Notatki z Japonii. Przyszłość Europy już się wydarzyła [KONTYNENTY]

Japonia, niczym egzotyczna wróżka, niesie Europie ponurą przepowiednię. Nasza przyszłość dawno się wydarzyła.
Wśród gigantycznych azjatyckich metropolii Tokio jest jedyną pozbawioną zapachu jutra. Nie wibruje od zgiełku jak Delhi - pełne zniecierpliwienia i tłumów przeciskających się do lepszego życia. Nie jest, jak Hongkong, futurystyczną grą komputerową - imponującym systemem, w którym ludzie to tylko pionki technologicznego imperium. Ani jak Szanghaj, który wymyśla siebie na nowo - burzy wszystko co stare i buduje udoskonalone dzielnice, z przekonaniem, że nowocześnie znaczy lepiej. Japońska stolica nie przypomina też Manili, z jej żywotnością i kontrastami, gdzie obok slumsów rosną szklane siedziby globalnych korporacji, a ulice drżą w oczekiwaniu na gospodarczą eksplozję, bo najlepsze ma dopiero nadejść.

W Tokio panuje cisza. Jak na planie filmu, którego reżyser dawno krzyknął "cięcie!". Dwadzieścia lat po wielkim finale aktorzy poruszają się w tych samych dekoracjach, odtwarzając wyuczone gesty. Są posłuszni regułom wolnorynkowego scenariusza, doskonale wytrenowani. Być może świadomi, że wszystko już było. Japonia pracuje jak sprawdzona maszyna - zgodnie z jedynym znanym sobie trybem, wciąż wydajnie, ale coraz bardziej ociężale. Częściej dopadają ją usterki i awarie, przegrywa z naturą. Starzejące się społeczeństwo, które dawno już doświadczyło szoku przyszłości, nie ma siły na kapitalistyczną rywalizację.

Zapaść

Po fenomenalnych latach 80., gdy Japonia zostawiła świat w tyle i przypominała planetę science fiction, przyszło gwałtowne załamanie i bankowa katastrofa, przy jakiej upadek Lehman Brothers wydaje się drobnym zakłóceniem. W pierwszej połowie lat 90. w Kraju Kwitnącej Wiśni zaczęła się stagnacja, najpierw nazywana "utraconą dekadą", a dziś trwałym "syndromem skurczonego giganta". Japończycy dotąd nie podźwignęli się z ostrej zapaści, nie wskoczyli już do pociągu przyszłości. Chwilową poprawę po tsunami lada moment może zmiażdżyć kryzys europejski.

Analitycy przez lata upatrywali przyczyn uporczywej japońskiej deflacji w nazbyt restrykcyjnej polityce fiskalnej i słabości systemów bankowych, ostatnio jednak częściej wskazują na zupełnie inną i znacznie trudniejszą do skontrolowania siłę - demografię. Japońskie społeczeństwo, jedno z najstarszych na świecie, cierpi z powodu "odwróconej piramidy". Już dziś jeden na pięciu mieszkańców wysp ma ponad 65 lat, a ponad 40 tys. ludzi cieszy się dobrym zdrowiem, choć przekroczyło setkę. W ciągu najbliższych dwóch dekad te proporcje staną się dla gospodarki jeszcze bardziej niekorzystne. Przyrost naturalny wynosi zaledwie 1,2 proc. - dużo mniej, niż potrzeba, by utrzymać rozmiary populacji. Japońskie społeczeństwo szybko siwieje, a już niebawem zacznie się kurczyć. Gwałtownie rosną natomiast obciążenia budżetu państwa - spadają wpływy z podatków, a coraz więcej pieniędzy potrzeba na opiekę medyczną i geriatryczną, przybywa osób korzystających z zasiłków. Przyszłość niepokoi wszystkich, spowodowała nawet zderzenie na najwyższych szczeblach władzy. Od początku 2012 roku w Japonii ścierają się wizje dwóch śmiałych polityków. Yoshihiko Noda, 57-letni premier, zdobył się na rzadką wśród japońskich przywódców odwagę i zapowiedział wprowadzenie dyskutowanej od ponad dekady podwyżki podatku konsumpcyjnego, ograniczenie liczby parlamentarzystów i obniżenie wynagrodzenia urzędników państwowych. Jego pomysły może jednak zahamować sprzeciw opozycyjnej Liberalnej Partii Demokratycznej, która ma większość w wyższej izbie parlamentu, a i Partia Demokratyczna, z której Noda się wywodzi, bywa kapryśna wobec swych liderów. Notowania popularności premiera spadają.

Tymczasem w przemysłowej Osace, drugim co do wielkości mieście kraju, wschodzi nowa polityczna gwiazda.

42-letni burmistrz Toru Hashimoto to człowiek innej generacji, niż starający się łagodzić wszelkie konflikty Noda. Hashimoto w japońskim świecie rezerwy i chłodnej elegancji przypomina tańczącą iskrę. Nie waha się nazywać ministrów "głupkami", otwarcie krytykuje rząd i tokijski establishment. Zamierza wymusić na parlamentarzystach zgodę na administracyjne połączenie Osaki z przedmieściami, by zredukować długi i lepiej spożytkować miejskie fundusze. Jego bezkompromisowy styl podoba się wszystkim sfrustrowanym - biznesowym elitom Osaki, burmistrzom wielu innych miast, a nawet urzędnikom z Tokio. Na razie Hashimoto ostro walczy na gruncie lokalnym, ale ma większe ambicje i jest już uznawany za największe zagrożenie dla Nody. Burmistrz z Osaki sprzeciwia się podnoszeniu podatków i zwiększaniu regulacji. Urzędujący premier jest więc w swoich oszczędnościowych planach osamotniony. Tymczasem wydatki rosną.

Bieda

Dwa lata temu japoński rząd po raz pierwszy w historii wyznaczył granicę ubóstwa - 22 tys. dolarów rocznie na przeciętnie czteroosobową rodzinę - i oficjalnie przyznał, że w kraju przybywa biednych. Dotyczące ich dane były gromadzone od końca lat 90., ale potajemnie. Dziś ubóstwo dotyka około 16 proc. Japończyków. Trudno ich dostrzec, bo dbają o pozory zamożności - mają telefony komórkowe, jeżdżą samochodami. Jednak nie mogą sobie pozwolić na zjedzenie posiłku w restauracji albo pójście do kina. Nie grozi im głód, ale są wykluczeni z życia społecznego. W Tokio, mieście symbolizującym postęp i bogactwo, jest wielu bezdomnych. Paradoksalnie, to ludzie posiadający otaczają się przedmiotami z odzysku, ciągną wielkie wózki i wory pełne produktów odrzuconych przez zamożniejszych. Rozbijają obozowiska w miejskich parkach, tuż obok odpoczywających rodzin i spacerujących uczniów. Bieda na dobre rozsiadła się w metropolii, a mimo to wciąż wydaje się niewidzialna.

Starość

Jeśli Japonia jest ponurą i prawdopodobną wizją europejskiego jutra, to nie dlatego, że ma za sobą kryzys ekonomiczny, ale ze względu na tendencje demograficzne. Globalny rytm wyznaczają dziś gospodarki krajów z przewagą młodych. Nastoletni obywatele państw takich jak Indie czy Brazylia mają przed sobą - dosłownie - długą przyszłość, a ich głodne sukcesu i wolne od schematów głowy to bezcenny potencjał. Najważniejsze, poza amerykańskim, biuro Google jest w indyjskim Bangalurze - wylęgarni informatycznych talentów.

Dzieciaki z Tokio, gdzie w metrze i na ulicach są w mniejszości, mogą tylko westchnąć. To miasto przesiąknięte czasem minionym, pełne futurystycznych zabytków.

Stalowe drzwi zasuwają się z trzaskiem. Zamiast kojącego szumu słychać głośne buczenie. Toporny mechanizm szarpie windę w górę. Guziki z numerami pięter są duże, kwadratowe. Nie wystarczy ich dotknąć, trzeba mocno wcisnąć. Na obramowaniu drzwi napis "Computer control", wytłoczony czcionką, jaką ostatnio widziałam w dzieciństwie, na ekranie komputera Atari. Technologiczny stempel odciśnięty w latach 80. z dumą dziś wywołuje odwrotne wrażenie: winda jest eksponatem z odległej epoki. Leciwa, wysłużona, podróżuje z łoskotem, jakiego wstydziłyby się jej młode koleżanki z Hongkongu czy Warszawy. Te, które uchylają swoje drzwi bezszelestnie i płynnie, oznajmiają przybycie cichym dzwonieniem, wyświetlają numery pięter na cyfrowych ekranikach. Ale i one szybko się zestarzeją, nowoczesność ma krótki termin ważności.

Jadąc zmęczoną windą na szóste piętro biurowca w centrum Tokio, myślę o naiwności, z jaką świat Zachodu wpatruje się teraz w lśniące tablety. Biznesmeni, nastolatki i wielbiciele gadżetów przesuwają palcami po śliskich ekranach, przekonani, że pod opuszkami mają rzeczywistość. Że "bycie na czasie", "przyspieszenie", "postęp" i "rozwój" to kategorie niepodważalne, wyznaczające jedyny możliwy kurs. Pędzimy autostradą naprzód, a kto nie nadąża, spada w otchłań. Innowacja jest religią zglobalizowanego świata, wielbiącego wszystko, co młode i nowe. Ufamy technologii, oddajemy się jej z wiarą, przeskakując z zachwytu w zachwyt nad kolejnymi wersjami urządzeń, bez których już nie możemy się obejść. W naszej części globu internet to Bóg, któremu powierzyliśmy wszystko. Przenosimy do sfery wirtualnej nie tylko całe branże biznesu i pieniądze, ale własne uczucia, prywatność, życie społeczne, oddajemy mu coraz więcej wolnego czasu. Powtarzamy mantry cyfrowych proroków, którzy - jak Steve Jobs ? twierdzą, że wiedzą, co nas czeka. "W przyszłości nikt nie będzie czytał" - mawiał szef Apple. Jego śmierć najbardziej zmartwiła tych, którzy nie wyobrażają sobie świata bez lidera wyprzedzającego innych swą pomysłowością. Tych, którzy odliczają dni do chwili, gdy znikną drukowane książki, gazety, a na wysypisko historii odjadą kable i telewizory. Realne spotkania i podróże okażą się niepotrzebne, bo wszyscy będziemy poruszać się w wirtualnej chmurze.

Paulina Wilk - dziennikarka prasowa, reportażystka, recenzentka i felietonistka. Pracowała m.in. w Indiach, Chinach, Kenii, Brazylii i Izraelu

***

Cały tekst można przeczytać w magazynie "Kontynenty"