Wakacje zimą: Indie Północne czy Południowe?

Indie Północne powszechnie uważane są za bardziej ?indyjskie?, południowe - za łatwiejsze w podróżowaniu. Tak naprawdę są po prostu inne - jak wszystko na indyjskim subkontynencie. Tyle emocji, co Indie, nie budzi żaden inny kraj - podobno można je tylko pokochać albo znienawidzić.
Indie po raz pierwszy

"Szok", "chaos", ewentualnie "tłum" - to słowa cisnące się na usta turyście, które ląduje w Indiach po raz pierwszy. Oszołamia wilgotne powietrze, atakuje zaduch gorącej nocy, w nos wciska się mieszanka nieznanych zapachów, a w uszy - kakofonia klaksonów i krzyków.

Ulicami zapchanymi po ostatni centymetr przez autobusy, ciężarówki, taksówki, riksze, rowery, wózki i tragarzy niosących na głowach pakunki wielkości domu, dostojnie przechadzają się krowy. W cieniu śmieci śpią chude bezpańskie psy, dzieci bawią się w gonitwę ze szczurami, chłopcy na posyłki i knajpiani posługacze szorują zawzięcie zęby nad rynsztokiem, a żebracy z kartonu na zakurzonym poboczu wyciągają rękę po kilka rupii. W zetknięciu z tym doświadczeniem wielu turystów nie myśli o niczym innymi, jak tylko o powrocie do czystego i cichego domu. Wystarczy jednak wziąć głęboki oddech i odważyć się na powolniejszy spacer, by zobaczyć drugą twarz kraju: Indie to nie tylko niewiarygodna bieda, ale też niewyobrażalne bogactwo, żebracy o zniekształconych ciałach i bollywoodzkie baśnie, na których podekscytowana widownia na przemian krzyczy, płacze i śmieje się w głos, smród stęchlizny i słodki zapach kadzidełek, ulice ryczące klaksonami i kojące dźwięki wieczornej modlitwy, chaos kilkumilionowych miast i spokój pustynnych wiosek, starzy ludzie czekający na śmierć w Waranasi i młodzi, ubrani na zachodnią modłę, rozmawiający ze sobą na co dzień po angielsku, zakaraluszone nory w najtańszych hotelach i misternie zdobione havele. To przydrożne garkuchnie, znad których nad ranem unosi się zapach smakowitego czaju, para buchająca znad paleniska, na którym powstaje czapati, i lokalne restauracje ze wspólnymi stołami z zestawem misek pełnych pikantnych sosów: siada się na ławce nad liściem banana, a chłopiec posługujący dokłada na ten liść ryżu z wielkiego gara dopóty, dopóki każdy się nie naje. To feeria barw: zielonych pól herbacianych, czerwonych skał na wybrzeżu Goa, pomarańczowych szat świętych mędrców, błękitnych i różowych miast na skraju pustyni, turbanów Sikhów i zwiewnych sari kobiet przy każdym kroku pobrzękujących bransoletkami. Tu kolory, smaki i zapachy są bardziej intensywne, a wszystko odczuwa się mocniej.

Indie porażają również ogromem: subkontynent rozciąga się od Oceanu Indyjskiego na południu po Himalaje na północy, od suchej pustyni Thar na wschodzie po deltę Gangesu na zachodzie, przez różne strefy klimatyczne, kultury, religie i języki.

INDIE - GALERIA ZDJĘĆ

Indie Północne czy Południowe?

Pierwszy wybór, przed którym zwykle stają turyści, brzmi: Indie Północne czy Południowe? Te pierwsze, wybierane przez większość, są w ogólnej opinii bardziej "indyjskie"; to tu znajdują się najbardziej kolorowy stan Radżastan, najbardziej znana budowla - Tadż Mahal i najbardziej uduchowione miasto - Waranasi. Z tego samego powodu są bardziej "uciążliwe" - więcej tu naciągaczy, drobnych oszustów i podrabianych agencji turystycznych, co - zwłaszcza osoby odwiedzające ten kraj po raz pierwszy - potrafi wpędzić we frustrację. W popularnych miastach, Waranasi czy Dżajpurze, policja turystyczna wyłapuje podróżników już na dworcu, wręczając im ulotki z dekalogiem ostrzeżeń. Indie Południowe, choć może nieco mniej efektowne, oferują przede wszystkim spokój: czasem innego turystę widuje się co dwa, trzy dni, a największym problemem bywa zainteresowanie ze strony miejscowych, dla których przybysz z dalekiego kraju jest większą atrakcją niż zabytkowa świątynia.

Indie Północne: na pustyni i nad świętą rzeką

Mumbai, przemianowany kilkanaście lat temu z Bombaju, jest największym miastem na subkontynencie indyjskim i bramą zarówno do Indii Północnych, jak i Południowych: do Udajpuru w Radżastanie dojeżdża się stąd nocnym autobusem z miejscami leżącymi w 16 godzin, a na Goa - jeszcze wygodniejszym pociągiem przemierzającym malownicze wybrzeże. To dobre miejsce na postawienie pierwszego kroku w Indiach: miasto nie jest tak chaotyczne, można kupić tu ser i papier toaletowy, napić się ostatniej latte przed wyjazdem w teren, przy odrobinie szczęścia zostać wyłapanym z kawiarni do statystowania w filmie Bollywood, a równocześnie zacząć poznawać kraj. Większość atrakcji położonego na siedmiu wyspach Mumbaju znajduje się na Kolabie, turystycznej dzielnicy pełnej hoteli, knajp i sklepików, która - jak na biznesowe serce kraju przystało - jest najdroższą turystyczną dzielnicą w Indiach. Prawdziwszym zetknięciem z Indiami jest icha stolica Delhi, a na niej - Pahargandż - chaotyczna, ciasna i gwarna bazarowa dzielnica tuż przy stacji kolejowej jest dla podróżnych mekką, w której drzwi jednego hoteliku od drugiego dzieli najwyżej kilka metrów, a pomiędzy nimi znajduje się przynajmniej jedna garkuchnia. Delhi jest też chrztem bojowym dla kupujących pierwszy bilet kolejowy - "uczynni" rikszarze wywiozą ich spod pobliskiej stacji do pośrednika, który sprzeda im go kilka razy drożej. Choć proceder opisano we wszystkich przewodnikach, co roku nabierają się nań kolejni turyści. Ewentualną złość wynagrodzą atrakcje Delhi: główny meczet Dżami Masdżid, imponujący Czerwony Fort, pięknie zdobiony Grobowiec Hajumana, czy przypominająca łuk Triumfalny Brama Indii. To dopiero skromny początek, bo ze stolicy ruszamy do kolorowego, położonego na skraju pustyni Radżastanu, pełnego pałaców maharadżów, bogato zdobionych fortów i koronkowo wykończonych haveli, czyli tradycyjnych domów. Miejscowe kobiety zamiast sari noszą tukolorowe spódnice i przezroczyste długie chusty, mężczyźni chronią się przed słońcem w bajecznych turbanach, a dzieci od małego pobrzękują bransoletkami. Na jałowej ziemi pasą się stada krów i kóz, w górach hasają małpy, a na drogach wśród skuterów i riksz mkną wozy zaprzęgnięte w wielbłądy. Na wielbłądzie można się też wybrać na pustynię, żeby po przejażdżce po skalistej krainie spędzić noc na wydmach pod gołych niebem. Takie wycieczki organizują na przykład agencje turystyczne w Dżajsalmerze - pięknym mieście z ogromnym fortem zbudowanym ze złotego piaskowca na szlaku, którym niegdyś karawany przemierzały trasę z Indii do Azji Centralnej. W zachodzącym słońcu jego mury naprawdę wyglądają jakby świeciły prawdziwym złotem. Stolica stanu Dżajpur to miasto różowe, a jego najsłynniejszą budowlą jest Pałac Wiatrów z kunsztowną fasadą pełną wykuszy z prześwitami: pewien maharadża kazał go zbudować dla kobiet ze swego haremu, aby mogły oglądać miejskie życie, nie będąc widzianymi. Jadąc stąd w kierunku Puszkaru warto się zatrzymać na kilka godzin w Adżmerze: co prawda nie jest w żadnym konkretnym kolorze, ale w jego starej części znajduje się meczet z grobowcem świętego sufickiego z niesamowicie mistyczną atmosferą, nowszej - jezioro z parkiem i ghaty, a gdzieś pomiędzy nimi - niedoceniana Czerwona Świątynia. Ta przedziwna dwupiętrowa hala mieści bogate w szczegóły wyobrażenie świata według religii dżinijskiej: miniaturowe modele i figurki przedstawiają m.in. 13 kontynentów i gondole ciągnięte przez latające słonie i nawet jeśli wyrosło się z dziecinnej fantazji dawno temu, można tu spędzić kilka godzin. Puszkar jest biały - to właściwie nie miasto, tylko mieścina zbudowana wokół świętego jeziora - i spokojny: na ghatach medytują święci mędrcy, wieczorem po piaszczystych uliczkach niosą się śpiewy, a w tle widać zielone wzgórza. Dżodhpur słynie ze starego miasta w kolorze wściekle błękitnym, górującego nad nim fortu i lassi - czyli orzeźwiającego napoju na bazie jogurtu - serwowanego z dodatkiem szafranu, a nazywany Wenecją Wschodu Udajpur - z pięknych pałaców nad i na jeziorze.

Bardziej na północy leży Amritsar, który dla Sikhów jest tym, czym Watykan dla katolików: w zbudowanej na małym jeziorze, pokrytej blachą z czystego złota Złotej Świątyni, przechowują oryginał swojej świętej księgi. Jest tu bardzo nastrojowo i siedząc w podcieniach można godzinami słuchać pieśni i modlitw. Można też ruszyć dalej na północ - w kierunku Leh, Dharamsali, górskich świątyń w lodowych jaskiniach u źródeł Gangesu albo Riszikieszu. To święte miasto położone nad świętą rzeką w miejscu, w którym wypływa ona z gór na równiny, rozsławili na cały świat medytujący tu przed laty Beatlesi. Również nad Gangesem, ale znacznie niżej, rozłożyło się najświętsze ze wszystkich miast - Waranasi (Benares). O tym, dokąd się jedzie, można się przekonać już w pociągu, którym krewni przewożą na okrytych białym całunem i przystrojonych kwiatowymi wieńcami marach ciało bliskiego zmarłego. Żałobne pochody przeciskają się potem ciasnymi i zapchanymi uliczkami w kierunku ghat. Prowadzące do rzeki schody są dla turystów główną atrakcją miasta - pielgrzymi zażywają tu kąpieli i odprawiają modły, bramini udzielają błogosławieństw, żebracy proszą o jałmużnę, stosy płoną przez całe dnie, a kiedy dogasną, popioły wysypuje się do Gangesu.

INDIE - GALERIA ZDJĘĆ

Żelaznym punktem turystycznej trasy na północy Indii jest także Agra i Tadż Mahal: najsłynniejsza budowla Indii i najpiękniejszy na świecie pomnik miłości. Historia jest jak z "Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy": po śmierci ukochanej żony Mumtaz zmarłej przy narodzinach czternastego dziecka zrozpaczony cesarz ogłosił dwuletnią żałobę i zaczął wznosić mauzoleum z białego marmuru, inkrustując jego fasady płaskorzeźbami i agatami. Przy trwającej 22 lata budowie pracowało 20 tys. architektów, rzeźbiarzy i robotników, a żeby już nigdy nie zbudowali nic równie pięknego, po zakończeniu prac mistrzów oślepiono, a robotnikom obcięto kciuki. Ich dzieło jest naprawdę imponujące, a żeby zobaczyć je w pełnej krasie, najlepiej udać się o zachodzie słońca na drugi brzeg rzeki Jamuny.

Indie Południowe: wśród wanilii, kardamonu i pól herbacianych

Pierwszym stanem, który kojarzy się z Indiami Południowymi, jest Goa - dawniej kolonia portugalska, dzisiaj mekka plażowiczów poszukujących słońca i spokoju, odkryta lata temu przez dzieci-kwiaty. Goa zachwyca czerwonymi skałami, ciągnącymi się kilometrami plażami o złotym piasku okolonymi rzędami palm kokosowych, w cieniu których ukrywają się bambusowe chatki i bungalowy. Wielu turystów traktuje Goa jako przystanek końcowy i wytchnienie po wycieczce po "prawdziwych" Indiach, spędzając dni na nicnierobieniu.

Z Goa można ruszyć w kierunku sąsiedniej Karnataki - choćby na jednodniową wycieczkę. Jej celem najczęściej jest Hampi, stolica średniowiecznego królestwa z mniejszymi i większymi ruinami rozsianymi nad rzeką wśród wzgórz i zielonych plantacji bananowca. Szczególnym względem wśród turystów cieszy się pewna knajpka na plantacji drzewek bananowych, z ławami-leżankami na tarasach, doskonałym widokiem na rzekę w dole i równie imponującym zestawem smaków lassi. Zdecydowanie mniej osób zapuszcza się innych miejsc w tym stanie: znanej z wykutych w jaskiniach świątyń Badami, czy Majsuru z jednym z najpiękniejszych pałaców maharadżów.

Droga wzdłuż wybrzeża na południe prowadzi do kolejnej perełki w tej części subkontynentu - stanu Kerala słynącego z ogromnych rozlewisk, plantacji palm kokosów i rządów komunistów, przez co równie często co górę pustych, rozbitych orzechów, widuje się tu łopoczącą na wietrze flagę z sierpem i młotem. Jednak największą atrakcją Kerali jest woda: tutejsze rozlewiska składają się z kilku jezior, prawie 50 rzek, niezliczonej ilości kanałów, lagun i zatok, a do wielu leżących w tym labiryncie wiosek można dotrzeć tylko łodzią. Po kanałach nieco większych turyści pływają łodziami-domami z zapleczem kuchenno-sypialnianym, chcąc się wybrać w te węższe przesiadają się do wydrążonych w pniu kajaków. Bujna zieleń i zwisające na wodą liany tworzą widoki niemal rajskie, na brzegu nic nie robiąc sobie z obcych plotkują kobiety, w płytkich zatoczkach bawią się dzieci, a mężczyźni wyruszają na połów. W Kerali, w której podobno można złowić najlepsze w całych Indiach owoce morza, tradycyjnie używa się do tego chińskich łodzi wyposażonych w ogromne sieci z dźwignią. Metoda druga: wysiąść z łodzi i pójść w jezioro. Ponieważ jest tu dość płytko, często nawet na środku rozległego jeziora widuje się poławiaczy, którym z wody wystają tylko głowy. Wnętrze Kerali jest z kolei górzyste, a latem ściągają doń tłumy miejscowych rodzin w poszukiwaniu orzeźwiającego chłodu. Kurortem słynącym z pięknego otoczenia i przyrody już za czasów Brytyjczyków jest Munnar - miasteczko w Górach Cynamonowych położone malowniczo wśród zawsze zielonych plantacji herbaty oraz pól wanilii, cynamonu, kardamonu i pieprzu.

Najbardziej wysunięty na południe stan Tamil Nadu zachwyca misternie rzeźbionymi i kolorowo malowanymi świątyniami - w niektórych miasteczkach, przy głównych drogach pokrytych rdzawo-pomarańczowym piachem znajduje się ich nawet kilka, kilkanaście. Również tutaj znajduje się "koniec indyjskiego świata", odwiedzane tłumnie przez pielgrzymów wysunięte najdalej na południe subkontynentu Kanyakumari. Tak samo licznie przybywają do świętego miasteczka Ramesvaram leżącego na połączonej z lądem mostem wyspie o tej samej nazwie. Na jej kraniec, przed laty zniszczony w ciągu jednej nocy przez monsun, można dotrzeć tylko dżipem albo pieszo.

INDIE - GALERIA ZDJĘĆ