Szwajcaria - zima dla wszystkich! Zakochasz się, nawet jeśli nie jeździsz na nartach [FOTORELACJA DZIEŃ PO DNIU]

Zimą w szwajcarskim Jungfrau w Alpach Berneńskich równie dobrze jak narciarze będą bawić się ci, którzy nigdy w życiu nie mieli na nogach desek (i nie chcą mieć). Mnie wystarczyły trzy dni z sankami, kolejkami, słońcem i fondue, by dla zimowej Szwajcarii stracić głowę.
Nigdy nie marzyłam o tym, żeby pojechać do Szwajcarii. Chyba trochę się bałam. Szwajcarskie zegarki, luksusowe ośrodki narciarskie, banki, sery, Alpy - do niedawna to były prawie wszystkie moje skojarzenia. I prawie wszystkie (poza serem) drogie i onieśmielające. Pakując walizkę na ten pierwszy raz, nie miałam wątpliwości, że miejsce będzie piękne, ciekawiło mnie raczej to, czy w zimowej Szwajcarii znajdę coś dla siebie. Mój program nie uwzględniał nart, bo na nich nie jeżdżę. I choć na trasie wciąż spotykałam szalejących narciarzy, to nie miałam poczucia, że bawię się gorzej niż oni albo że jestem w miejscu, do którego nie pasuję. Bo bawiłam się świetnie. I wreszcie polubiłam zimę.

Poniżej relacja z trzech dni spędzonych w regionie Jungfrau w Alpach Berneńskich

DZIEŃ 1: Grindelwald - w alpejskim uścisku

Kiedy zapytać Szwajcara o zalety jego kraju, z dużym prawdopodobieństwem i wrodzonym poczuciem humoru odpowie, że szwajcarska flaga to bez wątpienia duży plus. Dla mnie poznawanie zalet Szwajcarii zaczyna się od pociągów. Mój pierwszy cel to Grindelwald, wioska w Alpach Berneńskich, w regionie Jungfrau. Na początku jestem nieufna: od startu na lotnisku w Zurychu (stacja kolejowa jest w terminalu, wystarczy zjechać na dół ruchomymi schodami) czekają mnie trzy przesiadki, na każdą mam tylko kilka minut, do tego walizka i zima. Mając w pamięci liczne podróże PKP myślę, że to nie może się udać.



Znalezione w sieci - kolejowa podróż na Jungfraujoch. Tak będzie jutro, z tym, że w zimowej odsłonie

A jednak się udaje. Szczęście? Nie. Po prostu szwajcarskie pociągi przyjeżdżają kilka minut przed czasem (kilkuminutowe spóźnienia odnotowywane są w gazetach), a cały personel kolejowy to wrodzona uprzejmość. Prawdą okazuje się więc to, co usłyszałam na lotnisku: jeśli w Szwajcarii na przesiadkę masz pięć minut, to jeszcze dwie minuty ci zostaną.

Trasa z Zurychu do Grindelwaldu wiedzie przez Berno i Interlaken Ost, ale to tylko nazwy. Tak naprawdę to bajkowa podróż przez krajobrazy rodem z opakowania drogich puzzli: duża część torów biegnie wzdłuż jezior Thun (dziś idealnie spokojne i krystalicznie czyste, ponoć potrafi pokazać drugą twarz i zamienić się w sztormowe morze) i Brienz, otoczonych przez wzbudzające tyle samo zachwytu, co respektu alpejskie szczyty. Głowę mam jak na sprężynie, a uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Także dlatego, że w podróży towarzyszy mi najlepsza na świecie, choć kupiona na lotnisku, kanapka (mleczna bułka, świeże masło, suszona szynka i cienki plasterek gruyera) i butelka rivelli (miejscowy wynalazek, gazowany napój z serwatki).



Zadaszony miniparking na rowery i sanki (fot. archiwum prywatne)

Jest tylko jeden problem: gdzie ta zima? Mamy marzec, czyżbym się spóźniła? W Zurychu i Bernie śniegu jak na lekarstwo. Zagryzam obawy kanapką i czekam na rozwój wypadków. No i jest. Zaraz za Interlaken kolejka zaczyna piąć się w górę i w dół, kluczyć między górami, poskrzypywać. Na dachach drewnianych domów leżą grube śniegowe czapki. Jestem w bajce. Ale najlepsze dopiero przede mną.



Stacja kolejowa w Grindelwaldzie (fot. archiwum prywatne)

Z Zurychu wystartowałam o 13:13, o 16:09 (punktualnie co do minuty) mój pociąg przybywa na miejsce. Kolejowa stacyjka w Grindelwaldzie to tylko dwa perony. Ale pociągi odjeżdżają stąd średnio co 15 minut, kas jest kilka i wszystkie działają (a panie w kasach perfekcyjnie mówią po angielsku), mały dworzec jest ciepły, uroczy i pięknie udekorowany. Dziś jednak już dość pociągów. Teraz mój cel to znaleźć zarezerwowany wcześniej nocleg. Zatrzymuję się w hotelu Sunstar. Dzięki temu, że leży na szczycie głównej arterii Grindelwaldu, 10 minut spacerem od stacji, mam okazję rozejrzeć się po okolicy. Jestem w samym środku alpejskiego uścisku, można się nieźle wkręcić w uczucie, że potężne góry napierają na wioskę ze wszystkich stron i zaraz ją zgniotą. A w dolinę wrzucone wszystko, czego zimowy turysta może potrzebować: hotele o różnym standardzie, restauracje serwujące rozgrzewające fondue, kawiarnie i bary apres ski, niewielkie, ale świetnie zaopatrzone sklepy. Do tego na odległość rzutu śnieżką: przeróżne kolejki i wyciągi, trasy narciarskie i saneczkowe, wypożyczalnie sprzętu, do tego kursujące z dużą częstotliwością wahadłowe autobusy. I masa narciarzy, snowboardzistów, saneczkarzy, piechurów.



Grindelwald wieczorem /(fot. archiwum prywatne)

Czterogwiazdkowy Sunstar z początku wydaje mi się nieco za duży (wolałabym mieszkać w jednym z tych drewnianych domów z szerokimi drewnianymi tarasami, które w niektórych regionach Szwajcarii pamiętają czasy Rewolucji Francuskiej), jednak dość szybko mnie do siebie przekonuje: restauracja posiada oszklone patio i dzięki temu serwuje nie tylko wyśmienite jedzenie, ale też równie pyszne widoki (zwłaszcza do śniadania), w cenie pokoju jest SPA (zabiegi płatne oddzielnie), a taras w moim pokoju wychodzi prosto na szczyt Wetterhorn. Ideą marki jest dbałość o zasoby naturalne (kiedy po pierwszej nocy rezygnuję ze zmiany pościeli, w nagrodę dostaję szwajcarską czekoladkę, oczywiście goście mają wybór). Pokoje są tańsze, jeśli dokona się rezerwacji przez Internet. Kiedy w nocy siedzę na tarasie wykąpana, w grubym szlafroku i z gołymi nogami, gapiąc się w rozgwieżdżone niebo i czując magnetyzm otaczających mnie gór, zima już ma mnie w garści.

Grindelwald w wersji budget:

W Grindelwaldzie działają nie tylko drogie hotele i nieco od nich tańsze pensjonaty, ale też doskonały hostel, niedawno uznany na najczystszy na świecie. Tańsze zakupy można zrobić w sieciach Coop lub Migros - oferują świetne produkty własnych marek w cenach, które nie zszokują Polaka.

DZIEŃ 2: Hamuj, jeśli potrafisz

O 7 rano w piątek Grindelwald jeszcze śpi. Tu w dolinie słońce dopiero wspina się ponad alpejskie szczyty, dzięki czemu ich kontury na tle nieba wyglądają jak pokryte cieniutką warstwą złota. Ale ja już dziarsko maszeruję na stację, gdzie czeka mnie spotkanie z Brigitte Gosteli, moją przewodniczką i przedstawicielką kolei Jugfrau. Przed nami wspaniały dzień, mój ulubiony podczas całej podróży.



Jedzie! (fot. archiwum prywatne)

Połowa dzisiejszych wrażeń zaczyna się od słowa "Jungfrau". Więc najpierw jest Jungfraubahn, najwyżej położona wąskotorowa kolejka zębata w Europie (w pół godziny docieramy do niej pociągiem z Grindelwaldu). Jej końcowa stacja znajduje się na wysokości 3454 m n.p.m., 9,3 km od stacji początkowej w Kleine Scheidegg. Wjazd na przełęcz Jungfraujoch, a potem szybką windą na taras widokowy obserwatorium astronomicznego Sphinx, to punkt obowiązkowy każdej wycieczki w tę część Szwajcarii.



Jeśli wieje tak, że ledwo można stać, to znaczy, że jestem na Dachu Europy! (fot. archiwum prywatne)

Wycieczki nie taniej (91 CHF za podróż w jedną stronę z Grindelwaldu, 177 CHF w dwie strony, taniej jest w grupie powyżej 10 osób; pociągi kursują w takcie co 30 minut), ale wartej odłożenia pieniędzy: w słoneczne dni (mnie się trafił jeden z nich) z Dachu Europy widać Alpy od francuskich Wogezów aż po niemiecki Czarny Las. To na drugim planie, bo na pierwszym jest Aletsch, największy lodowiec Szwajcarii, razem ze szczytami Bietschhorn i Jungfrau objęty rezerwatem i wpisany na listę UNESCO.



Aletsch - najdłuższy lodowiec Szwajcarii (fot. archiwum prywatne)



Aletsch - najdłuższy lodowiec Szwajcarii (fot. archiwum prywatne)



Aletsch - najdłuższy lodowiec Szwajcarii (fot. archiwum prywatne)

"Zapierać dech w piersiach" to wyświechtany frazes, ale tutaj nic lepszego nie przychodzi mi do głowy.



Jungfraubahn kilka razy zatrzymuje się w tunelu, by pasażerowie mogli popatrzeć na lodowiec i okoliczne szczyty, zwłaszcza legendarną Północną Ścianę Eigeru (fot. archiwum prywatne)

Fanów inżynierii nie mniej niż oszałamiające krajobrazy zachwyci sama kolejka. Śmiała wizja Adolfa Guyer-Zellera doczekała się realizacji dopiero po jego śmierci. Tory Jungfraubahn w dużej części biegną przez tunel wydrążony we wnętrzu szczytów Jungfrau (4158 m n.p.m.), Eiger (3970 m n.p.m.) i Mönch (4107 m n.p.m.), wielkiej berneńskiej trójcy. Pierwotnie kolejka miała dojeżdżać pod sam szczyt Jungfrau i kosztować 8 milionów franków szwajcarskich, ostatecznie stacja końcowa została zbudowana pod przełęczą, a rachunek za całość wyniósł 16 milionów CHF. Kolej budowali głównie Włosi, praca była tytaniczna i wielu nie przeżyło jej trudów oraz wypadków (ich pamięci poświęcona jest część ciekawej ekspozycji przy stacji końcowej).



Cała trasa Jungfraubahn liczy sześć stacji, a od drugiego kilometra wiedzie już tylko przez tunel. W tunelu pociąg zatrzymuje się na stacjach Eigergletscher, Eigerwand i Eismeer, gdzie z przeszklonych galerii można popatrzeć na legendarną północną ścianę Eigeru i lodowiec. W zeszłym roku Jungfraubahn hucznie świętowała setne urodziny. Zamawiając deser w restauracji na Dachu Europy można więcej liczyć na słodką rocznicową niespodziankę.



Mój deser w restauracji na Dachu Świata - jako dodatek, medal z białej czekolady z logo kolei Jungfrau (fot. archiwum prywatne)



Na Dachu Europy oprócz kilku restauracji działa też sklepik z pamiątkami i sklep z... zegarkami. Na zdjęciu "cebula" zaprojektowana na 100-lecie Jungfraubahn. Piękna, ale nie było mnie na nią stać

Taras widokowy obserwatorium to szczytowa, ale nie jedyna atrakcja Jungfraujoch. Przez okrągły rok działa tu też Lodowy Pałac, kino panoramiczne zabierające widzów w pełną wrażeń podróż do wnętrza lodowca Aletsch, "Alpejska Sensacja", czyli widowisko ukazujące szwajcarskiego ducha w migoczącej kolorami szklanej kuli (na tyle zabawne i pomysłowe, by udało się na cały pokaz zatrzymać dorosłych) i oczywiście prezentacja kolejnych etapów powstawania kolejki. Nie wspominając o wszystkich zimowych sportach, które przez 365 dni w roku można uprawiać na lodowcu - od pełnych adrenaliny zjazdów na nartach i snowboardzie, przez trekkingi, po wspinaczkę.



Jungfraujoch - we wnętrzu lodowego pałacu (fot. archiwum prywatne)



W lodowym pałacu znalazłam... Wiewióra z "Epoki Lodowcowej"! (fot. archiwum prywatne)

Wycieczka na Jungraujoch to bez wątpienia niezapomniane przeżycie (zwłaszcza jeśli całą trasę kolejki pokonuje się w kabinie motorniczego!), ale moje serce tego dnia podbiło coś innego - sanki. Sanki, które w Szwajcarii nabierają zupełnie nowego znaczenia - to po prostu ostra jazda! Najsłynniejsza, bo najdłuższa sankostrada Jungfrau wiedzie z Faulhorn do Grindelwaldu (na Fulhorn można się wspiąć, co zajmuje 2,5 h albo wjechać kolejką) - a stamtąd 15 km zjazdu na łeb na szyję, 1600 m różnicy poziomów. Szlak przetarł jeden z mieszkańców, gdy będąc w stanie wskazującym na spożycie czegoś poza rivellą założył się w barze o to, że zjedzie ze szczytu aż do wioski (to od jego nazwiska trasa wzięła swoją nazwę: Big Pintenfritz).



Nasza kolejka dojeżdża do Kleine Scheidegg (fot. archiwum prywatne)



Kolejka zębata tak mnie zafascynowała, że trafiłam nawet do panów mechaników. Byli bardzo zadowoleni z wizyty i chętnie pokazywali mi silnik (fot. archiwum prywatne)



Na Dachu Europy robi się nawet czekoladki (fot. archiwum prywatne)



Efekt końcowy wygląda tak: słodki, ośnieżony Eiger! Nie spróbujecie go nigdzie indziej na świecie (fot. archiwum prywatne)

My do Grindelwaldu zjechałyśmy inną trasą - tzw. Eiger Run z Kleine Scheidegg (sanki można wypożyczyć w sklepie Wyss Sport, www.wyss-sport.ch i oddać na dole). Ta ma w okolicy specjalną sławę: jakby mało było tego, że biegnie cały czas u stóp magnetyzującej Północnej Ściany Eigeru, to jeszcze na niektórych odcinkach sanki pędzą z prędkością, przy której trudno utrzymać na głowie czapkę (jest to zresztą ostatnia rzecz, o jakiej się wtedy myśli).

Skoki na kilka metrów, wzbijanie tumanów śniegu na zakrętach i dramatyczne próby niewypadnięcia z toru (przy naprawdę niebezpiecznych przepaściach rozpięte są pomarańczowe siatki) - najbardziej spektakularny tor saneczkowy Szwajcarii mocno zapracował na swoje miano. Już na dole długo oglądam pięty swoich grubych vibramowych podeszw, zaskoczona, że po hamowaniu cokolwiek z nich zostało. W drodze powrotnej rozprawiamy z Brigitte o tym, czy tę trasę dałoby się przejechać na pełnym gazie i zgodnie dochodzimy do wniosku, że nie.



Za plecami, z przodu, z tyłu, z boku - w tym pędzie czasem ciężko się zorientować, z której strony teraz będzie Eiger. Ale wiadomo, że zawsze blisko (fot. archiwum prywatne)



Wyciągi krzesełkowe kursują nam nad głowami (fot. archiwum prywatne)



A w kilku miejscach trzeba uważać na tory Jungfraubahn (fot. archiwum prywatne)

Jednodniowy "sledging pass" na trasę Eiger Run pozwala na dowolną liczbę przejazdów pociągiem na trasie Brandegg-Grindelwald i podróż w jedną stronę z Brandegg do Kleine Scheidegg. Osobną tradycją są bardzo popularne zjazdy wieczorne i nocne - trasa Eiger Run wieczorem jest wspaniale oświetlona, na innych trasach w cenie wypożyczenia oprócz sanek dostaniecie czołówkę).

O sankach w Szwajcarii mogę długo i namiętnie, bo jako nienarciarka właśnie dzięki nim poczułam, że zimowa Szwajcaria jest też dla mnie. I nie jako marna namiastka nart, ani nie na takich zasadach, na jakich funkcjonują rowerzyści na polskich drogach ("skoro już jedziecie, to jedźcie, ale na własną odpowiedzialność"), lecz z pełnią praw. Oczywiście szwajcarskich sankostrad jest mniej niż nartostrad, ale są tak samo poważnie traktowane, a dorosły facet z małymi saneczkami przypiętymi do paska nikogo tu nie śmieszy. Bo sanki to szwajcarska tradycja, a do tradycji podchodzi się tu nie tylko serio, ale też radośnie. Jeśli więc będziecie w Szwajcarii, odłóżcie choćby na jeden dzień snowboard czy narty i przesiądźcie się na sanki - może do końca pobytu nie będziecie chcieli z nich zejść.

Rady i ciekawostki:

Zjeżdżając na sankach z Kleine Scheidegg warto zrobić sobie przystanek w restauracji Brandegg (mniej więcej w połowie drogi) i zamówić klasyczne fondue. Szwajcarzy jedzą je tak, że nabity na szpikulec kawałek chleba maczają najpierw w kieliszku z kirschem, a dopiero potem zanurzają w gorącym roztopionym serze. Do tego kieliszek białego wina i już ma się siły na drugą część zjazdu. W Brandegg tor saneczkowy rozjeżdża się na dwie trasy, polecam trudniejszą.



Fondue - czego chcieć więcej po szaleńczej jeździe sankami? (fot. archiwum prywatne)

W Kleine Scheidegg, u samych stóp Północnej Ściany Eigeru, stoi niesamowity hotel - Bellevue des Alpes. Kto widział niemiecki film "Nordwand", zapewne doskonale go kojarzy. Jeśli marzy Wam się podróż do czasów belle epoque, przyjdźcie tu choćby na drinka (najtańszy pojedynczy pokój z łazienką kosztuje 230 franków za noc, najdroższy - podwójny z wielką wanną i zwalającym z nóg widokiem - 540 franków. W cenę wliczone jest śniadanie i obiadokolacja). Hotel gościł nie tylko sławy (na ścianach wiszą zdjęcia właścicieli z Clintem Eastwoodem) i był świadkiem niezwykłych wyczynów (choćby tragicznej próby wejścia na Eiger "Ścianą Śmierci" przez dwójkę młodych niemieckich alpinistów, Toniego Kurza i Andiego Hinterstoissera), sam ma też niezwykle barwną historię.




Bellevue des Alpes stoi tuż u stóp Północnej Ściany Eigeru (fot. archiwum prywatne)



Jadalnia w hotelu - kwintesencja belle epoque (fot. archiwum prywatne)



Właściciele Bellevue des Alpes pozują do zdjęcia z Clintem Eastwoodem (fot. archiwum prywatne)

DZIEŃ 3: Grindelwald-First - trekking w podkoszulku i pierwsza w życiu tyrolka

Ten dzień też najchętniej spędziłabym na sankach i jedzeniu sera, ale na naszą wizytę czeka drugi ogromny kompleks Jungfrau: First. A z nim zupełnie inne atrakcje.

"Słoneczny taras z widokiem na Eiger", "zimowy raj z ponad 60 kilometrami tras narciarskich i 40 kilometrami tras dla piechurów i saneczkarzy", "First ma ofertę dla ciebie, nieważne, co chcesz robić i o jakiej porze roku" - tyle broszury. A realia? Najpierw wygodną 6-osobową gondolą wjeżdżamy na wysokość 2168 m n.p.m. Brigitte cały czas pyta, jak moja głowa, ale ja czuję się świetnie. Nie tylko dlatego, że daleko w dole zostawiłyśmy mgłę i chmury - na tej wysokości grzeje słoneczna lampa, jest prawie gorąco, a bez ciemnych okularów można oślepnąć. Gdzie nie spojrzeć, rozpięte są cienkie niteczki (tak się wydaje) wyciągów krzesełkowych, a po płaskich, migoczących w świetle stokach szusują setki narciarzy i snowboardzistów. Zdejmując pierwszą warstwę ubrań czuję, że im zazdroszczę - jazdy po tych wspaniałych terenach, poczucia wolności, ale też bezpieczeństwa - jeszcze nie widziałam, żeby ktokolwiek choćby nadepnął tu komuś na nartę, bo miejsca każdy ma dość. I w duchu obiecuję sobie, że za rok sama nauczę się jeździć.



Słoneczny taras z widokiem na najpiękniejsze szczyty Berneńskich Alp? Wszystko się zgadza (fot. archiwum prywatne)

Oprócz deskarzy pełno tu też trekkerów, wielu z nich ma przypięte do pasków sanki, niektórzy idą na rakietach śnieżnych lub biegówkach. My dziś mamy tylko swoje buty, wodę i nosy posmarowane grubą warstwą kremu z filtrem. A chodzić można przez tydzień albo i dłużej, od jednego schroniska do drugiego, mijając kolejne szczyty i jeziora. Zimą liczne i bardzo różnorodne trasy są świetnie utrzymane, ale jeszcze lepiej przyjechać późną wiosną lub latem, gdy organizowane są specjalne trekkingi z przewodnikiem (np. 2-3-godzinny spacer Szlakiem Kwiatowym (nr 4), spotkanie na stacji First o 13:00 bez względu na pogodę, cena: 10 CHF, nie trzeba mieć rezerwacji, wycieczki odbywają się w od końca czerwca do końca sierpnia). Klasyczny szlak wysokoalpejski (nr 62) oferuje z kolei widoki na berneńską trójcę szczytów, których to (widoków) w Jungfrau nigdy dość (przejście zajmuje 6 godzin i 10 minut).



Trekking na First - szlaki są ratrakowane codziennie, a co drugi piechur ma ze sobą sanki (fot. archiwum prywatne)



Trekking na First - jest pięknie!



W którą stronę teraz? Wybór gotowych szlaków trekkingowych jest ogromny (fot. archiwum prywatne)

Nasz dzisiejszy cel jest skromniejszy: to niewielkie jezioro, tego dnia całkowicie przysypane śniegiem, więc tylko dzięki opowieściom Brigitte wiem, że ono tam jest. Ale szlak jest urozmaicony i piękny, a po dotarciu na miejsce mamy na sobie już niewiele z górnej partii ubrań - śmiejemy się, że dalej pewnie doszłybyśmy topless. Ta zima jest gorąca. Rozgrzewa nie tylko słońce i liczne podejścia (nie wymagające jednak wielkiej kondycji), ale też lunch: tym razem zamawiam pyszną, serwowaną w słoiku zupę gulaszową i tyrolskie szpecle, posypane szwajcarskim, produkowanym w górach serem. Zupa wystarczyłaby w zupełności, ale alpejskie powietrze bardzo zaostrza apetyt i żarłok zwycięża.



Zupa gulaszowa i szpecle z serem - obiad idealny, choć zdecydowanie za duży (fot. archiwum prywatne)

Kolejną dziś atrakcją jest Firt Flyer - zjazd w szelkach na linie ze stacji First do Schreckfeld, jedyny taki w Europie. To też jedyny raz podczas całej podróży, kiedy blisko godzinę stoję w kolejce - chętnych nie brakuje, choć cały odcinek ma tylko 800 m. Zjazd trwa 45 sekund, ale "szelki" rozpędzają się do 84 km/h i człowiek po prostu frunie. Wrażenie pozostaje na długo, trzeba tylko przetrwać skok adrenaliny przy otwarciu metalowej bramki, a na dole pamiętać o podniesieniu nóg do góry. Wspomniałam o lunchu, bo nie polecam zjazdu First Flyerem z pełnym brzuchem. Cena: 25 CHF (taniej jest w pakiecie z transferem gondolą na First i z powrotem).



Dobra mina do... czyli w kolejce do First Flyera (fot. archiwum prywatne)



First Flyerem powoli żegnam się z Jungfrau i Brigitte. Macham jej ze stacji w Grindelwaldzie, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Co dalej? Jutro jadę Ekspresem Złotej Przełęczy do Lucerny, a dziś mam wolne popołudnie. Mój hotel zaprasza do SPA, ale wolę włóczyć się po Grindelwaldzie. Kolejny raz nachodzi mnie myśl, że to miejsce jest idealne na wakacje z rodziną lub paczką przyjaciół. Myśląc o swoich, przez pół godziny wybieram ręcznie robione pralinki w czekoladziarni Laderach.



Zjazd gondolą z First do Grindenwaldu (fot. archiwum prywatne)

Co jeszcze fajnego na First?

Poszaleć i poskakać można w śniegowym freestyle parku w Bargelegg lub Oberjoch. Drugi jest idealny dla początkujących.

Chcesz spróbować czegoś zupełnie innego? Z Bort do Grindelwaldu można zjechać rowero-skuterem. Trasa liczy 4,5 km, w cenie widoki i kask (30 CHF).


Podsumowanie:

W bajecznym Jungfrau spędziłam tylko trzy dni (ale nie był to koniec mojej podróży: potem panoramicznym Ekspresem Złotej Przełęczy pojechałam do Centralnej Szwajcarii, gdzie zwiedzałam piękną Lucernę i znowu jeździłam na sankach, tym razem w Engelbergu-Titlis - o tych atrakcjach przeczytacie w kolejnych tekstach).

Za mało, by się nacieszyć, ale dość, by zdecydowanie chcieć więcej. Mój plan pobytu ledwie zahaczył o ogrom atrakcji, jakie swoim gościom oferują Alpy Berneńskie. Na pewno wrócę do Jungfrau i choć w zimowej Szwajcarie cudownie będą bawić się także ludzie, którzy nigdy w życiu nie mieli na nartach desek (i mieć nie chcą), to mam nadzieję, że kolejna moja wizyta będzie już z nartami. Czemu? Spójrzcie tylko, jak świetnie bawią się Papagallo i Gollo:





Paralotnie! Bardzo chciałam, ale się nie odważyłam. Następnym razem! (fot. archiwum prywatne)

Macie własne wspomnienia ze Szwajcarii? Pytania? Piszcie w komentarzach. Postaramy się odpowiedzieć!

Szwajcaria w internecie: http://www.mojaszwajcaria.pl/

Komentarze (7)
Szwajcaria - zima dla wszystkich! Zakochasz się, nawet jeśli nie jeździsz na nartach [FOTORELACJA DZIEŃ PO DNIU]
Zaloguj się
  • nobano

    Oceniono 9 razy 5

    Promocja! Przy tanim franku to wakacje pół-darmo!

  • Gość: Gregory

    Oceniono 5 razy 5

    Alpy Bernenskie sa CUDOWNE !

  • pokrowiec87

    Oceniono 3 razy 3

    Franek w górę i Szwajcarię można już tylko na zdjęciach podziwiać. A Szwabcarzy się cieszą bo mogą więcej głupot na ye-bayu kupić. Tylko za niedługo nie będzie za co jak pójdą na bruk kiedy się okaże, że wszelkie produkty/usługi pochodzące ze Szwajcarii są za drogie nawet dla Niemca.

  • Gość: ewa

    Oceniono 4 razy 2

    Boże ale cudnie!!! Ale z dzieckiem 3 letnim taka wyprawa jest na razie nie możliwa?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX