Współczesne Indie: Na obrzeżach brudu i głodu rosną miasta dla bogatych [KONTYNENTY]

Ubóstwo źle wygląda, źle pachnie. Z jednej strony prowizoryczne, niezorganizowane, z drugiej - irytująco trwałe, nieusuwalne, odnawialne. Bogaci czują wstręt, mają dość.
Portier w uniformie uchyla szklane drzwi usłużnym gestem. Wita w krainie lodowatego powietrza i stylizowanego ładu. Pilnuje granicy między nim a upalnym zgiełkiem na zewnątrz. Między bogactwem a nędzą. Renesans portierów i nadmiar śmieci - to symptom, że w Indiach przybywa ludzi, którzy znają luksus i zbytek. Że im się powodzi. Przed ich pychą ktoś musi otwierać drzwi, ktoś inny - przegrzebywać ich odpady.

Ludzie jak szczury. Tak żyją najubożsi

Wiele miast i miasteczek obywało się dotąd bez wysypisk, nawet bez większych śmietników. Nieliczni, których życie było tak dostatnie, że pozostawiało resztki, wystawiali je za drzwi. O świcie znikały. Ludzie najubożsi i zwierzęta - uliczne psy, koty, szczury i kruki - mają tu w potocznym języku tę samą nazwę: padlinożercy. Przegrzebują odpadki, odzyskując wszystko, co jeszcze da się zużyć. Każdy kawałek sznurka, nadgniły banan, zgnieciona butelka i skrawek folii zaczną nowe życie. W rynsztokach i obramowanych niskim murem niby-śmietnikach zostaje tylko bura, gnijąca maź, którą śmieciarze przenoszą na głowach, w cuchnących kubłach i na tacach, do ciężarówek. To praca dla niedotykalnych, najniżej urodzonych, których - formalnie rzecz biorąc - w demokratycznych Indiach już nie ma. A jednak są. I jak przodkowie czyszczą kanały, latryny, śmietniki. Nie wyręcza ich maszyna ani technologia. Pracują gołymi rękami. Ostatnio roboty przybywa. W niektórych dzielnicach śmieci jest więcej, za dużo.

Rodzi się przemysł ich utylizacji, którą do tej pory tak skutecznie zajmowało się rozwarstwione społeczeństwo - perfekcyjny organizm dla recyklingu. Odpadki, jak wszystkie nieszczęścia, spycha się w dół. Nadprodukcja odpadów to nowość w kraju, w którym nie wypada zostawić na talerzu odrobiny jedzenia. Gdzie przedmiotów się nie wyrzuca, tylko przekazuje dalej. Gdzie stara wiertarka i dziurawe wiadro zmieniają swoje przeznaczenie - przechodzą reinkarnację i służą nadal, nie umierają bezużyteczne. Współcześni odźwierni są jak reinkarnacja służby z epoki panowania królowej Wiktorii. Historia ich wezwała, bo w obliczu rosnącego bogactwa znów są niezbędni. Strzegą wejść do salonów z telefonami komórkowymi, hipermarketów, banków i bankomatów, nowych zamkniętych osiedli i starych drogich kamienic. Mają mundury, krawaty i czapki z dużym rondem - wszystko zbyt obszerne, jakby szyte na miarę amerykańskiego luksusu, a potem noszone przez filigranowych Hindusów. Pełnią swój portierski obowiązek starannie i z powagą, bo powierzono im istotne zadanie. Granica między dobrym samopoczuciem zamożnych a desperacją ubogich jest linią ostrego konfliktu.

Bogaci mają dość

Bogaci czują wstręt, mają dość. Są uwięzieni w pejzażu cudzej biedy - wszechobecnej, uporczywej. Ubóstwo źle wygląda, źle pachnie. Z jednej strony prowizoryczne, niezorganizowane, z drugiej - irytująco trwałe, nieusuwalne, odnawialne. Jak te szałasy, namioty, chatynki poprzyklejane do murów, porozkładane na chodnikach, pod wiaduktami. I te rodziny, śpiące na drewnianych straganach, na gołej ziemi. Nic nie mają, więc łatwo je przegonić. Z jednej ulicy na drugą, z tej do innej dzielnicy. Ale przecież wciąż tu są. Brudni i głodni. Patrzący, proszący. Samą swą obecnością coś manifestują, czegoś się domagają. Zajmują publiczną przestrzeń, pochłaniają środki z budżetu, wszystko utrudniają, spowalniają Indie. Psują smak sukcesu. Bez kontaktu z biedą nic nie można załatwić, nigdzie pojechać, przeżyć ani jednego dnia. Javed Akhtar, poeta i współtwórca scenariuszy filmowych, pytany kiedyś, dlaczego bohaterowie bollywoodzkich romansów chodzą po szwajcarskich łąkach, a nie indyjskich ulicach, powiedział, że gdyby kino miało pokazywać realia, to filmowy bohater zaraz po wyjściu z domu musiałby wdepnąć w gówno.

Indyjska klasa średnia ma rzeczywistości po dziurki w nosie - chce uciec. W kinie ogląda nowoczesnych bohaterów w sterylnych biurowcach Sydney i Manhattanu. Diaspora - czyli szczęściarze, którzy się stąd wyrwali - uosabiają spełnione marzenie. Sen o Indiach w udoskonalonej wersji, odtworzonych tysiące mil od niedrożnych rur kanalizacyjnych, skorumpowanych urzędników, dziurawych dróg i godzin spędzanych w korkach. Kto może, wyjeżdża i porzuca cywilizacyjne zapóźnienia, nierozwiązywalne trudności, a przede wszystkim - kompleksy. Palące, niedające żyć poczucie gorszości: wobec jeszcze lepiej urodzonych, zamożniejszych, wobec Anglików i tak zwanego Zachodu, wobec całego świata, który przecież indyjską biedę widzi i przypomina o niej w corocznych raportach ONZ, WHO i Banku Światowego. Można się od tego uwolnić - zamieszkać wśród Hindusów w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych czy w Niemczech, a potem, raz do roku, przylecieć do ojczyzny na ślub kuzyna i - cmokając z niezadowoleniem - wypominać krewnym, ile tu jeszcze niezrobione, jaki tu upał, nieład i tłok, a jakie tam, za granicą, życie jest wspaniałe.

Przeprowadzka na drugi koniec świata pozwala zamienić własną rozpacz i zmęczenie w poczucie wyższości. I korzystać z Indii selektywnie - wzdychać do miękkich, soczystych mango przetworzonych na pikantny chutney albo znaleźć wykształconemu za granicą synowi odpowiednią indyjską żonę i podczas wystawnej ceremonii ślubnej zaprezentować rodzinny majątek. Będą białe konie, orkiestra, potrawy posypane opiłkami złota i mercedes w posagu. Po czym wystarczy się spakować w potężne walizy, które szofer wtoczy na nowe lotnisko w Delhi czy Mumbaju, westchnąć ostatni raz w zbyt długiej kolejce do odprawy i znów oderwać się na wiele miesięcy.

Bogate getta na obrzeżach miast

Zostać i żyć w sąsiedztwie biedy - trudniej. Z wysiłkiem stawiać granice między "nami" a "nimi", wydzierać dla siebie kawałki indyjskiego terytorium, anektować ekskluzywne obszary dobrobytu. Na obrzeżach przeludnionych indyjskich metropolii rosną nowe dzielnice mieszkaniowe, całe miasta zaprojektowane dla zamożnych, którzy chcą oddychać własnym powietrzem. Taka wolność dużo kosztuje - ceny za urządzony, przestronny apartament na zamkniętym osiedlu dorównują europejskim. Poza przestrzenią życiową kupuje się również zasoby: wodę i prąd. Osiedla mają własne zbiorniki i generatory, muszą zawłaszczyć podstawowe dobra, których jest w Indiach za mało, nie starcza dla wszystkich. Kolonialne rezydencje na południu Mumbaju czy w śródmieściu Kalkuty mają urok, ale też stare rury połączone z miejskim systemem zasilania. Woda płynie albo i nie, a przynoszące ulgę wiatraki mogą w każdej chwili stanąć. Natomiast w Gurgaon, nowonarodzonym satelickim mieście Delhi, ma się pewność, że klimatyzator nie przestanie kojąco szumieć, a trawa przed budynkiem będzie codziennie podlewana. Mieszkańcy nieodległych wsi mają widok na rosnące wieżowce, ale chodzą po wodę do studni i świecą w domach lampami naftowymi. Mieszkania w Gurgaon kupuje się po to, by o tym zapomnieć. Jest to możliwe, ale tylko do pewnego stopnia.

Przed nędzą nie ma ucieczki?

Klimatyzowane samochody z przyciemnionymi szybami wiozą mieszkańców Gurgaon do konsumpcyjnych przyczółków: centrów handlowych, multipleksów, sieciowych kawiarni i biur, ale muszą poruszać się publicznymi arteriami. Bieda obsiada drogi i ulice, na czerwonym świetle puka w zasuniętą szybę, prosi o pieniądze, zostawia na karoserii ślady ubrudzonych rąk. Kto wysiądzie z samochodu, zanurzy się w gęstym powietrzu, w którym mieszają się sprawy wielu ludzi. Żeby dojść do kawiarni serwującej zimne truskawkowe koktajle i trójkątne kanapki z wędzonym kurczakiem, trzeba ominąć powyrywane w chodniku dziury. Biedni pozabierali płyty i kamienne kostki - robią z nich paleniska albo kawałki prowizorycznych domów. Trzeba patrzeć pod nogi, by nie wdepnąć w resztki z ulicznej jadłodajni albo nie kopnąć schorowanego psa, który przysypia na samym środku. Zignorować nawoływania handlarzy, których los zależy od tego, ile latarek albo dezodorantów dziś sprzedadzą. Wreszcie, tuż przed drzwiami do kawiarni, wyminąć matkę z dwojgiem dzieci. Czekają na litość. Kręcą się przed wejściem w łachmanach, nie za blisko - czują na sobie wzrok portiera. Za progiem: klimatyzowany chłód i ład. Chłopcy w firmowych koszulkach polo stara ją się doganiać standardy światowej konsumpcji. Mówią dobrą angielszczyzną, doradzają, by ciastko i kawę wziąć w zestawie, syrop karmelowy dodadzą gratis. Można usiąść wygodnie, na miękkim fo telu, tuż przy wielkiej szybie, za którą zostało wszystko, z czym tak trudno żyć.

A miało być pięknie. Niespełniony sen o Indiach

Całkowite rozdzielenie ubóstwa i dobrobytu nie jest możliwe, ale indyjska klasa średnia coraz agresywniej próbuje się separować. Bo też szybko się rozrasta - zamożnych Hindusów przybywa nawet o kilkanaście procent rocznie, teraz jest ich między 200 a 300 milionów. Wielu i niewielu zarazem - grupa odpowiadająca całej populacji Brazylii stanowi 20 proc. indyjskiego społeczeństwa. Interesuje ją bogacenie się, pomnażanie dóbr, powiększanie terytorium zamożności. Jest to możliwe wyłącznie w bezpośrednim starciu z biedą. Starciu, bo biednych wcale nie ubywa, a do tego są coraz biedniejsi. Oczywiście, zależy, jak ich niedostatek mierzyć. Bo jeśli tak zwaną granicą ubóstwa (1,25 dolara na dzień), to ich grupa zmalała. Ale organizacje pozarządowe uważają, że bar dziej adekwatny jest inny wskaźnik - żywienie. I gdy zajrzeć Hindusom do talerzy, okazuje się, że nawet połowa z nich - 600 milionów - cierpi z powodu ubóstwa. Ponad 40 procent indyjskich dzieci do lat pięciu jest niedożywionych - nigdy nie osiągną pełnego rozwoju fizycznego i psychicznego, będą chorować, gorzej się uczyć i nie spełnią wymogów rynku pracy. Głód wśród dzieci, zgony noworodków i matek przy porodach to wskaźniki, według których Indie nie odbiegają od krajów Afryki Subsaharyjskiej. Prawie 40 procent Hindusów nie umie czytać ani pisać, a połowa nie ma dostępu do toalety i wypróżnia się na wolnym powietrzu. Wszyscy oni są dla zamożnych konkurentami w wyścigu o ograniczone zasoby, uwagę polityków, władzę, wreszcie - o wizerunek Indii i o to, jakie zagadnienia zdominują debatę publiczną.

W 1947 roku Indie zdobyły niepodległość, jednocząc miliony ludzi wizją kraju, który wszystkim da lepsze życie. Bez Brytyjczyków, którzy wykorzystywali resentymenty jako najważniejsze narzędzie zarządzania tą etniczno-religijną mozaiką, Hindusi mieli zbudować wspólną tożsamość. Elastyczną ideą, mogącą pomieścić sprzeczne interesy zróżnicowanego społeczeństwa, był socjalizm. Nehru, pierwszy niepodległościowy premier, mówił, że jedynymi świątyniami w Indiach będą od tej pory tamy. Dziś to one są pomnikami chciwości i arbitralnych decyzji elit unicestwiających tradycyjne modele życia wiejskich i plemiennych społeczności. Tamy to obiekt nienawiści Arundhati Roy, nagrodzonej Bookerem przywódczyni indyjskiego alterglobalizmu, która walczy z neokolonialną polityką rządu i potężnych korporacji. Wielkie tamy są potrzebne wielkiemu biznesowi, towarzyszą wydobyciu złóż - często nielegalnemu, jeszcze częściej łupieżczemu - znajdujących się na terenach uprawianych przez rolników. Tysiące ludzi są przesiedlane w imię postępu. Nagle tracą punkty zaczepienia: naturę, która ich żywiła, pejzaże będące ołtarzami ich wierzeń, wioski łączące ich z losami przodków. Osieroceni, wyrwani z własnego życia wędrują do miast. Nie umieją się w nich poruszać, są bezbronni, nieprzystosowani. Nie mogą się nowoczesnym Indiom nijak przydać, zasilają tylko pęczniejący wór beznadziei.

(Nie)rozwiązany problem. Indie w czasach socjalizmu

Towarzysząca narodzinom Indii obietnica lepszego losu dla wszystkich nie była wyłącznie pustosłowiem. Pół wieku planowanej centralnie gospodarki nie usunęło tysiącletnich społecznych różnic, ale stworzyło system powszechnej edukacji, pozwoliło szybko zmniejszyć analfabetyzm, spopularyzować na wsiach cud zielonej rewolucji - pestycydy, meliorację, mechanizację upraw, wreszcie - zobowiązało państwo do pomocy najsłabszym, dostarczania racji żywnościowych i nasion tym, którzy - z racji biedy towarzyszącej niskiemu statusowi społecznemu - nie radzili sobie sami. Wszystkie te mechanizmy okazały się niedoskonałe, ale pomogły Indiom pokonać wielkie kryzysy i zapewniły rolniczą samowystarczalność.

W życiu codziennym wielkich miast socjalizm oznaczał, że po ulicach jeździły tylko autobusy i taksówki, najbogatsi wynajmowali reprezentacyjne auta ambassador z szoferami. Dzieci mogły swobodnie grać w krykieta na pustych asfaltowych jezdniach, a szczytem ich marzeń były cukierki zamknięte w słoju obwoźnego sprzedawcy. Gdy któryś z sąsiadów kupił lodówkę, telewizor albo doczekał się podłączenia telefonu, świętowało pół ulicy. Arystokratyczne elity, wywodzące się z najszlachetniejszych rodów, żyły odizolowane siłą wielowiekowej tradycji. Ich bogactwo było dla mas nieosiągalne, ale też do fortun nikt głośno nie aspirował. Przez kilka dekad bohaterami masowej wyobraźni i postaciami stawianymi za przykład byli ludzie niemający nic: rikszarze, włóczędzy, wiejscy nauczyciele, młodzi buntownicy, którzy na taśmach filmowych i w prawdziwym życiu szukali dla siebie szansy i próbowali pokonywać bariery społeczne. Socjalistyczne i demokratyczne ideały na długo uśpiły żądze. Zamiast agresywnej, szybkiej kariery oferowały urzędnicze posady - gwarancję świętego spokoju, pracę do emerytury oraz możliwość zainstalowania na pokrewnym stanowisku zięcia lub bratowej. W rzeczywistości reglamentowanego bogactwa pragnienia podlegały skutecznej regulacji. Także dlatego, że wiara w równe prawa i socjalistyczną sprawiedliwość pozostała w Indiach żywa - w programach partii politycznych, na wiejskich wiecach, ale też w salach uniwersyteckich i dyskusjach intelektualistów.

O autorce:

Paulina Wilk - dziennikarka prasowa, reportażystka, recenzentka i felietonistka. Pracowała m.in. w Indiach, Chinach, Kenii, Brazylii i Izraelu. Autorka książki "Lalki w ogniu" nominowanej do nagrody im. Beaty Pawlak, Angelusa i Nike.

***

Cały tekst Pauliny Wilk przeczytasz w nowym numerze magazynu podróżników "Kontynenty"



Komentarze (88)
Współczesne Indie: Na obrzeżach brudu i głodu rosną miasta dla bogatych [KONTYNENTY]
Zaloguj się
  • konrad.ludwik02

    Oceniono 81 razy 67

    Pani Paulino, mieszkam w starym, zdezolowanym domu w dzielnicy śródmiejskiej B-B i po drugiej stronie ulicy, na małym placyku mam kontener na śmieci. Widuję tam CODZIENNIE starszych (ale młodszych ode mnie!) mężczyzn, którzy z śmietnika wygrzebują rzeczy, które mogłyby się im przydać, zwłaszcza puszki po piwie. Z rozmowy z nimi wiem, że to żaden margines społeczny, żadna żuleria czy menele: po prostu ludzie o niskich emeryturach... Przy tej beztrosce władz o los zwyczajnych ludzi, może to spotkać każdego z nas!
    Acha, jeszcze dla informacji: mieszkam w Polsce.

  • marekmarek44

    Oceniono 45 razy 41

    "Bieda cuchnie i psuje smak sukcesu"-muszę przyznać acz niechętnie,piękne zdanie
    i jakieś trochę jakby znajome.

  • flamengista

    Oceniono 38 razy 30

    Świetny tekst. Gratuluję autorce i dziękuję za miłą lekturę.

    Nie wiem, czy się Pani zgodzi ale podobne wrażenia można mieć z przywołanej w tym tekście na marginesie Brazylii.

    Zawsze mnie fascynowało, że w Brazylii bieda i skrajne bogactwo są tak blisko - np. w Rio kontrolowane przez gangi dzielnice nędzy (favele) sąsiadują z luksusowymi osiedlami apartamentowców, oddzielone jedynie wysokim murem. Przecież to bogactwo kusi i irytuje. Jak to się więc stało, że ostatnie rewolucje o podłożu społeczno-ekonomicznym wybuchły w tym kraju pod koniec XIX wieku? Dlaczego biedota nie zbuntowała się przeciwko dominacji bogaczy?

    W Indiach odpowiedź wydaje się prosta - to system kastowy, a więc tradycja określa komu przeznaczone życie pełne luksusów, a kto ma żyć w nędzy. Trzeba przyznać, że to dość wygodny system dla tych, co siedzą u góry drabiny społecznej.

  • alien0

    Oceniono 33 razy 27

    Przyjedź kobito do Wałbrzycha....idź na strefę do Cersanitu i zapytaj dlaczego już chyba większość tam zatrudnionych ma na sobie zółte wdzianka, zapytaj ile zarabiają i policz ile mogą za to kupić....

  • szarak1111

    Oceniono 38 razy 26

    Niedawno polska bieda popsuła smak sukcesu i wizerunek polskiej Zielonej Wyspy polskim europarlamentarzystom, gdy kazali usunąć z głównego hallu Europarlamentu wystawę zorganizowaną przez niemiecką deputowaną.

  • tadomowakura

    Oceniono 38 razy 18

    hm...
    Dwa kraje świata: Chiny i Indie, nie mogą być oceniane według naszych europejskich kryteriów...
    Chin i Indii nie można z niczym porównać, bo niema żadnego punktu odniesienia; nawet
    porównywanie takich Indii z całymi kontynentami jest bez sensu... liczba ludności jest nieporównywalna
    z żadnym kontynentem poza Azją...
    jeśli już chcemy porównywać, to tylko tak:
    - na jednej "szali" porównań - Indie
    - na drugiej "szali" porównań - Europa i Afryka razem wzięte taka "EuroAfryka""
    jaki "dobrobyt" jest w Indiach a jaki w EuroAfryce? - ano praktycznie niema różnic...

  • remo29

    Oceniono 20 razy 18

    Cudze chwalicie, swego nie znacie warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34889,12422553,Biedronka_w_Miasteczku_Wilanow__Mieszkancy_poruszeni.html
    --
    parada karzełków

  • patrickkolno

    Oceniono 25 razy 15

    Artykul swietnie napisany, wnikliwa analiza panujacych w Indiach nierownosci spolecznych i ich przyczyn, takich jak zakorzeniony system kast czy tez kolonializm brytyjski. Tym niemniej takie artykuly niczego nie zmienia jesli chodzi o polepszenie warunkow egzystencji opisanych tu wykluczonych warstw spoleczenstwa. Wiem to z wlasnego doswiadczenia. Robilem staz w opisanych tu slumsach w Mombaju w ramach programu pewnej brytyjskiej uczelni. Oczywiscie, mowiono o niesprawiedliwosci spolecznej, demokracji partycypatywnej, feminizmie i globalizacji. Ale tak naprawde prowadzony tam projekt (relokalizacja bylych mieszkancow do wybudowanych blokowisk, polepszenia transportu miejskiego) sluzyly interesom Banku Sw i moim profesorkom, W ten sposob wyludniano dla deweloperow centrum miasta, a moje profesorki majace cieple posadki w Londynie i mieszkajace w zamoznych dzielnicach mialy swietny material na ksiazki i artykuly, jak autorka tego artykulu, aby w ten sposob uzyskac uznanie w srodowisku akademickim i ulatwic prace korporacjom w realizacji ich interesow. Bardzo sceptycznie podchodze do autorki tego artykulu. Co ona robi dla mas ubogich Polakow? Czyzby ich sytuacja nie jest dobrym materialem na napisanie artykulu, bo to takie prozaiczne i na swojskim podworku? Czy nie zachowuje sie podobnie jak opisane tu bogaty kasty hinduskie, ktore nie chca miec nic do czynienia z wykluczonymi, bo wtedy trzeba spojrzec twarza w twarz z wlasna uprzywilejowana sytuacja materialna? Czy tez nie ma na tyle odwagi czy byc moze jest na tyle jej obojetne polskie ubostwo, ze woli je zignorowac i jak typowa globalistka przemieszczac sie samolotami po swiecie, zaspokajac swoje podroznicze zachcianki? A byc moze pochodzi z zamoznej polskiej kasty, polskich elit rzadzacych i nie ma ochoty na zmienienie status quo?Bardzo mi przypomina ona pewne polskie NGO, rowniez zajmujace sie bieda w krajach Poludnia. Paradoksem bylo to, ze przed wejsciem do tejze organizacji zebrali bezdomni i jakos to NGO mialo to w nosie, bo to nie jest cool, nieegzotyczne i zajmowanie sie problemami na wlasnym podworku jest niewygodne dla obecnych elit rzadzacych. Jednym slowem, autorzy filmow, ksiazek i artykulow o biedzie w spoleczenstwie globalnym to typowa "gauche caviar" organizujaca kolokwia, spotkania, dyskusje, po ktorych sprzedaje sie za grube pieniadze roznego rodzaju gadzety, CD, ksiazki za grube pieniadze. Ciekawe tylko, na jakie cele sa te fundusze wykorzystywane?

  • cucurucu

    Oceniono 28 razy 14

    A w USA to nie ma slumsow? Przejedz sie do San Francisco czy Detroit. Nedza jest wszedzie i wszedzie powstala na skutek chciwosci.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX