Katastrofy lotnicze. Oko w oko z meteorytem [RELACJA]

Ostatnio meteoryty wielokrotnie bombardowały ziemię, głównie obszar polarny na półkuli północnej. Ryzyko zderzenia z samolotem jest tu duże. Ale do naprawdę groźnego incydentu doszło w pobliżu Antarktydy, gdzie natężenie ruchu jest niewielkie. Oto relacja z tego wydarzenia.
Airbus A340-300 chilijskich linii LAN 27 marca 2007 roku wykonuje 12-godzinny lot na trasie transpacyficznej: z Santiago de Chile do Auckland w Nowej Zelandii. Na pokładzie jest komplet pasażerów - 270 osób, w tym zespół Pet Shop Boys odbywający międzynarodową trasę koncertową. Łącznie z załogą leci prawie trzysta osób. Dla większości jest to etap podróży do Australii lub południowo-wschodniej Azji. Względnie nowoczesna maszyna jest w nienagannym stanie, pilotuje ją doświadczona załoga. Nic w tym dziwnego. Samolot należy do linii LAN uważanych za najlepsze w Ameryce Łacińskiej. Pod względem standardów technicznych i poziomu wyszkolenia załóg dorównują renomowanym przewoźnikom.

Katastrofy lotnicze. Feralna noc

Piloci kierują maszynę kursem południowo-zachodnim, a po osiągnięciu nad Pacyfikiem uzgodnionego pułapu lecą wzdłuż linii prowadzącej wprost do odległego o 10 000 km lotniska docelowego. Po pokonaniu około dwóch trzecich trasy i krótko po przekroczeniu Międzynarodowej Linii Zmiany Daty samolot wchodzi w zasięg łączności radiowej z nowozelandzką kontrolą obszaru powietrznego. Piloci airbusa nawiązują po raz pierwszy łączność. W tym czasie maszyna leci z prędkością 880 km/h, znajduje się w odległości ponad 3000 km na południowy wschód od Auckland, na pułapie 30 tys. stóp (9150 m). Treść pierwszego komunikatu różni się od zwyczajowej w takich wypadkach korespondencji radiowej. Chilijski pilot melduje: "Widzę przed sobą i powyżej jakiś świecący obiekt ciągnący za sobą smugę płomienia. Sprawia wrażenie, że wchodzi w górne warstwy ziemskiej atmosfery". W tej sytuacji nowozelandzki kontroler przekazuje "pilne ostrzeżenie" załodze drugiego samolotu, który wchodził w ten sam rejon z przeciwnej strony. Maszyna argentyńskich linii Aerolineas Argentinas, również Airbus A340, zmierza z Auckland do Buenos Aires. Samolot ten nie leci jednak dokładnie tą samą trasą, lecz nieco dłuższym łukiem, rozciągniętym bardziej w stronę bieguna. Kieruje się ku Ziemi Ognistej, zbliża się do brzegów Antarktydy. Znajduje się około 1000 km dalej na południe niż samolot, którego załoga wszczęła alarm. Kontroler sugeruje Argentyńczykom zawrócenie, ci jednak decydują się lecieć dalej.

Katastrofy lotnicze. Minuta strachu

Tymczasem załoga samolotu linii LAN przeżywa mrożące krew w żyłach chwile. Wszystko dzieje się bardzo szybko, incydent trwa około minuty. Piloci jako jedyni mają możliwość pełnej obserwacji zjawiska i aż do lądowania tylko oni zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. Duży, ognisty obiekt opada w błyskawicznym tempie prosto na samolot - jest tuż przed nim. Zanim intruz osiągnął pułap maszyny, zaczął się rozpadać i jego fragmenty znajdują się tuż za samolotem. Prędkość obiektu wielokrotnie przekracza prędkość dźwięku. Piloci nie mają żadnej możliwości uniknięcia kolizji. Los załogi oraz pasażerów spoczywa w rękach Boga. Gdy obiekt (lub jego fragmenty) dzieli od maszyny 20-40 sekund lotu, przez okna kabiny pasażerskiej widać jasną poświatę, wkrótce do samolotu docierają też fala podmuchu i fala uderzeniowa. Całkiem sporą maszyną rzuciło, przez co budzą się śpiący dotychczas pasażerowie - wszystkich ogarnia przerażenie. Huk wywołany przez przelatujące fragmenty obiektu jest tak potężny, że całkowicie zagłusza pracę silników. A przecież A340 to maszyna z najskuteczniej wyciszoną kabiną (jest tu aż dwukrotnie ciszej niż w Boeingu 767). O dziwo, zarówno ludzie, jak i samolot wychodzą cało z opresji. Piloci, którzy jako jedyni mieli możliwość ujrzenia kosmicznego gościa w pełnej krasie, są w szoku, jeszcze cztery godziny po wylądowaniu nie chcą rozmawiać o tym, co przeżyli. W korespondencji radiowej podali, że od obiektu dzieliło ich kilka kilometrów. Po wstępnej analizie danych ustalono, że nieco więcej, bo 9-10 km, jednak było to tylko 40 sekund lotu, a w kulminacyjnym momencie obiekt znajdował się dokładnie przed dziobem.

Katastrofy lotnicze. Sprawka Rosjan?

Piloci twierdzili, że o mały włos nie doszło do zderzenia z obiektem kosmicznym, natomiast nowozelandzka kontrola obszaru powietrznego była innego zdania. Jej służby zostały poinformowane przez rosyjską Federalną Agencję Kosmiczną o planowanym na 28 marca 2007 roku zrzuceniu do południowego Pacyfiku bezzałogowego statku kosmicznego Progress M-58. Nowozelandzkie władze lotnictwa cywilnego zabezpieczyły zapisy rozmów między pilotami airbusa a kontrolą lotów na potrzeby dochodzenia i podejrzewały Rosjan o podawanie niedokładnych informacji. Sugerowali, że Progress wpadł do Pacyfiku 12 godzin wcześniej, niż planowano. Taką wersję przekazano też lokalnym mediom, które ją rozpowszechniły. Rosjanie początkowo stwierdzili lakonicznie "to nie my", co dla mediów nie brzmiało zbyt przekonująco. Władze nowozelandzkie zwróciły się z prośbą o informacje w tej sprawie także do ośrodka NASA - Johnson Space Center. Tam ustalono, że Rosjanie mieli rację, bo w momencie incydentu Progress był jeszcze przycumowany do stacji ISS. Krótko po tym od niej odcumował, po trzydziestu minutach uruchomił silnik rakietowy, aby zejść z orbity, a następnie wpadł do Pacyfiku dokładnie o ustalonej przez Rosjan porze. Przy takim obrocie spraw ośrodek NASA zapytał wojskowe centrum nadzoru przestrzeni kosmicznej (US Space Surveillance Network, pod słynną górą Cheyenne), czy jakikolwiek inny rozpoznany obiekt, będący dziełem rąk ludzkich, mógł odpowiadać za to zdarzenie. Odpowiedź była jednak negatywna - nic takiego nie zostało zaobserwowane.

Katastrofy lotnicze. A jednak meteoryt

W tej sytuacji pozostawała tylko jedna możliwość - meteoryt, co zresztą sugerował opis obiektu przekazany przez pilotów. Przypuszcza się, że zanim zaczął się rozpadać, miał około 30 metrów średnicy. Tej wielkości obiekt może osiągać masę rzędu dziesięciu tysięcy ton. Poruszał się z prędkością wielokrotnie przekraczającą prędkość dźwięku, generując silną falę podmuchu. Jeśli samolot leciałby blisko powierzchni ziemi, fala powaliłaby drzewa w promieniu wielu kilometrów. Uderzenie takiego obiektu w wodę lub w powierzchnię stałą jest równie silne, co wybuch małej bomby atomowej. Dlaczego zatem samolot linii LAN przetrwał "bliskie spotkanie" z bolidem? Wszystko wskazuje na to, że do katastrofy nie doszło tylko dlatego, że meteoryt zaczął się rozpadać już w górnych warstwach atmosfery. W efekcie zamiast jednego potężnego wybuchu było wiele mniejszych. A w im większą liczbę luźnych fragmentów obiekt się zamienia, tym szybciej tracą one prędkość. W przeciwnym wypadku szanse przeżycia kilkuset osób byłyby o wiele mniejsze, a może nawet równe zeru. Niebezpieczne zdarzenia z udziałem obiektów podobnej wielkości nieraz miały już miejsce. Na nasze szczęście, nigdy nie doszło do nich w rejonie gęsto zaludnionym.

Tekst pochodzi z magazynu "Szósty Zmysł"



Komentarze (9)
Katastrofy lotnicze. Oko w oko z meteorytem [RELACJA]
Zaloguj się
  • gonzo44

    Oceniono 5 razy 5

    "Wszystko dzieje się bardzo szybko, incydent trwa około minuty. Piloci jako jedyni mają możliwość pełnej obserwacji zjawiska i aż do lądowania tylko oni zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. Duży, ognisty obiekt opada w błyskawicznym tempie prosto na samolot - jest tuż przed nim. Zanim intruz osiągnął pułap maszyny, zaczął się rozpadać i jego fragmenty znajdują się tuż za samolotem. Prędkość obiektu wielokrotnie przekracza prędkość dźwięku. Piloci nie mają żadnej możliwości uniknięcia kolizji. Los załogi oraz pasażerów spoczywa w rękach Boga. Gdy obiekt (lub jego fragmenty) dzieli od maszyny 20-40 sekund lotu, przez okna kabiny pasażerskiej widać jasną poświatę, wkrótce do samolotu docierają też fala podmuchu i fala uderzeniowa."

    to prze minutę, czy "20-40 sekund lotu" nic nie mogli zrobić tylko bezczynnie gapili się na lecący na nich obiekt ??? bez sensu...

  • Gość: kasia

    Oceniono 3 razy 3

    ojojoj

  • maquis.drake

    Oceniono 3 razy 3

    "Duży, ognisty obiekt opada w błyskawicznym tempie prosto na samolot - jest tuż przed nim. Zanim intruz osiągnął pułap maszyny, zaczął się rozpadać i jego fragmenty znajdują się tuż za samolotem. Prędkość obiektu wielokrotnie przekracza prędkość dźwięku. Piloci nie mają żadnej możliwości uniknięcia kolizji."

    Bełkot do kwadratu.

  • Gość: Piotr

    Oceniono 1 raz 1

    Prędkość dźwięku HAHAHAHAHAHHAH!!!!!!!!!!!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX