Nie byłem w aśramie. 10 dni w ośrodku medytacyjnym w Indiach

Spędziłem dziesięć dni w ośrodku medytacyjnym w Indiach. Po powrocie odkryłem, że nieważne jak długo tłumaczę, i tak wszyscy myślą, że byłem w aśramie i uprawiałem jogę. Tymczasem zrobiłem coś zupełnie innego, łącząc wypoczynek, naukę języka, poznawanie kultury i... przewietrzenie umysłu. Jak było? Posłuchajcie.
Pojechać do Indii, zamknąć się w aśramie, szukać siebie. Wydaje się to już powszechne, wręcz zmakdonaldyzowane. Wiele aśram nastawiło się na turystę zachodniego, co oznacza wysokie standardy cenowe i niskie standardy przekazu. Komunikat, że wszystko jest pięknie i poklepanie po plecach. Wprowadzenie w krótki, euforyczny stan szczęścia. Coś, co można uzyskać szybciej i taniej przy pomocy substancji takich jak alkohol. Oczywiście niektórzy dokładnie czegoś takiego szukają. I oczywiście nie w każdej aśramie tak jest.

Spędziłem dziesięć dni w ośrodku medytacyjnym w Indiach. Po powrocie odkryłem, że nieważne jak długo tłumaczę, i tak wszyscy myślą, że byłem w aśramie i uprawiałem jogę. Pojawiają się takie słowa jak channeling i new age. Tymczasem byłem na czymś zupełnie innym. Zrobiłem skok do jeziora, która nazywa się buddyzm tybetański. Różnica jest mniej więcej taka, jak między wizytą u wróżki a rekolekcjami ignacjańskimi u ojców Jezuitów. Czym jest i jak wygląda kurs, który nazywa się "Wprowadzenie do buddyzmu tybetańskiego"? Posłuchajcie.

1. Wypoczynek

To nie był turnus wypoczynkowy, tylko kurs z wiedzy, niemniej wypoczynek wymienię jako pierwszy. Spędziłem dziesięć dni w pięknych Himalajach. Niewiarygodnie czyste powietrze, optymalna pogoda. Trzy przepyszne i regularne posiłki dziennie, wydawane o normalnych porach (wbrew przekonaniu jednego z moich przyjaciół, że kolację w ośrodku jada się o 8.00 rano). Ale tym, co zdecydowało o jakości wypoczynku, był spokój. Spokój wprost nie do opisania. Myślałem o tych wszystkich ludziach, którzy po urlopie muszą odpocząć od urlopu. Myślałem też, o tym jak trudno w dzisiejszym świecie znaleźć miejsce, gdzie człowiek może zanurzyć się w spokoju aż po same uszy.

Ten spokój wymaga pielęgnacji, podczas kursu obowiązuje więc milczenie i kilka innych zasad. Ale wszystko na luzie, z radosnym przyzwoleniem na niesubordynacje. Zasady są tylko po to, aby pomagać, a nie po to by utrudniać życie. Podam przykład. W ośrodku nie można było palić ani wychodzić na zewnątrz - palacze znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Tylko teoretycznie, podczas wprowadzenia podano im praktyczne rozwiązanie. Przy jednej z bram ośrodka jest popielniczka dla palaczy (z napisem "tak, tak, to na pewno nie nałóg"), wystarczy stanąć jedną nogą na terenie ośrodka, a drugą poza nim. Ten żart dobrze pokazuje, jaki nastrój panuje w ośrodku.

Ale spokój to za mało, by wypocząć. Potrzebna jest jeszcze miła i przyjazna atmosfera. W moim ośrodku optymizm i radość wibrowały w powietrzu. Od momentu wstania z łóżka, aż do położenia się spać widziałem same życzliwe i radosne twarze.

Kolejnym ważnym aspektem wypoczynku są warunki - w moim ośrodku były doskonałe. Nieskazitelna czystość, piękny ogród, tarasy z zapierającymi dech w piersiach widokami. W ogrodzie ku uciesze wszystkich szalały małpy. Miały nawet specjalnie wybudowany basen, do którego skakały, wykonując komiczne akrobacje.

2. Obóz językowy

Za dobry, dziesięciodniowy obóz językowy z native speakerami, wyżywieniem i zakwaterowaniem, zapłacimy małą fortunę. Kurs w Himalajach kosztował... 300 polskich złotych. 30 złotych za jeden dzień. Jest to cena wręcz śmieszna, tak naprawdę nie jest to nawet cena, tylko zwrot podstawowych kosztów, czyli wyżywienia i pensji pracowników obsługi. Ale dlaczego piszę o kursie językowym, skoro w ośrodku obowiązywało milczenie? Brzmi kuriozalnie i wymaga wyjaśnienia.

Na kursie w Himalajach byli reprezentanci wszystkich kontynentów. Siedemdziesiąt osób z całego świata. Nie milczeliśmy przez cały czas. Wykłady miały otwartą formułę, można było zadawać pytania, były też grupy dyskusyjne. W mojej grupie dyskusyjnej było siedem osób: Norweżka, Brazylijka, Portugalka, Wietnamka, Niemiec, Amerykanin i Polak. Wszystkie wykłady, materiały i rozmowy były prowadzone w języku angielskim. W ośrodku znajdowała się doskonale wyposażona biblioteka. Mój angielski nie jest wybitny, nie jest nawet dobry. Mam jednak wrażenie, że postęp jest skokowy, może to kwestia wyciszenia i pozytywnej atmosfery, może czegoś innego, ale w ośrodku puściły pewne blokady językowe. Wypowiadałem się swobodniej, pewniej i bardziej świadomie. Słuchając, wyłapywałem konstrukcje gramatyczne zdań. Uczyłem się nowych wyrazów na podstawie kontekstu. Po prostu doskonały kurs językowy.

3. Poznanie nowej kultury

Kurs w Himalajach odkrył przede mną nowy świat. Pokazał również, jak wiele kurtyn trzeba odsłonić, aby zbliżyć się do zrozumienia innej kultury. Samo odwiedzenie danego kraju, zajrzenie do świątyni, to tylko oglądanie książki kucharskiej, bez pojęcia jak smakuje potrawa. Nawet odpowiednie podłoże teoretyczne nie jest zbyt pomocne. Przeczytałem kilka książek o buddyzmie, lecz nie tylko nie zrozumiałem ich sensu, wiele rzeczy odczytałem na opak. Jesteśmy uzależnieni od własnych, głęboko zakorzenionych norm kulturowych i łatwo wyciągamy błędne wnioski. Łatwo ferujemy krytyczne wyroki lub wpadamy w nieuzasadniony zachwyt. Poznanie innej kultury to proces wymagający czasu, spokoju i cierpliwości. Mimo wszystko warto! Dotykanie inności to prawdziwy motyw ruszenia w podróż.

Być może, aby dotknąć innej kultury, nie musimy wchodzić w aż tak głęboką analizę. Wystarczy usiąść na kamieniu i po prostu obserwować. Wnioski z obserwacji są intuicyjne. Tak jak przy oglądaniu filmu Rona Fricke "Baraka". Nie rozumiemy motywów działania, nie rozumiemy kontekstów, jednak zaczynamy dostrzegać to, co najważniejsze. To, że coś, co dla jednych jest dziwne, dla innych jest normalne. Zaczynamy doceniać różnorodność. Czasami mamy jednak ochotę podnieść się z kamienia i podejść naprawdę blisko. W przypadku kultury i religii takie zbliżenie się nie jest proste. Fakt, że istnieje coś tak oczywistego, wręcz banalnego, jak kurs wprowadzający do buddyzmu, zaskakuje. Ale to naprawdę działa.

Dodam jeszcze, że nie należy się obawiać kursu jako indoktrynacji. W moim ośrodku nikt do buddyzmu nie przekonywał. Wręcz przeciwnie. Na koniec usłyszeliśmy prośbę, aby po powrocie do domu nie wygłupiać się i nie udawać buddystów. Żeby szanować i doceniać kulturę, w której się wyrosło. Dziwne? Dosyć dziwne. Ale po wysłuchaniu wykładów oczywiste.

4. Przewietrzenie umysłu

Przewietrzenie umysłu to cel główny nie tylko kursu, ale buddyzmu w ogóle. Buddyzm to świat, w którym umysł jest bramą do wszystkiego. Umysł jest jak projektor w kinie. Wszyscy koncentrujemy się tym, co dzieje się na ekranie, mamy wiele nadziei i lęków odnośnie obrazów, które się pojawiają. Buddyzm to propozycja, by zwrócić większą uwagę na projektor. Ostateczny cel buddyzmu to kontrola nad projektorem. Jest to cel trudny, wręcz nieosiągalny. Ważne jest jednak to, że nawet mały krok do przodu, milimetr na drodze, która ma wiele kilometrów, może sprawić, że będziemy żyć lepiej.

Czy 10-dniowy kurs wystarczy, aby nauczyć się lepiej żyć? Aby oczyścić umysł? Myślę, że to sprawa indywidualna. Ostatniego dnia kursu każdy miał krótki czas na przemowę. Na uwagi i przemyślenia. Słuchałem tego oniemiały. Wszyscy dziękowali, wszyscy byli zachwyceni. Szwed, który na początkowej prezentacji powiedział, że jest tu, ponieważ potrzebuje materiałów do pracy doktorskiej, na koniec powiedział, że to najważniejsze dziesięć dni w jego życiu. Ja również powiedziałem coś, co zapewne brzmiało jak wielki zachwyt. Zadowolenie uczestników kursu jest tym bardziej ciekawe, że tematy poruszane na kursie były trudne. Dyskusje o naturze świadomości, ocieranie się o prawa fizyki, czytanie prac takich postaci jak Stephen Hawking. Szare komórki miały sporo zabawy. Buddyzm jest trudny. Sam Dalajlama na filmie, który obejrzeliśmy mówi o tym, że buddyści na całym świeci są rozochoceni, gdy trzeba odprawiać rytuały, a ziewają, gdy trzeba myśleć. A przecież buddyzm to myślenie!

Abstrahując od tematu wykładów, czyli buddyzmu i Tybetu, kurs przewietrzył mój umysł na wiele innych sposobów. Siedząc na tarasie, patrząc na Himalaje, pijąc caj i obserwując swoje myśli, byłem ze sobą tak bardzo, jak nigdy wcześniej. Każdy dzień to setki takich randek z samym sobą. Kurs oznaczał też wiele ciekawych sytuacji społecznych. Nauka komunikacji za pomocą uśmiechu. Czy też spontaniczne spotkanie zaraz po zakończeniu kursu. Było to spotkanie bardzo bliskich ludzi, a zarazem ludzi, którzy nie wiedzą o sobie nic. Chłopak, który siedział koło mnie na wykładach i którego na podstawie akcentu i przedmiotów na biurku scharakteryzowałem jako lekarza z Ameryki, okazał się stewardem z Niemiec. Jednak informacja z jakiego kto jest kraju i co robi jest tak naprawdę dużo mniej wartościowa od wspólnego spożywania w milczeniu posiłków czy uśmiechania się do siebie podczas mijania się w czasie spaceru po ogrodzie.

Podsumowanie

W Indiach spędziłem jeden miesiąc. Na początku miałem plan gęsty jak babciny krupnik - od miast do odwiedzenia i zabytków do sfotografowania. W końcu plan trafił do kosza, a ja połowę mojego wyjazdu spędziłem w jednym miejscu. Nie zwiedzałem, nie robiłem setek fotografii. W drugiej połowie wakacji zmieniłem się już w podróżnika. Pociągi, autobusy, tanie miejsca do spania, słynne świątynie, wiele przygód. Po powrocie myślę jednak dużo częściej o tej pierwszej połowie. To było naprawdę wielkie przeżycie. Zawsze marzyłem o czymś takim i nie miałem pojęcia, że to takie proste. Naprawdę polecam taki pomysł na wyjazd. I przypomnę, że nie byłem w aśramie.

***

Autor mieszka w Warszawie, rowerowy freak, przez wielu uważany za wariata, przez siebie samego za osobę tragicznie za ostrożną. Prowadzi bloga http://pasjavspraca.com/