Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Nigdy nie jest za późno, aby walczyć o marzenia. Wyprawa na Ararat

Agnieszka Jakubowska
05.10.2012 , aktualizacja: 18.10.2012 09:18
A A A Drukuj
Ararat

Ararat "Marzenia nie mają ani wieku, ani płci i nigdy nie jest za późno, aby o nie zawalczyć. Ważne tylko, aby wchodzić głową, nie nogami" / fot. Sandra Bednarczyk (Sandra Bednarczyk)

We wrześniu 2012 roku Polki ze Stowarzyszenia Kilimandżaro zdobyły górę Ararat. Wyprawą pod hasłem "Arka kobiet: Ararat 2012" pokazały nie tylko żeńskiej części świata, że wysokie góry, dosłownie i w przenośni, przy odrobinie szaleństwa i determinacji, można zdobywać w każdym wieku. Matki, żony, przyjaciółki - niezwykłego wyczynu dokonały zwykłe kobiety. Najstarsza z nich ma 66 lat i wraz z najmłodszą uczestniczką wyprawy opowiada nam o tej wspaniałej, łączącej pokolenia podróży.
Święta Góra

Ararat (5137 m n.p.m.) to wygasły wulkan i najwyższa góra w Turcji. Masyw leży na wschodzie kraju, tuż przy granicy z Iranem i Armenią, w granicach górzystego Kurdystanu. Surowy krajobraz Wyżyny Armeńskiej jak magnes przyciąga Polaków, którzy stopę na szczycie Świętej Góry postawili po raz pierwszy w XIX wieku. "Świętej", bo zgodnie z Księgą Rodzaju to właśnie tutaj spoczywa Arka Noego, a według mitologii ormiańskiej Ararat zamieszkiwał bóg słońca, Ara.

Pokryty śnieżną czapą Ararat z oddali prezentuje się zjawiskowo. Nie jest to jednak łatwy cel - wspinaczkę utrudniają głównie rumowiska kamieni i skał, w których grzęzną nogi. W ciągu prawie dwustuletniej historii wypraw na szczyt (po raz pierwszy zdobyty w 1829 roku), Ararat niejednemu śmiałkowi sprawił gorzki zawód.

O tym, jak trudnym wyzwaniem okazało się wejście na biblijną górę, przekonały się niedawno Polki z warszawskiego Stowarzyszenia Kilimandżaro promującego aktywność kobiet. 10 września, w towarzystwie himalaistki Anny Czerwińskiej, zdobywczyni Korony Ziemi, dziesięć kobiet weszło na szczyt Araratu. Wśród nich Teresa (66 lat) i Sandra (25 lat), najstarsza i najmłodsza uczestniczka wyprawy, które o podróży przez burze śnieżne i zawiązanej wtedy przyjaźni opowiadają dziś w ciepłej i przytulnej kawiarni, jedna przez drugą, ze łzami w oczach. I zgodnie przyznają, że było warto!

Nietypowa znajomość

Kiedy stoją obok siebie, wyglądają jak babcia i wnuczka. Mimo że Teresę i Sandrę dzieli czterdzieści lat, różnic między nimi nie warto mierzyć wiekiem. Ich zażyła znajomość zaczęła się szybko i spontanicznie. Odkąd pierwszego dnia trafiły do wspólnego pokoju, stały się prawie nierozłączne. Nie jak babcia i wnuczka. Jak przyjaciółki. Same chętnie mawiają o sobie: "Jesteśmy kumpelkami". Podczas męczącej wędrówki "po kumpelsku" wspierały się nawzajem - Sandra pomagała Teresie nieść kijki, gdy wymagały tego trudne podejścia, a kiedy indziej Teresa leczyła Sandrę z silnej gorączki. Zwłaszcza dla Teresy znajomość z Sandrą okazała się pokrzepiająca. To dzięki młodszej koleżance osiągnęła szczyt, przełamując własną nieśmiałość. Bo czy kobiecie w tym wieku wypada robić coś takiego? - pytały rówieśniczki.

Po powrocie do kraju obie stały się bohaterkami. Sandra - dla swojej mamy i znajomych. Teresa - dla koleżanek z rodzinnego miasta, które po wyprawie odwiedzały ją, prosząc o rady w wyborze odpowiedniego sprzętu wspinaczkowego. W głosie Teresy wyraźnie pobrzmiewa duma - dziś gotowa jest iść wyżej. Mimo sześćdziesiątki na karku, jak przyznaje, ma jeszcze wiele w życiu do zrobienia. A słowa Sandry, które padły podczas pakowania śpiworów na wysokości kilku tysięcy metrów, i które dziś krążą w stowarzyszeniu w formie anegdoty: "Teresa, ile Ty się jeszcze musisz w życiu nauczyć!", z każdym przywołaniem przynoszą jej odrobinę uśmiechu i pocieszenia.

Chcieć to móc. Najstarsza Polka na Araracie

"Udowodniłam sobie, że wiek nie ma znaczenia. To była przygoda życia. Chciałam pokazać ciężko chorującym koleżankom, że marzenia można spełnić. Każdy ma w życiu swój Ararat. Dla moich koleżanek osiągnięciem szczytu jest zdrowie. Jeżeli ja dałam radę, one też dadzą" - mówi Teresa.

Teresa - żona, matka i babcia, na Ararat trafiła dzięki splotowi szczęśliwych przypadków. Historia polskich wypraw na szczyt zapamięta ją szczególnie, bo stopę na Świętej Górze postawiła jako najstarsza Polka i - być może - Europejka, a także jako trzecia uczestniczka ekspedycji. Sandra to studentka piątego roku Akademii Teatralnej. Do Stowarzyszenia Kilimandżaro pchnęła ją chęć górskich przygód, których już wcześniej szukała w Himalajach. Obie kobiety od początku łączył wspólny cel, dla którego dołączyły do Arki Kobiet - zaliczyć próbę siły i charakteru, pogrozić palcem lękom, których doświadczały w codziennym życiu. Obie też uczyniły tę wyprawę szczególną - nadały jej status międzypokoleniowej podróży, dając jednocześnie światu odrobinę nadziei, że marzenia nie mają ani wieku, ani płci i że nigdy nie jest późno, aby o nie zawalczyć. Ważne tylko, aby, jak mawiają, trzymać się starej górskiej zasady: iść do przodu głową, nie nogami.

"Lubię sobie wyznaczać cele. Ambitne cele" (Sandra)

Wyprawa na szczyt Araratu trwała w sumie cztery dni - w planie przewidziano dwa obozy aklimatyzacyjne na różnych wysokościach. Grupie asystowało polsko-kurdyjskie małżeństwo przewodników. Zanim wczesnym rankiem Polki dotarły na szczyt, pstryknęły pamiątkową fotografię i odtworzyły skomponowany na tę okazję hymn Tomasza Stańko ("Song from Ararat"), przeżyły też chwile załamania. "Koło 5-6 rano, kiedy słońce już majaczyło, poczułam potworne zmęczenie, senność, głód. Później myślałam tylko o tym, ile włożyłam w tę wyprawę siły, ile poświęciłam. I poszłam dalej" - wspomina Sandra. Wspinaczka po piargach, pięć godzin snu, ciasny namiot, wyczerpanie, stres, kołaczące w głowie myśli: "to już koniec, nie dam rady" to tylko niektóre fizyczne trudności, których pokonania wymagało wejście na szczyt. Lecz ambicja i niesione w duchu intencje - dla chorujących koleżanek, dla siebie - to te aspekty, dzięki którym nieprzyjazny Ararat do samego końca był grą wartą świeczki.

Sukces osiągnęłyśmy wspólnie

Na czas lotu ze Stambułu do Wan wszystkie uczestniczki ekspedycji ubrane były w czerwone koszulki z białym orłem na piersi. Patrząc na nie, jeden z pasażerów nieśmiało zapytał: "Football players?".

Tego dnia wszystkie były pełne obaw, ale i wiary w zwycięstwo swej kobiecej ligi. Bo o tym, że w grupie tkwi siła, wiadomo od dawna, ale o tym, że jedenaście kobiet może stworzyć zgraną drużynę, zamiast być pewną oznaką katastrofy - niekoniecznie. "Dzięki dziewczynom zapomniałam, ile mam lat" - zauważa Teresa, a sukces grupy w równym stopniu podkreśla Sandra, która niejednokrotnie doświadczyła życzliwości starszych koleżanek. I jedna, i druga wycieczkę zaczęły niepewne. Obie drżały na myśl o nieuszanowaniu wzajemnych potrzeb. "Zastanawiałam się, czy wytrzymamy ze sobą tyle czasu" - mówi Sandra. Dla Teresy wiek oznaczał nie tylko ograniczenia fizyczne, te odgrywały mniejszą rolę, ale głównie społeczne: "Bałam się, że się nie zgramy". Relacje z młodszymi kobietami nie okazały się jednak niedostępną górą, a na mniejsze problemy znalazła skuteczne rozwiązanie: "Z wdzięczności, że dziewczyny zaproponowały mi wspólny pokój, wstawałam skoro świt, po cichutku, by jak najszybciej zwolnić im łazienkę". Na Ararat, górę w Turcji i górę, którą trzeba było pokonać w sobie, jak przy każdej podobnej wyprawie złożyło się całe mnóstwo drobnych, "łazienkowych" problemów. Ale czy to nie błahostki właśnie najmocniej torpedują stabilność grupy, gdy nie próbuje się im zaradzić? Po powrocie do kraju Teresa stwierdziła: "Życzliwość moich koleżanek była szokująca. Ararat przedłużył moje życie o kolejne dziesięć lat".

Mężczyźni życzyli nam szczęścia

Podczas wyprawy dziewczyny doświadczały chwil zwątpienia, a ich powodem często bywali mężczyźni. "Faceci zawracali z drogi z biegunkami. Nawet przewodnik górski wrócił do obozu, kiedy dopadła go choroba wysokościowa. Nam życzyli, abyśmy jakoś doczołgały się do szczytu". A gdy się już wszystkie "jakoś doczołgały", z politowaniem wspominały grupę dziewięciu mężczyzn, którą spotkały pierwszego dnia na lotnisku w Wan. Panowie opowiadali wtedy z dumą, że niedawno sami zdobyli Ararat. Dopiero po serii pytań wyszło na jaw, że tylko sześciu z nich faktycznie wdrapało się na szczyt.

Otuchy dodawał za to męski doping kurdyjskich przewodników. Zwłaszcza w czasie porannej gimnastyki, gdy kobiety wyskakiwały z namiotów w różowej bieliźnie termicznej, która okazała się później hitem Araratu. - "Zrobiłyśmy furorę. Ciuchy były na tyle ładne i kolorowe, że zaczęłyśmy w nich rano ćwiczyć". Nie zawsze jednak wszystko układało się różowo. Pokonanie morderczych podejść po tysiąc metrów i burzy śnieżnej, jaka spotkała je w drodze powrotnej, wymagały prawdziwie męskiej siły. "To był trudny sprawdzian naszych relacji" - wspomina Sandra. Ten egzamin każdej z nich skutecznie pomógł uzupełnić zapas energii, z którą po powrocie do kraju łatwiej jest znosić chorobę przyjaciółek i męża oraz trudności zawodowe. "Ararat uświadomił mi, że to, co do tej pory sprawiało mi trudność, jest do pokonania" - przyznają obie.

O czym dziś, po zejściu z góry, marzą Teresa i Sandra? Na pytanie o to, co dalej, odpowiadają tajemniczo, lecz z uśmiechem: "Z burzy mózgów rodzą się nowe wyzwania". Właśnie tego im życzymy - wynajdowania nowych szczytów i niespożytej energii do ich zdobywania.

Dowiedz się więcej na temat Stowarzyszenia Kilimandżaro

ZOBACZ TAKŻE

Zobacz więcej na temat:

Komentarze (5)
Zaloguj się
  • Oceniono 3 razy 1

    Wielkie gratulacje ! To musiała być wspaniała przygoda. ;}

  • pare.slow

    Oceniono 1 raz -1

    Oczywiscie gratulacje! Ale tego co ja tu nie dowiedzialam sie to fakt, kiedy i gdzie p.Teresa wczesniej chodzila po gorach? Bo nie wierze, ze ot tak sobie zapisala sie do Stowarzyszenia Kilimandzaro. Mysle,ze jest to doswiadczona himalaistka. A wiek 66 lat owszem, ale bez przesady, to zadna starosc.

    Jestem pelna podziwu i skladam jeszcze raz gratulacje. Sama spotkalam w Norwegii Live Arnesen, pierrwsza, a moze i jedyna(?) kobiete na swiecie, ktora samotnie na nartach dotarla do Bieguna Poludniowego. Szla 3 miersiace, zupelnia sama.

  • Gość: piko.pl

    Oceniono 1 raz -1

    to wielkie sukces i Was baedzo gratuluje to mój piękny kraj

  • ingeborga.dapkunaite

    Oceniono 1 raz -1

    Serdeczne gratulacje! Wspaniała przygoda i nauka o życiu i cudowne stwierdzenie: "Iść do przodu głową, nie tylko nogami." :-)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Bestsellery