Peru i Boliwia - wyprawa rowerowa [RELACJA Z WYCIECZKI]

Żując liście koki, jako jedyni Polacy okrążyliśmy na rowerach Titicacę - największe wysokogórskie jezioro świata.
Na początku miało być zwyczajnie: mamy zwiedzić na rowerach najciekawsze miejsca Peru. Spotkanie z Jerzym Majcherczykiem, odkrywcą Kanionu Colca w Peru, wywraca nasze plany do góry nogami. Podróżnik proponuje, by podnieść poprzeczkę i zmierzyć się z jeziorem Titicaca, położonym w północnej części płaskowyżu śródgórskiego Altiplano, pomiędzy wschodnimi i zachodnimi pasmami Andów. Po tygodniach przygotowań, szukania sponsorów, kompletowania sprzętu, zdobywania kontaktów i informacji - wyruszamy. Jest nas pięcioro: Ania, Roman, Szymon, Kacper i Marek. I mamy nowy cel: wytyczyć szlak rowerowy wokół jeziora Titicaca.

Wyprawa rowerowa - na początek Lima

Stolica Peru Lima wita nas gęstą mgłą. W domu Cecilii, Peruwianki studiującej kiedyś w Polsce, poznajemy pierwszy smak Peru: pisco sour, wódkę z winogron, kurzych białek i limonki. Jeszcze nie wiemy, że ten napój okaże się panaceum na dolegliwości po starciu z niektórymi tutejszymi specjałami. Za to podskórnie czujemy, że wyprawa będzie nie tylko przygodą życia, ale i podróżą kulinarną...

Wyprawa rowerowa - odcinek: Puno - Juli

Już pierwszego dnia dopadają nas wątpliwości, czy damy radę... Ruszamy z Puno, położonego 3830 m n.p.m. Droga jest ciężka, kamienista, pył dostaje się do oczu i ust, ale z każdego wzniesienia rozpościera się fantastyczny widok na Titicacę. Nasze tempo nie jest imponujące - droga w wielu miejscach prowadzi pod górę i już po 15 kilometrach jesteśmy kompletnie wykończeni. Zmęczeni i głodni rozbijamy namiot i gotujemy kolację: ryż na mleku od miejscowej oślicy. Smakuje wyśmienicie, tylko nasz przewodnik Manuel marudzi, że nie może jeść mleka i kładzie się spać głodny. A przecież sam nam mówił, że do przeżycia wystarczy mu woda i liście koki do przeżuwania...

Wyprawa rowerowa - odcinek: Juli - Desaguadero

Kolejny dzień również nie zachwyca: dzisiaj przejeżdżamy zaledwie 36 kilometrów. Nasz średni dzienny dystans nie wskazuje na to, byśmy zdążyli objechać jezioro w dwa tygodnie. No i tutejszy klimat nie sprzyja - już około 17 robi się ciemno i dalsza jazda po prostu nie jest możliwa. Inny problem to... higiena. Wokół jeziora rozciągają się tereny stepowe, pokryte suchymi kępami traw. Trudno tu o intymność, zwłaszcza gdy trzeba załatwić potrzebę fizjologiczną... Ania szczerze zazdrości Peruwiankom - ich długie kolorowe spódnice sprawdzają się w takich sytuacjach. Manuel znajduje miejsce na rozbicie namiotów i jest z niego bardzo dumny, bo obozowisko ma dostęp do wody. I choć ten "dostęp" okazuje się zwykłą pompą na podwórku, to i tak wydaje nam się luksusem - można się względnie umyć... O 19 robi się już zimno i jest ciemno, więc zrezygnowani idziemy spać. Kolejnego dnia dobijamy do granicy

z Boliwią, do pieszego przejścia w Desaguadero. Barwne miejsce - wygląda bardziej jak targowisko niż granica. Setki ludzi handlują tu wszystkim i - jak ostrzega Manuel - jest niebezpiecznie, bo kwitnie kontrabanda. Szybka wizyta w urzędzie imigracyjnym, obowiązkowa pieczątka i... "Bienvenido a Bolivia, gringos!"

Wyprawa rowerowa - odcinek: Desaguadero - Tiwanaku - Patapatani

Wysyłamy światu komunikat, że żyjemy, dokręcamy bagażniki, bo odpadło nam kilka śrub, i jedziemy w stronę Tiwanaku, słynącego z ruin pradawnego miasta. Kiepsko nam dziś idzie, w dodatku trochę nas skręca od miejscowych bakterii. Kilka tabletek węgla na chwilę uspokaja żołądki... Zwiedzanie Tiwanaku ograniczamy do głównego placu i odwiedzenia kilku knajp. W jednej z nich dostajemy ryż gotowany jakieś pięć dni temu i małego ziemniaka. Już wiemy, że Boliwia jest bardziej dzika niż Peru i dużo, dużo biedniejsza. Droga z Tiwanaku jest słaba - szutrowa, ze stromym podjazdem. Zaczynamy prowadzić rowery, kamienie nie ułatwiają sprawy. Szybko robi się ciemno i temperatura spada do zera. Jesteśmy zmęczeni, wkurzeni i zakurzeni od wszechobecnego pyłu. Tej nocy śpimy w ubogim gospodarstwie - namiot staje obok świń, kur, owiec, snopków siana, pod tropikiem moszczą się koty. Dostajemy od gospodarzy mate de coca, a Manuel długo rozmawia z nimi w języku Aymara, popijając pisco.

Wyprawa rowerowa - odcinek: Patapatani - Achacachi - Escoma

Docieramy do prawdziwego Altiplano. Płaskowyż rozciąga się stąd aż do horyzontu, na którym widać ośnieżone sześciotysięczniki. Mamy do przekroczenia pierwszą rzekę na naszej trasie - czy też raczej jej koryto, bo w Boliwii właśnie trwa pora sucha. Za miejscowością Capata czeka nas ważna decyzja. W planach mamy objazd półwyspu jak najbliżej jeziora, ale miejscowi to odradzają. - Tam nie ma dróg! - straszą. Ryzykujemy. Część kamienistej trasy sprawia, że jedziemy powoli, czasem prowadząc rowery lub przepychając je przez wyboiste pola. To, co mijamy po drodze, rekompensuje nam nadludzki wysiłek. Wielkie kaktusy nad urwistym brzegiem schodzącym do ciemnoniebieskiej tafli wody Titicaca i potężne szczyty w paśmie Cordillera Real wyglądają jak z bajki...

W miejscowych delikatesach wykupujemy cały zapas słodkich bułek, batony i colę. Kończymy objazd kolejnego półwyspu i udajemy się w stronę Achacachi. Bardzo silny wiatr utrudnia dojazd do miasta. Gdy wjeżdżamy na Plaza de Armas w Achacachi, słońce już zachodzi. Tym razem śpimy w hostelu (ten luksus kosztuje 200 boliwianos, czyli 80 zł), a na kolację pochłaniamy pique macho (góra mięsa na ostro), żeberka i miejscowe piwo. Stwierdzamy zgodnie, że dzień był udany. Nazajutrz w drodze do Escomy adrenalinę podnosi nam podjazd na przełęcz na wysokości 4100 m n.p.m. - nigdy wcześniej nie wjechaliśmy rowerami tak wysoko. Tej nocy śpimy za darmo w pomieszczeniach należących do seminarium. To dzięki fladze z Janem Pawłem II tkwiącej przy jednym z rowerów.

Wyprawa rowerowa - odcinek: Escoma - Moho - Huancane - Llachon - Puno

Większa część naszej trasy to drogi szutrowe, w dodatku wiele fragmentów jest bardzo kamienistych. Niestety, dzisiaj mamy do przebycia właśnie taki ciężki odcinek, trudno na nim rozwinąć większą prędkość. Manuel proponuje nam skrót trasą przy samym brzegu jeziora. Zachęcająco brzmiący "skrót" oznacza, że 5 kilometrów drogi szutrowej zamieniamy na 12 kilometrów przeprawy po wydmach, piaskach, półpustyniach i kamieniach. Jazda na rowerze ważącym ponad 50 kilogramów z bagażem staje się niemożliwa! Za to widoki warte są naszego wysiłku. Warunki są coraz gorsze, ale my, czując smak prawdziwej wyprawy (to w końcu ekspedycja, a nie zwykła wycieczka!), decydujemy się na trasę jeszcze trudniejszą: z dużą liczbą podjazdów. Pokonujemy w sumie 300 m przewyższenia, jadąc, jak się okazuje, szlakiem przemytniczym, czyli nieoficjalną drogą do Peru. Na granicy z Boliwią jesteśmy po 18, w ciemnościach. Przedostatni dzień wyprawy: przed nami ostatni półwysep. Po drodze rarytas - kurczak z frytkami w restauracji w Pusi. Smakuje fantastycznie, mimo że jemy go w spartańskich warunkach - na klepisku, bo w lokalu nie ma nawet betonowej wylewki. Według Manuela czeka nas jeszcze tylko siedem kilometrów do miejscowości Llachon, w której mamy dzisiaj spać. Ale przejeżdżamy ten dystans, a miasta nie widać. Gdy w końcu do niego

docieramy - po 14,5 kilometrach - od ponad godziny jest ciemno, a my jesteśmy zziębnięci i wykończeni. Wieczorem Manuel oficjalnie kończy wyprawę, mówiąc z entuzjazmem, że "Expedition ist fertig". Ale... chyba tylko on się cieszy, my w ogóle nie czujemy, że to już koniec... Chociaż po drodze często nie było łatwo, naprawdę strasznie nam żal, że nasza wyprawa życia właśnie dobiega końca.

Rano na "do widzenia" kąpiemy się jeszcze w jeziorze Titicaca. To nasz rytuał pożegnania - musi być bardzo szybki, bo woda w jeziorze ma zaledwie osiem stopni. Przed nami naprawdę ostatnia prosta do mety. Pozostałe 20 kilometrów do Puno przebywamy pod eskortą miejscowej policji, zamówionej przez Manuela ze względów bezpieczeństwa. Jedziemy równo, droga jest ruchliwa i dosyć niebezpieczna, nie ryzykujemy i nie naginamy tempa,

co trochę nas wkurza... Ekscytuje nas fakt, że dokonaliśmy czegoś niezwykłego i że daliśmy radę: nasza ekspedycja dookoła jeziora Titicaca, które jest ponad 70 razy większe od jeziora Śniardwy, zajęła nam w sumie 13 dni i przejechaliśmy łącznie 825 km. Gdy zmęczeni, ale niezwykle dumni docieramy do centrum Puno, czeka na nas szampan i... kupcy, którzy oferują kilkaset dolarów za nasze rowery. Odmawiamy. Za to sprzedajemy ciepłe śpiwory Manuelowi - za symboliczną kwotę.

Wyprawa rowerowa - jak dojechać do Peru

Bilety lotnicze najlepiej kupować z dużym wyprzedzeniem - my kupiliśmy je pół roku przed wylotem. Wybraliśmy połączenie: Katowice - Madryt (Wizzair, 521 zł/os.), Madryt - Sao Paulo - Lima + powrót (linie lotnicze TAM i LAN, 2916 zł/os.), Madryt - Poznań (Ryanair, 500 zł/os.). Koszt całkowity to ok. 4 tys. zł od osoby w obie strony. W tej cenie są już dopłaty za bagaż (1 szt. do 23 kg) i rower. Szukając tanich biletów, warto sprawdzić ofertę np. Lufthansy - często oferuje przeloty do Ameryki Południowej w promocyjnych cenach.

Wyprawa rowerowa - transport po Peru

Przykładowe ceny za bilety: autobus ekskluzywnej linii Cruz Del Sur Lima - Arequipa (150 zł + 30 zł za rower), autobusy lokalne: Arequipa - Puno (20 zł + 10 zł za rower), Puno - Cusco (50 zł z rowerem), Cusco - Lima (150 zł z rowerem).

Wyprawa rowerowa - gdzie spać w Peru

W dużych miastach darmowe noclegi mieliśmy załatwione wcześniej. Pomogli nam w tym Jerzy Majcherczyk oraz Piotr Małachowski (autor bloga "Operuję w Peru"). Podczas wyprawy dookoła jeziora spaliśmy w namiotach (ciepły śpiwór jest niezbędny!). Kilka razy udało nam się znaleźć nocleg w salce szkolnej lub w małym hostelu.

Koszt noclegu nie przekraczał wtedy 20 zł/os.

Przydatny adres: www.hostelsclub.com

Wyprawa rowerowa - PKS w Peru

Pomiędzy największymi miastami w Peru poruszamy się autobusami. Podróżujemy razem z meblami, starymi rurami instalacji wodnej i zwierzętami, np. lamą czy alpaką. Każdy podróżny składa odcisk palca na kartce z miejscówkami, co opóźnia odjazd. Metoda na ponaglenie kierowcy? Pasażerowie biją rękami w okna autobusu i tupią w podłogę, krzycząc: "Vamos! Hora!" (Jedziemy! Już czas!). Ten okrzyk to hasło naszej wyprawy.

Wyprawa rowerowa - nie można się łamać

Nasza wyprawa to nieustająca walka ze zmęczeniem. Jest mało tlenu w powietrzu, a podjazdy do wysokości 4000 m n.p.m. wyczerpują. Nawet w autobusie do Puno czujemy ból głowy, mijając przełęcz powyżej 4500 m n.p.m. Na dużych wysokościach pomaga nam napar z liści koki, który pijemy w dużych ilościach, i przeżuwanie samych liści - kupicie je tutaj na każdym targowisku. Dokucza też klimat: temperatura w ciągu dnia sięga 20 kresek na plusie, a w nocy spada do minus 10. W dzień zmagamy się z palącym słońcem i chłodnym wiatrem, w nocy z mrozem. Marznie nawet nasz przewodnik Manuel, uzbrojony jedynie w letni śpiwór.

Wyprawa rowerowa - smak wyprawy

Podczas podróży sił dodaje nam quinoa, czyli lokalna kasza nazywana w Peru matką wszystkich zbóż. W sklepikach na trasie kupujemy najczęściej wafle, słodkie bułki, batoniki, gazowane napoje i wodę. Z trudem zdobywa się tu takie rarytasy, jak konserwa rybna czy puszka brzoskwiń - w dodatku z przekroczonym terminem ważności. W knajpach jemy słoninę, białe i czarne ziemniaki (w Peru jest 2,5 tysiąca rodzajów!), kukurydzę, lomo saltado (wołowina z papryczkami i pomidorami), ceviche (surowa ryba w sosie z limonki), stek z alpaki. Wieczorami "odkażamy się" odrobiną pisco, ale i tak mamy kłopoty z żołądkami, które kiepsko reagują na lokalne specjały.

Wyprawa rowerowa - smaki Ameryki

mate de coca - napar z liści koki zwalczający objawy choroby wysokogórskiej

pisco sour - narodowy drink Peru

lomo saltado - wołowina z papryczkami i pomidorami

trucha - pstrąg serwowany z kukurydzą, ryżem i ziemniakami

quinoa - najpopularniejsza kasza w Peru, nazywana "Złotem Inków"

chicha morada - sok z kukurydzy o fioletowych kolbach

ceviche - surowa ryba w sosie z limonki

Tekst pochodzi z magazynu Happy. W bieżącym wydaniu niezwykła relacja z maratonu w Tokio