Tanie latanie: egzotyczna Rumunia za 185 zł

Przejechałam słynną szosą transfogaraską. Piknikowałam rodzinnie nad brzegiem rzeki. Znalazłam kilka zamków Drakuli i każdy był podobno prawdziwy. Do Rumunii i z powrotem poleciałam za 185 zł.
Jak podróżowałam: Katowice (KTW) - Bergamo (BGY) - Bukareszt Baneasa (BBU) - [pociąg] - Kluż Napoka (CLJ) - Bolonia Forli (FRL) - Wrocław (WRO)

Jak upolowałam bilety: Cztery loty liniami Wizzair za ok. 185 zł, z czego najdroższy był lot z Bergamo do Kluż Napoki (20 euro), którym ostatecznie nie poleciałam, bo przewoźnik zmienił godzinę odlotu na zupełnie mi niepasującą. Przebukowałam więc bilet (w takim wypadku robi się to bezpłatnie) na trasę Bergamo - Bukareszt, co ostatecznie wyszło mi na zdrowie przy planowaniu przejazdów na miejscu. Gdybym od razu kupiła bilet z Bergamo do Bukaresztu, zapłaciłabym za niego kilka euro. Ale ja najpierw kupiłam, a myślałam potem.

W dwa tygodnie po powrocie z podróży pojawiła się pierwsza na polskim rynku karta kredytowa zwolniona z opłaty za kupno biletów w Wizzair. Jej posiadaczy zapłaciliby za bilety na tę wycieczkę o 108 zł mniej (cztery razy 27 zł za każdy, bo tyle wówczas wynosiła opłata zarówno za płatność kartą, jak i za przelew).

Co robiłam: Przejechałam słynną szosą transfogaraską. Piknikowałam rodzinnie nad brzegiem rzeki. Znalazłam kilka zamków Drakuli i każdy był podobno prawdziwy. A w drodze powrotnej wpadłam na kolację do znajomych, którzy akurat spędzali wakacje w Toskanii i mieli kamienny dom z pięknym widokiem na góry.

Rumuńska szosa: przejezdna tylko w wakacje

W Rumunii było tak

Czy jedzie z nami owca

( ) Przez mój wagon przewinął się korowód osobliwych pasażerów. Najpierw wsiadła starsza pani: miała wysuszoną od słońca i wiatru twarz, chustkę zawiązaną ciasno pod szyją i trochę za duże kalosze, które kłapały przy każdym kroku. W jednej ręce trzymała wypchaną reklamówkę, a drugą tuliła małą owieczkę. Zajęła sąsiedni fotel, nie wypuszczając zwierzątka z rąk. Na kolejnej stacji znikła równie szybko jak się pojawiła i przez chwilę wydawało mi się nawet, że jej w ogóle nie było. Po niej pojawił się pastuch: raczej starszy niż młodszy, choć dokładny wiek określić było trudno, bo twarz pokrywał mu kilkudniowy zarost. Miał wytartą koszulę, znoszone spodnie i kroczył boso, podpierając się solidnym kijem. Gdy konduktor spytał go o bilet, mężczyzna opędził się od niego jak od brzęczącej muchy, a tamten bez słowa protestu, próby sprzedania biletu czy wysadzenia pastucha z pociągu, odszedł jak niepyszny. Jakby pastuchowie na gapę jeździli tą trasą codziennie (tak samo podróżowała zresztą kilkuosobowa cygańska rodzina w korytarzu). Pastuch zapadł w drzemkę w rytm kół pociągu, a kiedy już chrapał na dobre, w wagonie pojawił się młody mężczyzna: nie dość, że boso, to bez koszuli, jakby przed chwilą wyszedł z kąpieli w rzece albo właśnie do niej zmierzał. Nie miał żadnej torby, czy nawet reklamówki, tylko gazetę w tylnej kieszeni szortów. Wyjął ją, usadowił się obok i zaczął lekturę, a fakt, że był prawie nagi, nie robił na nikim wrażenia. Ja też przestałam się dziwić i przyglądając się współpasażerom uznałam, że nawet jeśli na następnej stacji w naszym wagonie pojawi się niedźwiedź, zachowam kamienną twarz.

Tak poznałam pierwszą ważną prawdę o Rumunii: jest prawdziwie prawdziwa, a nie podmalowana na potrzeby turystów. Kobiety w kwiecistych chustkach, mężczyźni w białych koszulach i kapeluszach oraz drabiniaste wozy zwożące siano z łąk istnieją tu naprawdę i na co dzień, a nie tylko na festynach i w skansenach.

Na dodatek fantazji odmówić Rumunom nie można - śmiem nawet stwierdzić, że mają jej więcej od nas. Wierzcie albo nie, ale w wielu miastach i miasteczkach na centralnym placu stoi pomnik wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa z napisem głoszącym: "Miasto (tu nazwa tego miasta), matka - Rzym". Żeby swoje korzenie romańskie podkreślić jeszcze bardziej, dwa wieki temu Rumuni - o pardon, Români, na jakich się przemianowali na bazie ówczesnych zmian uznając to określenie za bardziej przystające do synów i cór Romy - zmienili także język. Wyrzucili z niego słowa nieromańskie, zastępując je wyrażeniami zaczerpniętymi z włoskiego, łaciny, francuskiego. Osobie, która zna jako tako włoski albo hiszpański, zrozumieć mówiony rumuński jest trudno, ale bez większego problemu zrozumie sens języka pisanego.

Językowa historia jeszcze ciekawiej wygląda w sąsiedniej Mołdawii (Mołdowie), przez Rumunów nazywanej "republiką" w odróżnieniu od części ziem mołdawskich, które pozostają w granicach Rumunii. Otóż Mołdawianie z kraju ze stolicą w Kiszyniowie oficjalnie mówią po mołdawsku. Mołdawski uważany jest za tożsamy z rumuńskim, przynajmniej w wersji pisanej, bo w mówionej pełno w nim naleciałości rosyjskich i ukraińskich (na język mówiony mówią tu: brudny rumuński). W efekcie dochodzi do takich ciekawostek, że mieszkaniec Mołdawii zapytany o to, w jakim języku rozmawia w domu, odpowiada:

- W mołdawskim (czyli rumuńskim).

Pytany zaś, jaki zna język obcy, stwierdzi: - Rumuński.

Pierwsze słowo, którego nauczyłam się po rumuńsku, brzmiało "kazare". Jest właściwie jedynym, które dla przyjezdnych się liczy: to słowo klucz i swoista instytucja, bez znajomości której po Rumunii poruszać się nie sposób. Pukasz do dowolnego domu czy przechylasz się przez płot do dowolnego ogródka, w którym krząta się gospodyni, i pytasz: "Kazare?".

- Zachodź, zachodź - pokazuje ona natychmiast z szerokim uśmiechem. Kazare znaczy pokój, a pokój wynajmą wam w Rumunii w każdym domu. Mieszkałam w pokojach nawet tam, gdzie nigdy wcześniej ich nie wynajmowano - ktoś z domowników po prostu oddawał mi własny, przenosząc się na noc czy dwie na łóżko w kuchni. Wynajęcie pokoju to źródło dodatkowego, dobrego dochodu, nie ma się więc co dziwić, że nikt go nie odmówi.

"Kraj, gdzie człowiek wydaje dwa razy więcej niż zarabia gdzie przeciętna pensja nie przekracza ceny trzech par dobrych butów, a jednocześnie nie ma biedy gdzie cena samochodu równa się trzyletnim zarobkom, a mimo to trudno znaleźć miejsce na parkingu". Tak przed kilku laty pewien francuski felietonista pisał o Polsce. Wypisz wymaluj dzisiejsza Rumunia - nikt dobrze nie zarabia, a wszyscy wszystko mają

Szosa transfogaraska - ostra jazda po serpentynach

Pierwszy kazare znalazł się sam: jeden z domowników zaczepił mnie, gdy stałam na poboczu, pytając, czy mam gdzie spać?. Nie miałam, więc zaprosił mnie do domu przy bocznej cichej drodze, z oknami zajmującymi niemal całe ściany. Był tam ogromny ogród, pomiędzy dwoma drzewami wisiał hamak, a w cieniu największego gospodarze postawili drewniany stół. Ona natychmiast wyniosła wielką miskę arbuzów i deskę ciasta z bryndzą. Arbuz w Rumunii jest tak pospolity, że gospodarz moje próby obrania go ze skóry skwitował śmiechem: wyjął mi nóż z ręki i pokazał, jak wykrawać kawałki miąższu, resztę wyrzucając. Po ciasto sięgałam nieufnie, zastanawiając się, jak można zrobić coś słodkiego z bryndzą? Można, bo mają jej tu kilkanaście rodzajów: owczej, krowiej, wędzonej, słonej, słodkiej, dobrej do ciasta i takiej, która najlepiej pasuje do mamałygi. W niedalekiej górskiej wiosce wyrabiają nawet słynną bryndzę o zapachu sosny.

Na razie zajadaliśmy się słodkimi ciastkami, a gospodarz, wskazując na plastikową butelkę, zapytał wzrokiem, czy mi nalać? Słońce prażyło niemiłosiernie, po długiej drodze chciało mi się pić, łapczywie pociągnęłam więc ze szklanki solidny łyk. Prawie wypaliło mi gardło, oczy stanęły w słup, a kiedy odzyskałam zdolność mówienia i wytłumaczyłam panu, że myślałam, iż to woda, zaniósł się śmiechem jeszcze większym niż wtedy, kiedy próbowałam obrać arbuza. Tylko turystka nieznająca miejscowych obyczajów mogła się spodziewać, że w butelce po wodzie, na stole tuż obok studni, do wczesno popołudniowego lekkiego posiłku gospodarz poda gościowi wodę. Drugie słowo, którego nauczyłam się po rumuńsku, brzmiało "prune". "Śliwka" - podstawa doskonałego bimbru tuica, słynnego na całą Rumunię. Wyśmienity robią zwłaszcza tu, w Transylwanii - mrocznej krainie sadystycznego hrabiego, gdzie jego imieniem nazwano niemal wszystko: jest camping Drakula, restauracja Drakula, hotel Drakula, sklep Drakula, o danich i drinkach nawiązujących do słynnego wampira nie wspominając.

Pierwowzorem najsłynniejszego wampira świata miał być miejscowy hospodar, słynący z okrucieństwa Wład III, zwany Palownikiem (Vlad Tepes) z powodu zamiłowania do wbijania wrogów na pal, albo Drakulą (dosłownie synem diabła - jego ojcem był bowiem Wład II o przydomku Diabeł, czyli Vlad Dracul). Do jego prawdziwego zamku - w odróżnieniu od kilku innych, które się tylko zamkami Drakuli nazywają - trafiłam już pierwszego dnia. Wznoszącą się wysoko na nieodstępnej skale i widoczną z odległości kilku kilometrów cytadelę w Poenari zbudowali jeńcy Włada Palownika - nielojalni poddani bojarzy jego ojca, którzy mieli pecha wpaść w ręce okrutnego syna. Ten wielu od razu wbił na pal, pozostałych zmusił do morderczego marszu przez góry, a tych, którym udało się przeżyć, zapędził do roboty. Wspięłam się na cytadelę po 1480 schodach, co skrupulatnie wyliczyli budowniczowie. Przy wejściu, żeby nie było wątpliwości, do kogo ten zamek niegdyś należał, najpierw minęłam drewnianą szubienicę i dyby, a kawałek dalej - dwóch wbitych na pale, ociekających krwią chłopów, brodatych i w strojach z epoki. Wyglądali bardzo sugestywnie.

Z twierdzy rozciągał się rozległy widok na okolicę. W dole zobaczyłam drogę, którą przyjechałam od strony cywilizacji, a po drugiej stronie tę, którą miałam ruszyć jutro: wiła się po górach przyciskając do skał i biegnąc wiaduktem przerzuconym między stromymi ścianami nad doliną, by za zakrętem zniknąć na odludziu. To słynna szosa transfogaraska o kryptonimie DN7C (drumul national 7C), którą Nicolae Causescu rozkazał zbudować po inwazji wojsk radzieckich na Czechosłowację w 1968 roku. Obawiając się, że Wielki Brat może tak samo postąpić z Rumunią, zrozumiał, że potrzebuje sprawnej przeprawy, która pozwoli na szybkie przerzucenie wojsk z południa na północ kraju. W żadnym innym wypadku nikomu nie przyszłoby do głowy budować czegokolwiek w poprzek tej posępnej pionowej ściany: licząca sobie 151 km DN7C to gigantyczna serpentyna wspinająca się w najwyższym punkcie na wysokość 2034 m n.p.m. i przybiegająca pomiędzy dwoma najwyższymi szczytami kraju - Moldoveanu (2544 m n.p.m.) i niższym o zaledwie kilka metrów Negoiu. Do jej budowy zużyto 6 000 000 kg dynamitu, a według oficjalnych statystyk w ciągu czterech lat prac zginęło tu 40 żołnierzy.

Dzisiaj szosą transfogaraską można przejechać tylko przez trzy letnie miesiące w roku. Potem, od późnego lata do wczesnego lata następnego roku, jej najwyższy odcinek zamykają z powodu zalegającego śniegu, który zresztą jest tu nierzadkim widokiem nawet w lipcu. Krajobraz tak bardzo przypomina północ, że każdej zimy na przełęczy Rumuni budują hotel lodowy wzorowany na tym z Laponii - żeby się do niego dostać, czasem trzeba pokonać przynajmniej kilka kilometrów przez zaspy pieszo.

Latem za to ruch na szosie jest jak w ulu. W kierunku gór jeden za drugim zmierzają wypakowane po dach samochody, najczęściej w grupach po trzy-cztery. Jest piątkowy ranek, w Rumunii to już prawie weekend, czas więc zacząć weekendowy sport narodowy - kemping. Każda polanka, płaskie miejsce między skałami czy ładniejszy skrawek pod drzewem zajmują namioty. Stoją także nad brzegami rzek i nawet przy tych, które nie wydają się ani trochę atrakcyjne ludzie biwakują pluskając się z zapałem w płytkiej, brunatnej wodzie. Jeśli ktoś wyjechał z miasta tylko na dzień albo bez namiotu, zamierzając spać w hotelu, obowiązkowo zatrzymuje się na piknik: na wyposażeniu każdego samochodu znajduje się alumata, która częściej niż do siedzenia służy do rozłożenia wiktuałów. Raz z podwożącą mnie rodziną rozłożyliśmy się na polanie nad rzeczką, z której dopiero co odjechał inny samochód. Miejsce było bardzo ładne: ocienione, piaszczyste, z widokiem na góry i tabliczkę z informacją, że to teren prywatny, więc jeśli chcesz na nim kempingować - zadzwoń (podano numer telefonu). Wskazując na nią, spojrzałam pytająco na kierowcę, który donosił właśnie z bagażnika kolejne dobra, ale on jedynie wzruszył ramionami.

- My tylko na godzinę, a to się nie liczy - wyłuszczył.

Szosa transfogaraska na dobre zaczyna się przy jeziorze Vidraru, powstałym po spiętrzeniu rzeki na potrzeby elektrowni. Wiedzie wysoką i długą tamą, z której śmiałkowie lecą z krzykiem w przepaść obwiązani liną bungee, i która się kończy skrętem w lewo, w trasę wokół jeziora. Wysoko na górze, nad absolutnym pustkowiem, stoi absurdalna figura błyszczącego srebrem człowieka z wysoko wyciągniętymi rękami - to rumuńska wersja Prometeusza, który bardziej niż boga dzierżącego światło przypomina robota.

Dalej szosa wiedzie wokół jeziora, które widać cały czas między drzewami po lewej. Po prawej są kramy z pękami obwarzanków i krany z wodą pitną wmurowane w litą skałę. Czasem funkcję kranu pełni spadający wprost na drogę wodospad: wystarczy podstawić butelkę. Jedzie się tędy dość wolno, bo droga - choć wbrew temu, co o niej czytałam, nadspodziewanie dobrej jakości - wije się ostrymi serpentynami. Kiedy w końcu wyjeżdżamy z lasu, wiraże stają się jeszcze ostrzejsze, zakręcając za każdym razem pod kątem 180 stopni. Serpentyna za serpentyną pniemy się do góry, a każdy wjazd i zjazd jest swego rodzaju rytuałem - należy pomachać wszystkim jadącym z przeciwka, a jeśli zatrzymaliśmy się akurat na chwilę podziwiać widoki - każdemu przejeżdżającemu. Tamci odmachują z uporem godnym lepszej sprawy. Ponieważ ruch jest spory, machamy i machamy śmiejąc się przy tym jak wariaci. Jeszcze weselej robi się, gdy wjeżdżamy do tunelu albo półtunelu, czyli pod betonowy sufit nad drogą oparty z jednej strony o ścianę góry, z drugiej - o solidne pylony. Pasażerowie zaczynają wtedy radośnie krzyczeć. Im głośniej, tym lepiej - przez otwarte okna głos niesie się daleko zwielokrotnionym echem. Co bardziej wyluzowani kierowcy włączają klaksony, trąbiąc nimi przerywanie jak na zabawie. Od stromych ścian odbija się kanonada dźwięków: "Uważajcie ludzie, my też tam jedziemy!".

Kilka razy minęliśmy pasące się samopas dzikie konie, ale niedźwiedzia ani widu, ani słychu, choć niektóre bywają ponoć tak bezczelne, że potrafią wyjść na szosę przed jadące auto. To słynne rumuńskie niedźwiedzie, których - po Rosji - żyje tu najwięcej w Europie. Konkretnie: po tutejszych górach hasa połowa europejskich niedźwiedzi brunatnych, co według różnych statystyk daje ich 5000-6000 sztuk. Co roku słychać o przypadkach ataków na ludzi, a najczarniejszą sławą cieszy się miasteczko Braszów, do którego misie potrafią zejść z otaczających je górskich lasów na krótkie wycieczki. Zdarzyło się, zabiły tam mężczyznę śpiącego na ławce i turystkę wspinającą się w pobliskich górach, a niczym nadzwyczajnym nie jest też widok dorodnego misia buszującego w miejskich śmieciach. Jednak według Rumunów, których spotykam, niedźwiedzie nie są problemem realnym, tylko wyolbrzymionym przez turystów.

- Niedźwiedzie? - roześmiał się jeden z kierowców zapytany o niebezpieczeństwo stanięcia oko w oko z dzikim zwierzem. - Nie wierz w te bajki. Ludzi atakują bardzo rzadko, najwyżej raz w roku.

Z przełęczy poznaczonej kramami z mydłem i powidłem, parkującymi wszędzie samochodami, małym błękitnowodnym jeziorkiem Bâlea i stacją kolejki linowej, którą można zjechać kilka kilometrów na drugą stronę wzdłuż wodospadu, rozciągał się rozległy widok na doliny. Danu i Maria, którzy mnie tu zabrali, rozejrzeli się z najwyższego punktu, po czym zaczęli żegnać i schodzić w stronę auta. Jechali tu kilka godzin tylko dla tego widoku.

Ja zjechałam w dół na drugą stronę (kilka kolejnych godzin serpentynami i przystanków na pikniki), po czym ruszyłam w kierunku Braszowa szosą wiodącą równolegle do gór Fogaraskich. Dopiero stąd dobrze widać, czym są: ciemna ściana wyrasta nagle z równiny przegradzając kraj na dwie części. Gdyby ktoś nie wiedział, że przez te góry wiedzie droga, patrząc na nie z tej perspektywy potraktowałby to jak bajkę. Prędzej zobaczę Drakulę niż uwierzę, że tamtędy można przejechać.

Klucze zostawiam w pelargonii

Góry w Rumunii są ogromne, ale jeszcze większe są przestrzenie - tu naprawdę można wziąć głęboki oddech. Kiedy jechałam w stronę Braszowa, po raz pierwszy od bardzo dawna w Europie zobaczyłam krajobraz bez słupów elektrycznych - po prostu nie miałyby dokąd prowadzić. Wśród pól i gór w oddali tylko czasami pojawiała się jakaś senna wioska: domy - różowe, zielone, niebieskie, a nawet w paski, stały ciasno jeden obok drugiego, tworząc z przylegającymi do nich kolorowymi murami ciąg odgradzający ludzi od szosy. Nad co drugą wioską stał zamek, cytadela albo przynajmniej ich ruiny. Jak dużo jest ich w Rumunii, dotarło do mnie dopiero wtedy, kiedy jeden z miejscowych kierowców rozłożył mapę, by pokazać mi, którędy mam jechać dalej. Była to mapa turystyczna z atrakcjami oznaczonymi ikonkami: cała płachta była upstrzona małymi zameczkami tak, że trudno było coś między nimi przeczytać.

Jadąc za jego wskazówkami trafiłam do pewnego miasteczka, a w nim - domu z ogrodem należącego do pewnej starszej Rumunki, z którą wspólnie znałyśmy tylko jedno słowo: "kazare". Podróżowanie bez rezerwacji ma tę zaletę, że mogę wybrać sobie to miejsce, które mi się podoba - pukam do domów z dużymi ogrodami, altanami i gankami, na których można odpocząć, a czasem robię się nawet wybredna tak, że wyglądam hamaka albo przynajmniej foteli w cieniu drzew. Wieczorem siadywałyśmy w nich z gospodynią, czekając na zachód słońca: chociaż nie znałyśmy swoich języków, ja opowiadałam jej, dokąd wybieram się jutro, a ona mnie - dlaczego chodzi o lasce (przewróciła się na prostej drodze łamiąc nogę w kilku miejscach - nie pytajcie, jak to zrozumiałam). Porozumiałyśmy się też, gdzie zostawi mi klucz, gdybym wróciła przed nią (w drugiej doniczce z pelargoniami licząc od strony wejścia). Spać zaś chodziłyśmy z kurami. Miałam pokój z piecem z ozdobnych kafli, prawdziwą toaletką i srebrną ikoną nad łóżkiem. ( ).

***

Fragment pochodzi z książki Marzeny Filipczak "Lecę dalej. Tanie podniebne podróże", która w kwietniu 2012 roku ukazała się nakładem wydawnictwa Poradnia K.

O autorce:

Marzena Filipczak , dziennikarka i redaktorka, autorka wydanej w 2009 roku książki "Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet", w której udowodniła, że każdy może wyjechać w długą, samodzielną podróż, tym razem pokazuje, że każdy może wyskoczyć za grosze po miętę do Maroka, na porto do Porto albo przeprawę przez maderskie góry czy rumuńskie bezdroża. Książka została nagrodzona w 2009 roku Nagrodą Magellana jako najlepsza książka podróżnicza roku.

O książce:

"Lecę dalej" to książka złożona z dwóch części. W pierwszej autorka opisuje 12 podróży na 12 miesięcy roku, które odbyła korzystając z promocji w tanich i regularnych liniach lotniczych. Zimą zajadała się truskawkami w Afryce, wiosną spacerowała po gajach oliwnych, latem szukała chłodu nad Oceanem Arktycznym, a jesienią - słońca na wyspach na Atlantyku. Marzena Filipczak odwiedza miejsca niezwykłe i zwykłe, a te powszechnie znane opisuje z nowej perspektywy, oddając lokalny klimat i wynajdując atrakcje nie opisywane w przewodnikach. Cześć druga to kompendium wiedzy na temat tanich lotów, z którego można się dowiedzieć m.in. gdzie i kiedy szukać promocji, jak płacić, żeby nie przepłacić, jak kupić bilet za 3 euro do Fezu i dlaczego na Ibizę najlepiej lecieć przez Sztokholm. A także, dlaczego na koło podbiegunowe trzeba zabrać komplet ołówków z temperówką.

Marzena Filipczak, "Lecę dalej. Tanie podniebne podróże": wydawnictwo - Poradnia K, cena - 39,90 zł., premiera - kwiecień 2012 roku.