Tanie latanie: Wyspy Kanaryjskie, czyli wakacje na Lanzarote za mniej niż 300 złotych

Na Lanzarote polowałam już od jakiegoś czasu. Zależało mi, żeby polecieć tam pod koniec września albo w październiku. Kiedy więc w systemie pojawiły się bilety z Madrytu na Wyspy Kanaryjskie, a chwilę potem bardzo dobry czasowo dolot do stolicy Hiszpanii, nie zastanawiałam się ani chwili. Całość: siedem lotów tanimi liniami za ok. 270 złotych.
Jak podróżowałam: Łódź (LCJ) - Mediolan Bergamo (BGY) - Madryt (MAD) - Arrecife na wyspie Lanzarote (ACE) - Madryt (MAD) - Santander (SDR) - Bruksela Charleroi (CRL) - Wrocław (WRO)

Jak upolowałam bilety:

Siedem lotów liniami Ryanair za około 270 zł (konkretnie: dwa loty po 6 euro, dwa - połaczenie Mdryt-Lanzarote i z powrotem - po 17 i trzy po 7 euro ustrzelone w czasach, kiedy pomiędzy pierwszym a ostatnim biletem cena europejskiej waluty pędziła jak startujący samolot).

Na Lanzarote polowałam już od jakiegoś czasu. Zależało mi, żeby polecieć tam pod koniec września albo w październiku. Kiedy więc w systemie pojawiły się bilety z Madrytu na Wyspy Kanaryjskie, a chwilę potem bardzo dobry czasowo dolot do stolicy Hiszpanii, nie zastanawiałam się ani chwili. Za to powrót - nieee, 12 euro za bilet z Madrytu do Paryża, Rzymu albo Brukseli, skąd mogłabym się dostać do Polski, to jakaś porażka. Postanowiłam więc odłożyć zakupy na później, tym bardziej, że czasu miałam całkiem sporo (możliwości także - a przynajmniej tak mi się wydawało). Ale później zaczęłam wymyślać i marudzić: ponieważ w Madrycie bywałam ostatnio często, nie miałam ochoty zostawać w nim po raz kolejny, bo już mnie nudził (w grę wchodził więc tylko wylot z lotniska Barajas wczesnym rankiem, żeby nie marnować w nim czasu), chciałam za to koniecznie polecieć przez Brukselę, zostając w niej ze dwa dni, żeby odwiedzić koleżankę. - A może by tak przy okazji wpaść jeszcze na tydzień do Tangeru? - zastanawiałam się. Z nadmiaru pomysłów w końcu nie zdecydowałam się na nic, potem poleciałam do Laponii, a kiedy wróciłam - do wylotu na Lanzarote został miesiąc - usiadłam do komputera i wzięłam, co było. I tak miałam szczęście, trafiając na chwilową promocję (bilety po 7 euro) i zgrywając kolejne loty.

Co robiłam na Lanzarote:

Obeszłam pewną wyspę dookoła - przez białe plaże, pomarańczowe kaniony, czerwone góry i czarną lawę, w dole zaś rozbijały się z hukiem fale - były banalnie błękitne. Wspięłam się na kilka wulkanów: zaglądanie w ich kratery okazało się jednak mniej pasjonujące niż obserwacja miejscowych ogrodów - z czarnego żwiru wyrastały kaktusy, palmy, a nawet róże. Widziałam, jak suche rośliny zapalają się od gorącej ziemi, i trzymałam jej grudki - były tak gorące, że musiałam je przerzucać z dłoni do dłoni.

Czytaj relację z Lanzarote:

Gdzie są ludzie z naszego puebla

Malutka Graciosa aż do XIX w. była niezamieszkała, przez dwa poprzednie stulecia nader chętnie bywali za to na niej piraci. Legendy o zakopanych skarbach, które rozgrzewają wyobraźnię do dzisiaj, zainspirowały Roberta Louisa Stevensona - to Graciosa miała być słynną "Wyspą skarbów".

Wysepka jest jak mikrokosmos - jest na niej wszystko, ale w miniaturze. Graciosa liczy sobie 27 km kw. rozciągniętych owalnie z południa na północ. Dróg asfaltowych nie ma tu w ogóle, za to zbocza czterech wulkanów i pola lawy znaczą bite trakty i ścieżki rozmaitych klas. Po niektórych mogą się poruszać jedynie piesi, inne są dla rowerów, a jeszcze inne - dla samochodów. Przez graciosańskie bezdroża mkną nieliczne auta terenowe z napędem na cztery koła, rozwożące turystów pod wulkany i białe plaże na jej krańcach. Jedyna droga główna jest nawet oznaczona na mapie kilometrażem: żeby się dostać z portowego Caleta del Sebo do złożonego z kilkunastu domostw Pedro Barba trzeba pokonać 5,9 km. Na wyspie są tylko te dwie miejscowości.

Poza tym w Caleta del Sebo są: kościół, poczta, bank z bankomatem, ośrodek zdrowia (lekarz z Lanzarote urzęduje tu według grafika, a trudniejsze przypadki i tak odwozi się do szpitala tam), apteka, piekarnia, supermarket i mniejszy sklepy, dwa pensjonaty, kilka pomniejszych apartamentów oraz jeden kemping (tak, na Graciosie jest prawdziwy, całoroczny) limitowany do 200 przybyszów. Choć więc turystów jest mało, a miejscowych też nie za wielu - cała populacja liczy sobie niewiele ponad 600 mieszkańców, z czego dzieci w tygodniu przebywają w internatach na Lanzarote - na Graciosie są aż dwie kompanie promowe, a szybkie katamarany mkną z Orzoli jeden za drugim. Kiedy dotarłam do portu, w cieniu na ławeczce czekając na transport siedziała niewielka grupka osób. Za to na betonowym nabrzeżu, wybudowanym obok czarnych skał, ruch panował jak w ulu: jeden obok drugiego stało kilka samochodów dostawczych ze świńskimi półtuszami, piwem i paletami słodyczy. Popłynęliśmy - w dziewięć osób - w towarzystwie kilku świniaków, pięciu beczek Heinekena, pomniejszych pakunków nadanych przez ludzi nie licząc. Miejscowi wynieśli się z Lanzarote chwilę wcześniej wodną taksówką, która przycumowała obok chłodni z mięsem (z braku innych ludzi w pobliżu nawet ją odcumowałam, co kapitan pokazał mi na migi). Chociaż nigdy, nawet przy największych falach, nie zdarzyła mi się choroba morska, tu jednak nie chciałabym nią płynąć - stateczek wyglądał jak łupinka miotana przez żywioł. Cieśnina Rio dzieląca Lanzarote od Graciosy słynie z delfinów i wyjątkowo solidnych fal. Kiedy nasz załadowany dobrem katamaran odbił na szerokie wody, bujało na nim jak na Titanicu. Siedzieliśmy wszyscy na dziobie trzymając się kurczowo relingu, ale nikomu do głowy nie przyszło schować się do środka, bo widoki były nieziemskie - płynęliśmy pod pionowym zboczem klifu Famara, mając go niemal na wyciągnięcie ręki. Gdy statek minął dwie ostre, wystające z wody skały z latarnią morską i zrobił gwałtowny zwrot w lewo, zobaczyliśmy Graciosę w całej okazałości. Stąd wyglądała prawie tak samo jak z samolotu - jak płaska pomarańczowa tarcza z wystającymi czerwonymi stożkami. Pod jednym z nich rozciągała się długa, biała kreska - domy w Caleta del Sebo były najwyżej jednopiętrowe, a jedynym, co się wyróżniało na tle ich białych ścian, były małe mozaiki przy niektórych wejściach. Tak samo jak na całej wyspie, tu też nie było asfaltu i żółta, piaszczysta plaża płynnie przechodziła w kolejne ulice. Równie płynnie się kończyła: kiedy wychodziło się za ostatni dom, droga po prostu się rozpływała, a tuż za jego ścianą znowu zaczynały się wydmy, łachy kolorowego piasku i pola lawy. Tu jest koniec naszego puebla, a dalej nie ma nic.

Życie w Caleta

Życie w Caleta toczyło się własnym, powolnym rytmem. Codziennie na nabrzeżu w porcie stał ten sam oficer, na promenadzie dwóch tych samych hipisów sprzedawało pamiątki, a na ławeczce pod ścianą baru zasiadało czterech tych samych starszych panów. Niektórzy nosili nawet słomkowe kapelusze w kształcie kwiatu dzwonka, charakterystyczne dla mieszkańców wysp. Był październik, lecz słońce grzało niemiłosiernie, co o tej porze roku jest ewenementem. Rozgrzana do czerwoności senność Calety kończyła się wraz z jego zachodem: na tej szerokości tarcza słońca znika za horyzontem dość szybko, jakby ktoś wyłączył żarówkę (za to księżyc, odbijając się od fal, oświetla plaże nocą lepiej niż niejedna latarnia). W wiosce zaczynało się wielkie rozwieszanie prania, szorowanie okien i malowanie ścian, a ja mogłam wreszcie wrócić do namiociku, który rozbiłam na plaży między małymi wydmami wyglądającymi jak babki z piasku. Jedynym, na czym można było go rozpiąć przy takim podłożu i wietrze, były solidne kamienie. Trzeba przyznać, że organizatorzy plaży - należy ona do Parku Narodowego, ale recepcji na miejscu nie ma - zadbali o nie wyśmienicie: pomiędzy wydmami były kołki z numerowanymi miejscami, a przy każdym z nich solidny zapas podłużnych, płaskich kamieni. Nie zwiało mnie nawet ostatniej nocy, kiedy tropiki i przedsionki straciła mniej więcej połowa turystów.

Marsz wokół Graciosy okazał się jednym z lepszych pomysłów, jaki kiedykolwiek przyszedł mi do głowy i jeśli kiedyś będziecie w okolicy, wprowadźcie go w życie koniecznie. Szłam sama, przez zupełne pustkowie, czując się jak prawdziwy odkrywca - dopiero w drugiej części dnia na zachodniej części wyspy, przez którą wiedzie popularna droga dla dżipów, minęło mnie kilka aut, niewielu więcej rowerzystów i dwójka piechurów zmierzająca w przeciwnym kierunku. Najpierw przemierzyłam ścieżkę wiodącą przez wydmy z widokiem na ocean po prawej i największy na wyspie wulkan po lewej: w zależności od padania promieni słonecznych stożek zmieniał kolor z czerwonego na brązowy, a potem z brązowego na zielony, wciąż się więc zatrzymywałam, by sprawdzić, jak wygląda?. Potem na drodze wyrosło urwisko lawy, o które z hukiem rozbijały się fale. Kiedy je przemierzyłam, w oddali pokazała się znajoma biała kreska, jednak dużo krótsza: Pedro Barba wyglądało jak oaza na pustyni, a kiedy do niego doszłam, doliczyłam się kilkunastu zabudowań - wśród białych domostw i nieśmiertelnych ogrodów kaktusów nie było żywego ducha. Potem była długa, długa plaża, kolejny czerwony wulkan i strome wybrzeże, na którym lawa spotkała się z oceanem, tworząc zastygłe mosty, okna i tunele.

To już nie był Mordor, to było prawdziwe piekło.

Gdy zakręciłam, zaczęło robić się dość monotonne, bo po lewej wciąż miałam widok na ten sam wulkaniczny masyw we wnętrzu Graciosy, a po prawej - przypominającą cielsko wieloryba wyspę Clara Montana. Rozdeptywałam kolejne muszle i prawie nie zostawiałam śladów - ziemia w tym miejscu była czerwona, spękana i wyschnięta na wiór. W skałach nad samym morzem znalazłam kilka zapadlisk z wysuszoną naturalnie solą - akurat potrzebowałam jej do bagietek z miejscowym serem i pomidorów, które zabrałam na drogę; piknik na Plaży Muszel (Playa de Las Conchas) - idealnie białej formacji, na której piasek wcale nie jest piaskiem tylko rozdrobnionymi muszelkami - udał się wyśmienicie. Na koniec, kiedy przemaszerowałam już długą i prostą jak strzała drogą wśród skał po zachodniej stronie wyspy, stanęłam oko w oko z przedziwną górą. Wiem, wiem, wszystkie poprzednie były przedziwne, ale ta jednak bardziej niż tamte razem wzięte: była w ostrym kolorze żółci, zwieńczona jeszcze ostrzejszą czerwienią i schodziła stromo do samego oceanu. Zsunęłam się po niej ostrożnie, trafiając pod długą ścianę wyrzeźbioną przez wiatr jak Kanion Kolorado - fale musiały być w tym miejscu wysokie, bo białe ślady soli widniały 3-4 metry nade mną. Poszłam ostrożnie wąskim występem w kierunku ukrytej pod rzeźbioną ścianą plaży. Odetchnęłam z ulgą, stawiając na niej pewny krok i wskakując wprost pomiędzy golasy. Bajkowa plaża pod górą Amarilla była doskonałym ukryciem dla rzeszy naturystów.

Dalej było już banalnie - droga na mój kemping wiodła przez kolejne białe i puste plaże, w okolicy których sennie kołysało się kilka jachtów. Maszerowałam przeklinając ten rajski piasek na czym świat stoi, bo stopy zapadały mi się po kostki. Szczęśliwie przez końcem pojawiło się pole porządnej, znajomej lawy.

Gdzie diabeł mówi "dzień dobry"

() Chodziłam po wulkanicznych skałach, które opadały stromo do oceanu, a zajęcie to zafascynowało mnie tak bardzo, że na ścieżynie na klifie zastała mnie noc. Zapadła całkowita ciemność, bo przez wyjątkowo grube chmury księżyc się nie przebijał. Wzdrygnęłam się - krajobraz z ciekawego, nietypowego czy jak go tam zwać, nagle zamienił się w posępny. Przyspieszyłam kroku w drodze na dół, bo wcale nie miałam ochoty tu zostać, a im bardziej chował się księżyc, tym bardziej czułam się nieswojo. Słowo daję - nic takiego w życiu dawno mi się nie przytrafiło, po prostu chciałam stamtąd jak najszybciej zwiać. I pewnie zapisałabym ten wieczór w pamięci jako nieudany, gdyby nie to, że na czarnym niebie nagle coś rozbłysło. Najpierw pomyślałam, że ktoś wystrzelił racę albo sztuczne ognie, bo biała kula zbliżała się do ziemi szybko, ciągnąc za sobą świetlisty warkocz. Ale przecież wokół nie było żywego ducha, a ja nie słyszałam żadnego strzału - cisza panowała tu absolutna. Potem - że to kometa, bo "coś" wyglądało jak zwiastun zagłady w katastroficznych filmach. Ale przecież komety nie pojawiają się znikąd ani nie latają tak nisko, a ja miałam ją na wyciągnięcie ręki. Wszystko trwało dwie, może trzy sekundy i "kometa" znikła za skałami, spadając do oceanu. Do dzisiaj nie mam pojęcia, co to mogło być. Czy widziałam, jak na diabelską wyspę spadł meteoryt?

"Pierwszego września 1730 roku, pomiędzy godz. 9 a 10 wieczorem, w pobliżu Timanfayi, dwie mile od Yaizy, nagle otworzyła się ziemia. Z jej wnętrza wyrosła olbrzymia okrągła góra, a płomienie z jej szczytu pluły przez 19 dni. Towarzyszyły im ogromne ilości lapilli [rodzaj kulistych okruchów skalnych wyrzucanych podczas wybuchu wulkanu], pyłów i popiołów, które pokryły całą okolicę " - zapamiętał ksiądz z parafii w Yaizie. Przez sześć kolejnych lat, do kwietnia 1836 r., Lanzarote rozrywały kolejne eksplozje, a niebo nad wyspą przysłaniały dymy i popioły. Lawa płynąca z setki kraterów zmieniła urodzajną wyspę już na zawsze.

Dzisiaj na terenie dawnej apokalipsy jest tylko jeden czynny wulkan. Nazywa się Timanfaya - tak samo, jak jedna z wiosek zniszczonych w XIX w. i park narodowy utworzony w tym miejscu (to tu znajdują się Montanas del Fuego, czyli Góry Ogniste). Chociaż od ostatniego wybuchu wkrótce miną dwa wieki, z powodu małych opadów i braku erozji Timanfaya wygląda tak, jakby ognista katastrofa przeszła tędy dosłownie przed chwilą. To 51 km kw. lawy zastygłej w kaniony i tunele, kraterów, stożków, wydm oraz kolorowych wulkanicznych skał i piasków: ponieważ wśród palety barw króluje ognisty pomarańcz, góry popiołu z daleka wyglądają jakby naprawdę płonęły żywym ogniem. A kiedy podejdzie się do nich bliżej, robi się też gorąco - tuż pod powierzchnią ziemi żywioł nadal się kotłuje.

Dojechałam do Timanfayi wczesnym rankiem, kiedy drogę wśród czarnych skał w kierunku najwyższego wulkanu Islote de Hilario przemierzały nieliczne samochody. Na jego szczycie Cesar Manrique zaprojektował punkt widokowy i restaurację El Diablo zbudowaną z czarnych skał wulkanicznych. Może wcześniej szłam przez Mordor oraz piekło, ale dopiero teraz miałam okazję stanąć oko w oko z diabłem. Przybrał postać jednego z pracowników obsługujących park, dla zmyłki przywdziewając skromny mundurek w kolorze buro-zgniłym. Gdy doszłam do El Diablo, schylił się ku ziemi i z uśmiechem podał mi garść czerwonych kamyków. Auć, one parzyły! Przerzucając je z ręki do ręki, dałam krok do tyłu, ale tam wcale nie było lepiej: stałam nad dziurą w ziemi, głębokości może dwóch metrów, z której buchało gorącem jak z piekarnika. Wokół zbierał się już tłum gapiów, a "szatan" z szatańskim uśmiechem wziął długie widły, zagarniając nimi ze sterty suchych roślin solidną porcję w głąb dziury. Ludzie patrzyli zauroczeni. Po chwili z wnętrza ziemi zaczęły się wydobywać coraz gęstsze kłęby dymu, a za nimi pojawiły się płomienie - susz zajął się tak szybko, jakby ktoś przystawił do niego zapałkę. Trzeba było uciekać z nawietrznej, bo dym i gorąco buchały prosto w twarz. W powietrzu czuć było siarkę.

Przedstawienie dopiero się zaczynało. Kiedy ogień przygasł, mężczyzna pokazał nam mały otwór w ziemi, każąc ustawić się w pewnej odległości od niego. Grzecznie stanęliśmy za wskazaną linią, a on wziął wiadro wody, chlusnął nią do środka i szybko odszedł. Po kilku sekundach z wnętrza ziemi w górę trysnął wysoki słup wody, jak gejzer, który się właśnie zagotował.

Prawdziwe gotowanie odbywało się jednak w El Diablo: na tyłach sali jadalnej znajdowało się pomieszczenie ze ścianami wyłożonymi - jak wszystko tu - idealnie czarnym kamieniem. Na środku zbudowano coś na kształt studni, na której kręgach leżały kratki, a na nich skwierczał kurczak. Po pomieszczeniu roznosił się zapach skrzydełek opiekanych na wulkanicznym barbecue.

Pracownik obsługi opowiadał coś po hiszpańsku, a z jego długiej przemowy wyłowiłam tylko kilka cyfr.

- English? - zapytał, gdy skończył. Kiedy kilka osób skinęło głową, prosząc o przetłumaczenie, sprawnie wyjaśnił: - Six meters, 400 degree.

Potem to samo powiedział po niemiecku.

I właściwie było to wszystko, co o fenomenie Timanafaya można powiedzieć na pewno. Tego, dlaczego w niektórych miejscach temperatura kamieni zaledwie kilka centymetrów pod ziemią sięga ponad 100 st.C., na 6 m - 400, a na 10 m dochodzi nawet do 600, naukowcy wyjaśnić nie potrafią.

Przez samo serce księżycowego krajobrazu Gór Ognistych wiedzie kilkunastokilometrowa trasa "po wulkanach" (Ruta de los Volconas). Pomaszerować nią, niestety, nie mogę, ale to nie szkodzi - z okien autobusu, który przemierza to przedziwne miejsce, rozciągają się widoki, jakich nie widziałam nigdzie indziej na świecie. Pozwalają zapomnieć nawet o tym, że - chociaż kierowca zatrzymuje się w co ciekawszych miejscach - na zewnątrz nikomu wychodzić nie wolno. Jeśli byłam w Mordorze, piekle, a rankiem przywitałam się z diabłem, to teraz do diabła nie mam pojęcia, dokąd trafiłam!

Autobus kluczył pośród kolorowych skał, a kierowca manewrował na wąskiej drodze tak, że powinien dostać przynajmniej tytuł mistrza piekielnego. Przemierzaliśmy czerwone pustynie, bordowe wydmy i przejścia między żółtymi skałami. W oddali majaczyły pola idealnie czarnej lawy i zwałowiska szarych popiołów. Przejechaliśmy między wąskimi ścianami wyrzeźbionymi przez naturę w przedziwne kształty - tuż po wybuchu w tym miejscu był tunel lawy, który z czasem się zawalił. Zajrzeliśmy we wnętrza kilku kraterów i zlustrowali jaskinie powstałe z wyplutych przez ziemię kamieni. Z głośników płynęła opowieść proboszcza z Yaizy o tym, jak rozstąpiła się tu ziemia. Ludzie siedzieli z nosami przyklejonymi do szyb: chyba nikt z nas nie wierzył, że to, co jest za oknem, istnieje naprawdę.

Ziemia ciągle się budzi

Wulkany na Wyspach Kanaryjskich nie dają zapomnieć o sobie tak łatwo. Gdy układałam się do snu na lotnisku w Madrycie, Hierro - wysuniętą najbardziej na południe i zachód wyspą archipelagu - solidnie zatrzęsło. Był to największy z serii wstrząsów, które nawiedzały ją regularnie od trzech miesięcy. Właśnie wybuchł podwodny wulkan, a władze w obawie o erupcję kolejnego - bliższego lądowi - ewakuowały kilkuset mieszkańców.

Żywioł na Hierro przypomniał o sobie po 218 latach uśpienia.

***

Fragment pochodzi z książki Marzeny Filipczak "Lecę dalej. Tanie podniebne podróże", która w kwietniu 2012 roku ukazała się nakładem wydawnictwa Poradnia K.

O autorce:

Marzena Filipczak , dziennikarka i redaktorka, autorka wydanej w 2009 roku książki "Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet", w której udowodniła, że każdy może wyjechać w długą, samodzielną podróż, tym razem pokazuje, że każdy może wyskoczyć za grosze po miętę do Maroka, na porto do Porto albo przeprawę przez maderskie góry czy rumuńskie bezdroża. Książka została nagrodzona w 2009 roku Nagrodą Magellana jako najlepsza książka podróżnicza roku.

O książce:

"Lecę dalej" to książka złożona z dwóch części. W pierwszej autorka opisuje 12 podróży na 12 miesięcy roku, które odbyła korzystając z promocji w tanich i regularnych liniach lotniczych. Zimą zajadała się truskawkami w Afryce, wiosną spacerowała po gajach oliwnych, latem szukała chłodu nad Oceanem Arktycznym, a jesienią - słońca na wyspach na Atlantyku. Marzena Filipczak odwiedza miejsca niezwykłe i zwykłe, a te powszechnie znane opisuje z nowej perspektywy, oddając lokalny klimat i wynajdując atrakcje nie opisywane w przewodnikach. Cześć druga to kompendium wiedzy na temat tanich lotów, z którego można się dowiedzieć m.in. gdzie i kiedy szukać promocji, jak płacić, żeby nie przepłacić, jak kupić bilet za 3 euro do Fezu i dlaczego na Ibizę najlepiej lecieć przez Sztokholm. A także, dlaczego na koło podbiegunowe trzeba zabrać komplet ołówków z temperówką.

Marzena Filipczak, "Lecę dalej. Tanie podniebne podróże": wydawnictwo - Poradnia K, cena - 39,90 zł., premiera - kwiecień 2012 roku.





Komentarze (2)
Tanie latanie: Wyspy Kanaryjskie, czyli wakacje na Lanzarote za mniej niż 300 złotych
Zaloguj się
  • Gość: Podpisz się

    Oceniono 1 raz 1

    Dzięki za opis Graciosa. Już od dawna co roku jesteśmy pytani przez Hiszpana u którego wynajmujemy zimą
    mieszkanie na GC, czy nie mamy ochoty pojechać na trochę na Graciosę. On ma tam prosty rybacki dom tuż przy plaży. Po tym opisie chyba już skorzystam. A jeśli chodzi o ten "meteoryt", to mam takie podobne dziwne
    przeżycie. Od zimujemy na GC i nie raz widziałam spadające meteoryty do morza. Ale to, co widziałam w domu w Wiedniu było inne. Mieszkam tuż przy Dunaju i którejś letniej nocy siedząc przy komputerze widziałam jak "meteoryt?" leciał (inaczej niż te inne) wzdłuż Dunaju (mam widoczność ca. 500m). Leciał dokładnie wzdłuż, zostawiajac nieduży czerwony ogień i nie doczekałam się żadnego huku. Co to było? Nie mam pojęcia.

  • Gość: Tomasz

    Oceniono 20 razy -10

    przeciez tam nic nie ma ;] po co tam latac ?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX