Jerozolima [FRAGMENT KSIĄŻKI "Balagan"]

Takie "jalla" razem z "hallas" najczęściej - zdaje mi się - słychać w Jerozolimie. W arabsko-izraelskim, ale też żydowskim wykonaniu. Jerozolima to w końcu jeden wielki obnażony nerw, wrażliwy na najlżejszy podmuch, a co dopiero dotknięcie. Miasto bez wątpienia święte i bez wątpienia szalone. Zwariowane, zbyt namiętne, za gorące, prędkie, porywcze.
Można patrzeć na Jerozolimę okiem historyka i archeologa. I warto, przynajmniej od czasu do czasu, gdyż takiego natłoku zabytków, tylu miejsc związanych z dziejami świata, wreszcie miasta tak idealnego jako przykład wielkości, upadku i znów wielkości nie znajdzie się nigdzie indziej. Wystarczy zamyślić się w Bazylice Grobu lub w ogrodach Meczetu Al-Aksa, wejść na Górę Oliwną lub Górę Skopus, a choćby nawet spacerować zaułkami Starego Miasta, by mieć poczucie, że po tych samych wytartych kamieniach spacerowała Historia, wobec której chyba nikt i chyba nigdzie na świecie nie może być obojętny. Lub obejrzeć stare fotografie Jerozolimy z początku ubiegłego wieku, by zobaczyć, jak święte miasto, gdzie był początek wszystkiego, zmieniło się w prowincjonalną dziurę najbardziej zapadłej części tureckiego imperium, senną, zakurzoną i cichą, gdyby nie nazbyt częsty wrzask: "Hallas, to moja wiara jest jedynie prawdziwa!".

Można również oglądać Jerozolimę jak religioznawca. Najlepszym miejscem ku temu niech będzie to, gdzie pochowano Dawida, pogromcę Goliata, proroka i króla Żydów. A jeśli wyjdzie się z krypty, gdzie stoją sarkofagi władców dawnego Izraela, i pokona kilkadziesiąt niezbyt stromych schodów, już jesteśmy w kamiennej sali uchodzącej w chrześcijańskiej tradycji za miejsce, gdzie Chrystus spożywał Ostatnią Wieczerzę. Zaś kondygnację wyżej stoi smukły, wiekowy minaret. Tak oto wszystkie trzy wielkie religie mieszają się symbolicznie w jednym budynku i już nie dziwi, że wspólny w nich Bóg, patriarchowie i prorocy. Wspólna też, niestety, wzajemna niechęć (nienawiść?) i uzurpacja, że tylko w jednej z wiar ukryta jest droga ku zbawieniu, a pozostałe to ułuda i zwidy.

Można uwierzyć w opowieści jerozolimskich Arabów, jak choćby mojego Saida, jubilera ze Starego Miasta, który wie bez najmniejszych wątpliwości, że całe miasto jest tylko jego i jego współbraci. Można poszukać wspólnoty z jerozolimskimi świeckimi Żydami, dla których - opowiadają - każdy szabat jest jak wezwanie na front; zamknięte restauracje, puste ulice to religijny terror tych w chałatach i kipach, których w Jerozolimie jest więcej i więcej, choć podobno mieli rozpłynąć się w syjonistycznym Izraelu. Można wreszcie czytać ulotki i plakaty klejone na murach Me'a Sze'arim, w których stoi jak wół, że syjoniści nie są Żydami, tylko psami i świniami, a Państwo Izraela jest nielegalne i uzurpatorskie, gdyż to legalne, prawdziwe nastanie dopiero wówczas, kiedy nadejdzie Mesjasz.

Można wreszcie widzieć Jerozolimę na sposób polityczny, bo wszystko w niej polityczne: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, gdy miasto - daj Boże - będzie wreszcie wspólną stolicą Izraela i państwa palestyńskiego.

Ale nie bardzo w to wierzę, nie tylko dlatego, że jedni i drudzy nie umieją się dogadać, lecz ze względów praktycznych. No bo jak trwale podzielić miasto, które jest jednością, kto i gdzie ma dostarczać wodę, kto wywozić śmieci i dbać o czystość ulic, gdzie ustawić przejścia graniczne, czy miejska policja ma być wspólna, czy też mieć dwa różne (i niechętne sobie) dowództwa, co zrobić ze świętymi miejscami, odległymi od siebie o rzut beretem, które nijak nie mogą być eksterytorialne, a przecież jakoś są.

Umiem sobie wyobrazić, gdy w Jerozolimie, np. przy ulicy Króla Salomona, będą dwie ambasady: palestyńska w Izraelu i izraelska w Palestynie. Lecz nie umiem sobie wyobrazić, że ulicę Króla Salomona przetnie granica, bo ani myślę iść od Bramy Jafy do Bramy Damasceńskiej z paszportem w ręku. I zawsze miałem kłopot, by wyobrazić sobie, jak Jerozolima funkcjonowała do wojny sześciodniowej, gdy miasto dzieliła granica i zasieki z drutu kolczastego, a po obu stronach stały posterunki - izraelskie i jordańskie - gotowe wziąć się za łby.

A dwóch burmistrzów - żydowski i arabski - nie będzie rządzić tym miastem nigdy w życiu. Dlaczego? Bo nie.

***

Można wreszcie popatrzeć na Jerozolimę z okiem tramwaju.

Żeby poprowadzić tory, na wiele lat rozgrzebano całe centrum miasta, z natury ciasne, zapchane i zatłoczone, z zaułkami bardziej niż z szerokimi alejami. Życie w środku Jerozolimy zmieniono w udrękę. A ile plotek krążyło wokół budowy linia tramwajowej, ile opowieści o łapówkach, korupcji, kopertach płaconych pod stołem.

Aż wreszcie tramwaje ruszyły. Srebrne, cichobieżne, o zgrabnej, bardzo nowoczesnej sylwetce. Jadą leciutkim wiaduktem koło dworca autobusowego, potem w dół ulicą Jafską, skręcają przy murach Starego Miasta w Króla Salomona, a dalej ku Bramie Damasceńskiej i dawnej granicy izraelsko-jordańskiej sprzed wojny 1967 r. Przez kilka ładnych miesięcy tramwaje widma. Bez pasażerów, choć zatrzymujące się na wszystkich pustych przystankach, z fotelami w foliowych pokrowcach, rozświetlone, rozdzwonione, tylko z motorniczym, jak w filmie z miasta duchów. Przyjezdni, których w Jerozolimie dostatek, rozdziawiają gęby ze zdumienia. Takiej linii tramwajowej nie ma nigdzie na świecie.

Magistrat jerozolimski tłumaczył, że tramwaje jeżdżą puste, bo mieszkańcy muszą przyzwyczaić się do nowego środka lokomocji. Muszą nauczyć się uważać przy przechodzeniu przez tory, odwracać głowę w miejscach, gdzie kiedyś śmiało wchodzili na zatłoczone jezdnie. Muszą wreszcie zrozumieć, że nie każdy pojazd warczy jak samochód, że tramwaje jeżdżą cichutko, a jak ktoś zbyt zamyślony, rozmodlony, nawiedzony, nie usłyszy tramwaju i klops.

A i tak wnet gazety doniosły, że choć tramwajem nie jechał jeszcze żaden pasażer , na torach zginęło już kilku przechodniów. Puste jerozolimskie tramwaje stały się taką samą atrakcją miasta jak święte miejsca, rzymskie zabytki, budynek Knesetu czy hotel King David, który w latach 40., czyli pod brytyjskim panowaniem, wysadzili żydowscy konspiratorzy dowodzeni przez Menachema Begina.

Zdawało się, że kiedy do tramwaju wsiądzie pierwszy pasażer, czar linii pryśnie. Figa z makiem. Okazało się, że ich zaletą jest nie tylko piękna sylwetka, ale też fantastycznie wygodne fotele oraz to, że wsiada się do wagonu wprost z peronów bez konieczności zadzierania nogi na schodek. Pasażerowie przez dwa tygodnie jeździli za darmo, po to by się z jazdą tramwajem oswoić, co samo w sobie było przyjemne. A potem zaczęło się normalne kursowanie.

Tramwaje jerozolimskie to w dalszym ciągu tajemnica. Powód jest prosty - nie sposób nim zdążyć na czas, choć jeżdżą szybko i nie stoją w korkach. Dlaczego? Bilety można kupować w automatach, kosztują 6,60 szekli, lecz można za nie płacić tylko bilonem i konia z rzędem temu, kto od razu zrozumie instrukcję obsługi. A jakże - automat wyświetla instrukcję po hebrajsku, angielsku i arabsku, lecz pokręcone to, zagmatwane. Dlatego typowy jerozolimski przystanek wygląda tak: tramwaj podjeżdża i odjeżdża, a przed automatem stoi kolejka pasażerów usiłujących kupić bilet. Można wprawdzie próbować jechać za darmo, lecz ryzyko spotkania z kanarami sięga stu procent; przejechałem raz siedem przystanków i dwa razy sprawdzano mi bilet. Kontrolerzy wsiadają trójkami i mam wrażenie, że po prostu lubią jeździć tramwajami i dlatego ich pełno, lecz w przeciwieństwie do pasażerów wolno im wsiąść, kiedy chcą.

Na dodatek automaty są często zepsute. Przyczyny nie znam, choć zdaje mi się, że zbyt często dostają z piąchy, kiedy potencjalny pasażer nie może uporać się z instrukcją obsługi. Też to widziałem.

A i tak podróż jerozolimskim tramwajem jest niebywale przyjemna. Objeżdża niemal połowę miasta, okna ogromne, dużo widać, sucho, gdy pada, chłodno podczas skwaru. Drogo potwornie, lecz co dzisiaj w Jerozolimie jest tanie?

***

Prawda jest bowiem taka, że każdy ma swoją Jerozolimę. A moja wygląda tak.

W planie geograficznym moja Jerozolima to zaułek na plecach ulicy Jafskiej i Ben Jehuda, tam gdzie stoi synagoga i usadowiło się kilka barów. Lubię to miejsce, bo spokojne, choć w środku wielkiego, rozedrganego miasta. Zwłaszcza wieczorem w dzień powszedni, gdy w barach pusto, a kelner, na przekór frekwencji, zdejmuje pokrowiec z bilardowego stołu w starym Mike's Place.

I nagle, jak spod ziemi, przy stole wyrastają chasydzi; ultraortodoksyjna Me'a Sze'arim jest odległa o siedem minut spokojnego spaceru. Patrzę na nich i wiem, że grzeszą. Więcej - oni wiedzą, że grzeszą, lecz przyszli tu z pragnieniem grzechu i już nie odpuszczą.

Ściągają więc czarne długie chałaty. Czarne kapelusze lądują w kącie. Mają na sobie wymięte przepocone koszule. Długie pejsy chowają w kołnierze, zakasują rękawy. Biorą w dłonie bilardowe kije. Niektórzy zamówią piwo. Niby ich kilku, lecz w barze ciągle pusto.

Gdzieś pod ścianą siedzą dwie wytatuowane dziewczyny. W piwnicy trwa próba rockowej gitary. Obce kobiety, gitara, piwo z Irlandii, bilardowe kije - wszystko to zabronione. Chasydzi udający świeckich grają i grają. Dziewczyny nie muszą nikogo udawać. Na dole, gdzie próba gitary, wszyscy mówią po angielsku, choć nie ma najmniejszej wątpliwości, że są Żydami. Tak będzie tu do późnej nocy.

Lubię dach domu sióstr Elżbietanek; tzw. stary dom polski wewnątrz dzielnicy muzułmańskiej, za murami Starego Miasta. Na sznurach suszy się bielizna, a widok taki, że zapiera dech: meczety, wieże kościołów, złoto Al-Aksy, austriackie hospicjum, zaś nocą ponad wszystkim girlandy świateł, jak ostatnio na Gwiazdkę w polskich wioskach.

Lecz chyba ważniejsze od widoku jest to, co słychać. W dzień to hałas rojnego targowiska wychodzący poza Bramę Damasceńską, z ciuchami, butami, mięsem, warzywami, przyprawami, płytami, plastikiem, mydłem, powidłem. Pod wieczór - szczęk zatrzaskiwanych, żelaznych bram, turkot wózków z wszelkim towarem i z butlami z gazem, pisk gumy trącej o wapienne chodniki, szelest mioteł zbierających całodzienny brud, nawoływanie muezina. Nocą - cisza niemal doskonała; tylko zza murów dobiega szmer wielkomiejskiej ulicy. Stare Miasto zasypia, choć nie śpi nigdy. Może więc tylko zatyka sobie usta, mimo że od czasu do czasu dobiegnie nas ludzki wrzask; na dachach starej Jerozolimy pokłócili się arabscy narkomani.

Lubię, choć nie bardzo wiem za co, plac wokół Knesetu. Pewnie dlatego, że w tym ciasnym mieście to chyba jedyna odkryta pustka. Na zboczu wzgórza, więc widać daleko, ponad szerokimi arteriami pełnymi samochodów, aż po białe mury Starówki.

***

W planie emocjonalnym i ludzkim moja Jerozolima to rozedrganie, wibracja, napięcie, gorąc, czyli wszystko to, co z miasta wygnało moich przyjaciół, bo już nie mogli wytrzymać. Zresztą gdybym miał mieszkać w Jerozolimie dłużej niż przez kilkanaście tygodni, zwariowałbym bez dwóch zdań, bo za dużo tu temperatury, emocji i niepotrzebnej złości ubranej w religijne prawdy, więc niezbywalne i nie do zastąpienia, jedynie słuszne, przedwieczne, prawdziwe. Albo w zaściankowy nacjonalizm definiujący się nie poprzez szacunek do własnego, lecz przez niechęć do obcych i innych. To, co w Jerozolimie kręci mnie przez jakiś czas, na dłuższą metę odebrałoby mi spokojny sen. Mimo że kocham to miasto i inaczej nie chce być.

Pewien mój przyjaciel zamieszkał w Jerozolimie ze 30 lat temu. Wyjechał stąd bez żalu, gdy w domu został z czasem jedynym niereligijnym lokatorem i już nie chciał awanturować się z sąsiadami, że wyrzucanie śmieci w piątkowe popołudnie to żadna praca.

Inni moi znajomi co piątek wysyłali swoje dzieci do kina, właśnie po to, żeby pokazać, że uczczenie szabatu to niekoniecznie przyzwolenie na obyczaje ortodoksów. Z okien ich domu roztaczał się wspaniały widok na białe mury Starego Miasta. Dziś oglądają morze pod Tel Awiwem.

Tak naprawdę w Jerozolimie ostał się tylko Uri. Pewnie dlatego, że w swoim antyreligijnym zapale jest tak nieprzejednany, iż nie umiałby żyć tam, gdzie nie musi się spierać niemal każdego dnia. Lecz przypadek Uriego jest wielce szczególny. Zresztą nie widziałem nigdzie poza Jerozolimą ludzi tak religijnych i tak niechętnych religii. Czasami mam wrażenie, że bez siebie nie mieliby racji bytu.

Jerozolimski Beitar, jeden z najstarszych i najbardziej utytułowanych klubów piłkarskich w Izraelu, nie zatrudniał nigdy żadnego Araba i nie zamierza tego zrobić, choćby w lidze izraelskiej mieli zbierać baty. Kibole Beitaru to nacjonalistyczna ekstrema, jakiej w Izraelu nigdzie indziej się nie znajdzie. Ale też podobnych zakapiorów szukać ze świecą w obozach palestyńskich uchodźców wojny o niepodległość Izraela 1948 r. (a bardziej ich potomków). Być może nawet w Gazie nie rozmawiałem z tak zaciętymi Arabami.

Taka jest Jerozolima: cudna i pełna cudów, ale też przerażająca. Zwariować w Jerozolimie to żadna sztuka i nie chodzi mi tylko o syndrom jerozolimski, zdiagnozowaną i nieźle opisaną przez psychiatrów psychozę, która objawia się nagłą i nadmierną dbałością o czystość, potrzebą noszenia białych szat, a choremu każe identyfikować się z Jezusem, Dawidem, Mahometem, apostołami i wszystkimi świętymi. Zresztą psychoza mija bez żadnych lekarstw i terapii, gdy chory opuści święte miasto. A znak to oczywisty, iż w Jerozolimie dzieje się coś pozarozumowego, jest jakiś jerozolimski klimat i jerozolimskie powietrze, może dźwięki, może zapachy, może kamienie, a może wszystko do kupy wzięte, że bardziej wrażliwe dusze wymiękają. Zaś te niby-twarde i niewrażliwe udają, że miasto ich nie rusza. Choć rusza - nie mam żadnych wątpliwości.

Gdy Tel Awiw staje się z dnia na dzień coraz bardziej przyjazny i otwarty, Jerozolima zamyka się i szuka nieprzyjaciół. W Tel Awiwie można się wyluzować, w Jerozolimie - za żadne skarby świata. Tel Awiw uwiedzie i zauroczy. Jerozolima też, a może jeszcze bardziej, lecz na końcu przygody okaże się, że ta piękna królewna to jednak straszliwa wiedźma. To miasto dla posłusznych i prawowiernych lub dla wiecznych buntowników. Inni niech zajeżdżają tu w gości.

Nie ma takiego drugiego miejsca na świecie.

Zamów książkę "Balagan. Alfabet izraelski" na kulturalnysklep.pl