Indie - tanie podróże

Zawirowania na światowym rynku walut spowodowały, że wartość indyjskiej rupii spadła do historycznego minimum. Dzięki temu podróżowanie po jednym z najtańszych krajów świata może być jeszcze tańsze.
W ciągu ostatnich kilku dni rupia zalicza ciągły spadek w stosunku do kursu dolara: w środę za 1 usd można było dostać 55,82 rupii, co stanowi swoisty rekord. Chociaż w stosunku do sierpnia ubiegłego roku indyjska waluta straciła już 26 proc., analitycy przewidują, że jej zjazd może trwać nadal sugerując bankowi centralnemu interwencję. To, z powodu czego miejscowi specjaliści rwą włosy z głowy, cieszy turystów: dzięki słabej walucie mogą po Indiach podróżować jeszcze taniej. Jedynym, co może im nieco zakłócić rachunki jest rosnąca inflacja, która w tej chwili wynosi 7 proc, a w ciągu kilku najbliższych miesięcy może osiągnąć nawet 9-10 proc. Najbardziej, bo nawet po kilkanaście procent, rosną ceny żywności. Ta jednak dla kieszeni przybysza z Zachodu i tak jest nieprzyzwoicie tania: w lokalnej knajpce obiad złożony z ryżu, warzyw, miejscowego pieczywa i czegoś do picia można zjeść za 2-3 dolary, a w jadłodajni dla miejscowych, gdzie ryż z sosami wszelkiej maści serwują na bananowych liściach dokładając na nie z gara, póki klient nie poczuje, że ma naprawdę pełen brzuch, zapłaci się najwyżej połowę tej kwoty. Jeśli się człowiek przyzwyczai do intensywności i ostrości smaków - żyć, nie umierać! A na deser zażyczyć sobie lassi - napój na bazie jogurtu, najlepiej z dodatkiem mango: takiego zestawu nie podają nigdzie indziej na świecie.

Indie - tanie podróże

Żeby się Indiami zbyt szybko nie rozczarować, najlepiej nie przygotowywać się i nie wyobrażać sobie o nich nic. Pierwsze zderzenie z subkontynentem jest jak walnięcie obuchem; tu bardziej intensywne jest wszystko: kolory - bardziej kolorowe, dźwięki - mocniejsze, tłum - większy i nawet wychudzone psy na poboczach wydają się chudsze niż są w rzeczywistości. Unoszący się w powietrzu kurz wciska się w usta, nos i oczy, a południowy upał zmusza do wypijania hektolitrów wody - ponieważ publicznych toalet w Indiach praktycznie nie ma, niepublicznych jest zresztą też niewiele, normalnym widokiem są panowie sikający bez skrępowania przy ulicy - dla odmiany rankiem, nad rynsztokami, jeden obok drugiego pochylają się rikszarze, hotelowi boje, restauracyjni pomocnicy, dla których łóżkiem jest miejsce ich pracy, szorujący z zapałem zęby. W przeciwieństwie do samych Indii, pokrytych grubą warstwą kurzu, pełnych śmieci wymiatanych z domów na ulice i resztek jedzenia wyrzucanych na podłogi pociągów, ich mieszkańcy są bardzo czyści.

Indie nikogo nie pozostawiają obojętnym: niejeden przybysz z zachodu chwilę po wyjściu z samolotu marzy, aby natychmiast znaleźć się w nim znowu w drodze powrotnej do domu (podobno są tacy, którzy rzeczywiście tak robią). Wiele osób, które je odwiedziło twierdzi, że albo się je znienawidzi, albo - równie szybko pokocha. Jeśli weźmie się głęboki oddech i przeżyje pierwszy szok, ten olbrzymi kraj - tygiel religii, narodów i języków - pokaże swoje drugie oblicze. Oblicze kolorowych świątyń, bajkowych pałaców, ośnieżonych górskich szczytów, zielonych plantacji herbaty i dusznych dżungli, w których przy odrobinie szczęścia wciąż można zobaczyć słonia albo tygrysa.

Na pierwsze spotkanie z subkontynentem zdecydowanie lepsze jest jego południe - mniej skomercjalizowane i nie tak nachalne. Trzeba tylko pamiętać, że na zachodnim wybrzeżu, gdzie znajdują się słynne plaże stanu Goa, w czasie letniego monsunu (lipiec, sierpień) potrafi lać nieprzerwanie. Tak samo uciążliwa jest pora deszczowa (od czerwca do września) w stanach północno-wschodnich: na ulicach Kalkuty wody bywa po pas, a w Himalajach widoczność ogranicza się do kawałka ścieżki. Za to w położonych na zachodzie kraju górskich stanach Ladakh oraz Dżammu i Kaszmir najlepsza pogoda na odwiedziny panuje właśnie w czasie dwóch letnich miesięcy. W pozostałych częściach Indii pora deszczowa jest mniej uciążliwa: we znaki daje się wilgotność, ale ulewy są krótkotrwałe. W bajkowym, położonym na skraju pustyni Radżastanie, deszcze są nawet błogosławieństwem i wybawieniem od letniego upału.

Południe Indii - Goa, Kerala, Karnataka

Turysta, który zdecyduje się na odwiedzenie południa Indii, prędzej czy później wyląduje na Goa: ta dawna kolonia portugalska, którą odkryli i okrzyknęli rajem hippisi, słynie z białych plaż i skontrastowanych z nimi czerwonych skał. Wiele osób traktuje Goa jak zasłużony odpoczynek po przejechaniu innych części Indii i pomost przed powrotem do poukładanego świata.

Niewiele większy stan Kerala, uznawany za turystyczna perełkę tej części kraju, przyciąga rozlewiskami, życie których najlepiej podglądać z poziomu łodzi: najpierw z pokładu takich kilkuosobowych, nakrytych dachami, z wygodnymi siedzeniami i zapleczem kuchennym, a w węższych kanałach - z siedziska w ciasnej dłubance sunącej w zielonym tunelu z lian. Znakiem rozpoznawczym Kerali - oprócz wody oczywiście - są plantacje palm kokosowych. Sąsiednia, rozległa Karnataka, słynie z pozostałości dawnych miast (ukryte wśród skał i plantacji bananów ruiny Hampi), koronkowej roboty pałaców (np. w Majsurze), czy wykutych w jaskiniach świątyń (Badami), a chaotyczne Tamil Nadu - ze świątyń kolorowych. Stoją niemal na każdym kroku, a ich wysokie wieże, pełne płaskorzeźb w żywych barwach, robią wrażenie nawet na najbardziej sceptycznych przyjezdnych.

Północ Indii - Dardżyling, Riszikiesz, Ladakh

Choć wydaje się to nieprawdopodobne, północ jest jeszcze bardziej zróżnicowana. Tu, dla odrobiny wytchnienia, warto wyruszyć w kierunku Sikkimu: maleńkiego stanu na zboczach Himalajów wciśniętego między Bhutan, Tybet i Nepal. Najlepszą brama wjazdową do niego jest Dardżyling - miasteczko u stóp Kanczendzongi, z domkami na stokach, które wyglądają jak zbudowane jeden na drugim i najsłynniejszymi na świecie plantacjami herbaty rosnącej na słonecznych zboczach smaganych zimnym wiatrem.

Góry na drugim krańcu Indii zaczynają się łagodnie, otaczając zabudowania Riszikieszu i Haridwaru: to święte miasta hinduizmu, położone na brzegach świętego Gangesu, tuż po tym, gdy spływa ze świętych Himalajów, czyli domu Sziwy. Spokojny, niemal sielski Riszikiesz, położony na brzegach spiętych wiszącymi mostami, lata temu odkryli i opowiedzieli o nim światu Beatlesi, zamykając się na medytacjach w jednym z tutejszych aśramów (powstało w nim wiele ich utworów, a w okolicy wciąż można spotkać muzyków, w towarzystwie których wtedy grali). Jadąc dalej na północ, drogami tak krętymi i stromymi, że w ciągu całego dnia nierzadko pokonuje się najwyżej 200-300 km, dojedzie się do Ladakhu - położonego w wysokich górach najbardziej suchego stanu Indii nazywanego nierzadko małym Tybetem, zamieszkałego głównie przez wyznawców buddyzmu. Wracając stąd w stronę Delhi czy Bombaju warto zahaczyć o miasta Amritsar i Czandigar.

Organizatorzy wycieczek najczęściej proponują wizytę w tzw. Złotym Trójkącie ograniczonym Radżastanem, Agrą (tu znajduje się słynne mauzoleum Tadż Mahal) i Waranasi (najświętsze ze świętych miast, w którym po śmierci pragnie być spalony każdy Hindus). Wyglądający na przeniesiony z bajki pustynny Radżastan słynie z wykutych w ścianach fortów i pięknych siedzib maharadżów. Tutejsze miasta zachwycają havelami - tradycyjnymi domami zbudowanymi wokół wewnętrznych dziedzińców - a przede wszystkim kolorami: stara część Dżajpuru jest różowa, Dżodhpuru - błękitna, maleńkiego, położonego wokół świętego jeziora Puszkaru - biała, a zbudowanego na obrzeżach pustyni Thar Dżajsalmeru - złota.