami. Jest olbrzymia i zamknięta. Mam pecha do czeskich kościołów, ale wynagradza mi to sam widok fasady świątyni, która jest zachwycająca. Dlatego zatrzymuję się jeszcze w restauracji, skąd mogę ją podziwiać (koszt posiłku wyniósł mnie ok. 180 kc, czyli 28 zł, za zestaw: soczysty, delikatny kurczak z morawską kapustą i kndelikami).



Katedra św. Piotra i Pawła w Brnie - fot. AJ

Dzień trzeci: Mikulov, Znojmo

Nie udało mi się pojechać do Telcza, który wstępnie sobie zaplanowałam. Położone około stu kilometrów na zachód od Brna miasto warto zobaczyć ze względu na rynek, który otoczony jest bajecznymi kamienicami. Dojazd do niego bezpośrednim pociągiem trwa nie więcej niż dwie godziny, ale podróż stamtąd do Znojmo, które jest moim kolejnym celem, oznacza powrót do Brna albo wycieczkę z wieloma przesiadkami. Decyduję się jechać autobusem i po dwóch godzinach spaceruję uliczkami wspaniałego Mikulova, prawdziwej stolicy Moraw Południowych. Latem jest tu tłoczno, dlatego lepiej dużo wcześniej zarezerwować sobie hotel. Ja przyjeżdżam do Mikulova bez żadnej rezerwacji, z czym miałam problem poprzedniego dnia, i znalezienie pokoju za 400 kc za noc, czyli 64 zł, zajmuje mi nieco ponad godzinę. Ceny wahają się przeważnie od 500 do 700 kc od osoby za jedną noc.



Znojmo - fot. AJ

Na miejscu przekonuje się, że dwa dni w Mikulovie wykorzystam fantastyczne. Ale nim rozsiądę się w jednej z tutejszych winiarni, wsiadam w pociąg i godzinę później jestem w Znojmo. Niewiele wiem na temat miasta, bo w przewodniku są tylko krótkie wzmianki na jego temat. Zresztą, do Znojmo przywiała mnie głównie chęć zobaczenia Parku Narodowego Podyji. Znojmo przypomina mi Smolan, górski kurort w bułgarskich Rodopach, który, tak jak ono, usadowiło się na zboczach wzgórza nad rzeką. To Dyja, najdłuższy prawy dopływ Morawy. Leży na granicy Czech i Austrii, gdzie chronią ją dwa parki narodowe. Malowniczy kanion Dyi ma długość czterdziestu kilometrów i prowadzi wzdłuż niego kilka szlaków turystycznych. Poznałam fragment żółtego, który okazał się nieco monotonny. Samo Znojmo jest ładne i przyjemne, ale wykańcza mnie szukanie dobrej czeskiej restauracji. Ostatecznie idę na łatwiznę i ląduję w rynku. Smażony ser w zestawie z piwem kosztuje tu ok. 230 kc (37 zł), jak na czeski ser - drogo!

Wieczorem wracam do Mikulova, gdzie o tej porze do knajp wylegają turyści. Spacerują też wokół monumentalnego zamku, który jest wizytówką miasta i całej Palavy. W otoczonym bajecznymi kamienicami ogródku restauracji piją wino Polacy, którzy porównują Mikulov do Kazimierza nad Wisłą. Mnie bardziej kojarzy się z winiarskimi miasteczkami nad Balatonem.

Dzień czwarty: Palava, Lednice-Valtice

Uwielbiam rower i pomysł, by zjeździć nim Palavę, zwaną "czeską krainą wina", okazuje się genialny. Wypożyczenie porządnego roweru górskiego na rynku w Mikulovie kosztuje 250 kc (40 zł) za cały dzień. Do przejechania mam trasę o długości ok. 50 kilometrów, pod warunkiem, że chcę zobaczyć tylko największe atrakcje tej części Moraw Południowych: liznąć atmosfery wiosek winiarskich, dosięgnąć wzrokiem ruiny zamków i zobaczyć z zewnątrz potężny kompleks pałacowy Lichtensteinów w Lednicach i Valticach. To opcja skrócona - kilkugodzinna.



Typowy krajobraz czeskiej Palavy - fot. AJ

Szlak czerwony prowadzi z centrum Mikulova przez winnice aż do ulicy w kierunku Dolnych Vestonic. Żeby wydostać się nim z miasta, trzeba przejechać trudny górski odcinek, co dla mnie oznaczało wtaszczenie roweru na górę. Potem można jechać drogą asfaltową prosto na północ Palavy - tę wybieram - albo w międzyczasie odbić w stronę pagórków, na których znajdują się ruiny zamków. Położony u stóp jednego z nich Pavlov jest urokliwą wioseczką z wieloma winiarniami, skąd prowadzi droga do Lednic. Docieram tam, przejechawszy około 25 kilometrów między wzgórzami, u podnóża których rozsiadły się pola zbóż i słoneczników. Jest chyba ze 30 stopni C, a moja "egipska" opalenizna staje się co raz bardziej intensywna.

Na miejscu zwiedzam okolicę pałacu, który ze względu na kolor kamienia przypomina mi zamek z piasku. Widziałam mnóstwo olbrzymich królewskich rezydencji, ale chyba żadna nie zrobiła na mnie równie wielkiego wrażenia, co ta w Lednicach. Jest doskonała. Z tzw. Ogrodem Europy, który powstał tu w miejscu dawnych bagien i rozlewisk rzeki Dyi, tworzy idealną całość. Wnętrza można zwiedzać tylko z przewodnikiem, a koszt takiej wycieczki wynosi 150 kc, czyli 24 zł. Nie czekam na grupę, idę dwa kilometry dalej wzdłuż pałacowego stawu, by zobaczyć największy poza krajami muzułmańskimi XIX-wieczny minaret, który wznieśli Lichtensteinowie. Wejście na szczyt kosztuje 40 kc (ok. 6 zł), ale słabo widać stamtąd pałac, co w mojej opinii go dyskwalifikuje.



Rezydencja Lichtensteinów w Lednicach - fot. AJ

Valtice leżą 8 kilometrów dalej. Są nieco mniej zjawiskowe, ale czuję się w obowiązku zaparkować rower i zajrzeć do środka barokowej posiadłości. Razem z Lednicami Valtice tworzą kompleks architektoniczny. Bardziej jednak niż zamek cieszy mnie powrót dziurawą strużką asfaltu, która przecina w połowie żółty ocean - to pola słoneczników, których chyba jeszcze nigdy nie widziałam w takiej liczbie. Po 17.00 zwracam rower do wypożyczalni w Mikulovie, a gdybym się spóźniła, mogę oddać go rano. Nie zdążyłabym. O 8.00 mam pociąg na Moravskie Slovacko.

Czechy - zobacz więcej zdjęć [PRZEJDĆ DO GALERII]



Dzień piąty: Moravskie Slovacko, Bielsko-Biała

Jadę! Piątego dnia mam już bilet powrotny do Czeskiego Cieszyna. (Jadę pociągiem osobowym do Ołomunca, gdzie przesiadam się do eleganckiego ekspresu. Godzinę z minutami późnej wysiadam w Czeskim Cieszynie). Pokonuję rekordową liczbę sześciu przesiadek, żeby zwiedzić jeszcze pogranicze czesko-słowackie. Podobno jest krainą bogatego folkloru. Stolicą Moravskiego Slovacko jest Uherskie Hradiste, które nie przekonuje mnie do siebie ani rozległym, schludnym rynkiem, ani kafejkami, jakie rozłożyły się na jego obrzeżach. Uciekam stąd do sąsiednich Strażnic, gdzie znajduje się wielki skansen kultury wołoskiej i ładny malowany w kwiaty dworzec, który śmiało mógłby stanąć w Zalipiu. Z tradycji, o których naczytałam się w przewodniku, to wszystko. Wracam do Ołomuńca, gdzie czeka mnie pierwsza dłuższa (50 minut) przesiadka. Zwykle czekam tylko kwadrans, a pociągi przyjeżdżają punktualnie. Po 19.00 wracam do Bielska-Białej. Nie mam przy sobie ani jednej korony, bo resztki pieniędzy wydałam w cukierni na przepyszne morawskie kołaczki.



Malowany dworzec w Strażnicach - fot. AJ

Lubię Czechów, chyba jak większość Polaków. Spodziewałam się z ich strony jakiejś sąsiedzkiej niechęci, ale na moje szczęście okazali się bardzo pomocni i życzliwi. Podróżuje się z nimi łatwo i przyjemnie, są ciekawi i trochę narzekają na spóźniające się pociągi. Tego akurat nie zauważyłam, a przejechałam około 700 kilometrów. Zamiast opóźnionych pociągów dokswierał mi upał, choć tego lata miałam to słowo na ustach ledwie kilka razy. Szczególnie ciepło jest w Mikulovie, który śmiało można nazwać najładniejszym kurortem w regionie. To chyba też najdroższe miejsce w południowych Czechach, do którego dotarłam. Trzeba się liczyć z wysokimi cenami hoteli, które także gdzie indziej najbardziej dawały mojemu portfelowi w kość. Zdecydowanie taniej podróżować po Czechach niż spać. Najdroższy bilet (z Uherskie Hradiste do Czeskiego Cieszyna) kosztował mnie 48 zł (trasa ma ok. 200 km długości), ale w koszt przejazdu z przesiadką wkalkulowana była podróż eleganckim, klimatyzowanym ekpresem. Ceny posiłków w restuaracjach są podobne jak u nas - w dobrej knajpie w centrum Brna można zjeść za 30-40 zł. Najmniej kosztuje smażony ser z hranolkami. Z atrakcji nie zachwyciło mnie Slovacko Moravskie, którego byłam najbardziej ciekawa. Spodziewałam się tu zakopiańskiej atmosfery ze skrzypkami, drewnianych budek i czerwonych korali. Jedyny moment, kiedy mogłabym spełnić te oczekiwania, nadchodzi co roku w czerwcu wraz z festiwalem folklorystycznym w Straznicach. Żałuję, że zostawiłam za sobą Telc i Pernstejn. To dwa miejsca, do których z pewnością wrócę przy następnej okazji.

Całkowity koszt wycieczki: 950 zł.

Komentarze (2)
Mam tysiąc złotych w portfelu. I jadę do Czech [MORAWY POŁUDNIOWE KROK PO KROKU]
Zaloguj się
  • sz.nitka

    Oceniono 7 razy 7

    Czechy i Czesi wywierają również na nas pozytywne wrażenie. Ciągle Słowianie, sąsiedzi, ten sam region, a jednak często łapaliśmy się na uznaniu dla czeskiego narodu. Trochę takich wrażeń polsko-czeskich, zdjęcia i mapa naszej morawskiej podróży na naszej turystycznej stronie, zapraszam serdecznie:

    www.znajkraj.pl/rowerowe-morawy-poludniowe

    Kamienice w Telczu też chcieliśmy zobaczyć, ale tym razem się nie udało. Za to pobliskie Znojmo podobało nam się bardzo. Może dlatego, że to właśnie tam zaczynał się nasz urlop? :)

  • sz.nitka

    Oceniono 2 razy 0

    Na nas Czechy i Czesi też wywierają spore wrażenie. Niby ciągle Słowianie, sąsiedzi, ten sam region, ale jednak często łapaliśmy się na uznaniu dla czeskiego narodu... Trochę takich wrażeń, kilkanaście zdjęć i mapa naszej morawskiej podróży tutaj, zapraszam:

    [url=http://www.znajkraj.pl/rowerowe-morawy-poludniowe]Morawy Południowe na rowerze[/url]

    A kamienice w Telczu też chcieliśmy obejrzeć, ale tym razem się nie udało. Za to niedalekie Znojmo podobało nam się bardzo. Może dlatego, że to właśnie tam zaczynał się nasz urlop? :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX