Tanie latanie. Cała prawda o tanich lotach

Ostatnio nie udało mi się co prawda polecieć nigdzie za złotówkę, ale za parę złotych - i owszem, i to kilka razy. Na moje jedyne zmartwienie, że wszędzie już byłam, też znalazło się antidotum - w postaci nowych połączeń
Trochę dla zabicia czasu, a trochę z przyzwyczajenia, zajrzałam na stronę jednej z tanich linii. Kalendarz cen na kolejne miesiące nie różnił się od tego, jaki oglądałam wczoraj i parę dni te-mu, i doprawdy nie wiem, czemu postanowiłam je sprawdzić. Tak jakoś mi się kliknęło. Ooo, 19 zł z Łodzi do Londynu? Głupio byłoby nie kupić. No to kupiłam. Nie wiem jeszcze, co będę robić - pewnie z dzień się powłóczę, a potem wsiądę w nocny autobus: Megabus uruchamia właśnie połączenia po funcie z Paryżem, Brukselą albo Amsterdamem. Z któregoś z pobliskich lotnisk do Polski za kilkanaście złotych wróci się zawsze.

Tanie loty - cztery tańsze niż jeden

Byliśmy wtedy na nartach we włoskich Dolomitach, a jedna z nas chadzała do szkółki. Kiedy przedostatniego dnia żegnała się z grupą mówiąc, że w sobotę nie przyjdzie, bo musimy wyruszyć wcześnie w długą drogę do Polski, popatrzyli na nią jak na kosmitkę: - Ale jak to? - spytali. - Dlaczego nie przylecieliście i nie wynajęli samochodu na lotnisku?

Ich zdziwienie było równie wielkie jak nasze rozbawienie, gdy opowiadała nam to wieczorem. Niezła anegdotka - lecieć na tak krótkiej trasie samolotem. Nie działo się to w zamierzchłej przeszłości, tylko jakieś 8, może 10 lat temu. Dlatego gdy rok później kupowałam pierwszy bilet w tanich liniach, z wrażenia trzęsły mi się ręce. Dziś na to wspomnienie też się trzęsę, ale za śmiechu - jak mogłam uznać tamtą kwotę za tanią? Wtedy jednak trudno było polecieć dokądkolwiek w Europie za mniej niż 1000 zł, dlatego 600 zł za bilet do Edynburga było okazją, jaka jeszcze niedawno mogła się tylko przy-śnić. Na szczęście sen dość szybko zmienił się w rzeczywistość, i to w dość radosnych kolorach: pojawiały się kolejne tanie linie, bilety za przysłowiową złotówkę, a wraz w z nimi weekendy w Paryżu, Barcelonie, Rzymie, czy Florencji - wtedy już miałam zasadę, że latam maksymalnie za 200 zł. Ale wkrótce się rozbestwiłam i przesunęłam tę granicę w dół. Znacznie w dół - za koło pod-biegunowe leciałam za równowartość biletu kolejowego po Polsce, a do Marrakeszu - który szybko stał się jednym z moich ulubionych kierunków i potrafię do niego wyskoczyć choćby na dwa dni - za niewiele więcej. Gdy powoli zaczynało mi brakować pomysłów, z odsieczą przyszły linie regularne, które na pojawienie się przewoźników niskokosztowych zareagowały tak, jak zareagować powinny - promocjami. Dzięki nim mogłam ruszyć do Rosji, Albanii czy Turcji. Łącza się grzały, a ja kupowałam kolejne bilety - do legendy przeszły takie po 4 grosze (udało mi się) i po 0 złotych (do dzisiaj nie mogę przeboleć, że je przegapiłam).

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy byłam:

* w Fezie - za 130 zł; *na Sycylii - za 108 zł; *w norweskich Bergen i Stavanger - za 104 zł; *na Ibizie - za 75 zł; *na Maderze - za 345 zł; *w Gruzji - za 320 zł; * na Huculszczyźnie - przeloty do Rzeszowa 96 zł (plus groszowe kwoty za ukraińskie pociągi); * w Transylwanii - za 185 zł; * w Laponii - za 426 zł; * w Odessie - za 106 zł (przy okazji powrotu okrężną drogą z Mołdawii); * na Lanzarote - za 270 zł; * na jarmarku bożonarodzeniowym w Dortmundzie - za 69 zł.

Zanim polecę za 19 zł do Londynu, wybieram się do Macedonii. Cztery loty do greckich Salonik, które od granicy tego kraju dzieli kilkadziesiąt kilometrów (tanimi liniami można dolecieć także do Skopje), kosztowały mnie 190 zł. Trochę przepłaciłam, ale zdecydowałam się późno, wylatuję w długi majowy weekend, a w dodatku znów zachciało mi się lecieć przez Bergamo. To moje ulubione lotnisko: włoskie miasteczko na wzgórzu, z uroczym rynkiem, koncertem dzwonów z kościelnych wież i najlepszymi ciastkami na świecie.

Normalnie nie jestem taka wybredna - jeśli trzeba latam na Ibizę przez Sztokholm, przesiadam się w polu kukurydzy, a z Wysp Kanaryjskich wracam czterema lotami. Choć wydaje się, że nie ma w tym żadnej logiki, tak jest taniej, a przy okazji za dodatkowe parę euro mogę odwiedzić znajomych. Czasem mam nawet fantazję, by wpaść do nich na kolację - z perspektywy Polski 150 km z lotniska w jedną stronę nie jest żadną odległością.

Tanie loty - ceny

Wbrew malkontentom, wieszczącym koniec ery taniego latania razem z lotami za złotówkę, miewa się ono całkiem dobrze. Wystarczy chwytać okazje i umieć się z nich cieszyć.

Tylko od początku tego roku bilety poniżej złotówki widziałam dwa razy. Najpierw za połączenie Wizzairem z czeskiej Pragi do Wenecji (do Pragi można dojechać Polskimbusem - co prawda nie poniżej złotówki, ale za złotówkę już tak). Gdy niedługo potem zbankrutowały węgierskie linie Malev, Wizzair natychmiast uruchomił nowe połączenia z Budapesztu: powrotny bilet z Warszawy można było kupić za 8 zł. Chwilę później z Krakowa do stolicy Węgier i z powrotem można było polecieć Ryanairem za 60 groszy.

Dziś tych cen już nie ma, ale bilet powrotny z obu lotnisk nad Dunaj można kupić za kilkadziesiąt złotych nawet specjalnie go nie szukając. Loty za 4 zł na podsztokholmskie lotnisko Skavsta, Torp pod Oslo czy do Malmo trafiają się regularnie. O Bergamo, Bolonię, Rzym, Paryż czy Brukselę jest nieco trudniej, ale wykazując trochę cierpliwości w czekaniu i dostosowując się do terminów, bez problemu znajdzie się coś za 20-50 zł. Z Wrocławia można dolecieć bezpośrednio na Kretę czy na Maltę, z Krakowa - na Sardynię, Sycylię i Cypr, a z Poznania - na Majorkę. Bilety powrotne da się kupić poniżej 200 zł i jeśli przez chwilę łapię się na myśli, że to drogo, to chyba mi się jednak w tej głowie przewróciło.

Pamiętam, jak kilka lat temu wpatrywałam się w kalendarz cen Norwegiana, ale choć go zaklinałam na różne sposoby - mam małego bzika na punkcie Skandynawii - bilety do Bergen nie schodziły poniżej 500-600 zł. Dzisiaj bez problemu można tam polecieć za 19 zł - Wizzairem z Gdańska (ta sama linia i w tej samej cenie lata z Gdańska do Trondheim, a z trzech polskich lotnisk - do Stavanger). Bilet na trasie Bergen - Oslo Torp w Norwegianie kosztuje równowartość 50 zł, a na Torp da się dolecieć z każdego zakątka Polski - nawet za 4 zł.

Gdy rok temu wylatywałam do Bergen, z Warszawy do Gdańska do-stałam się przez Malmo - oba loty kosztowały razem 45 zł. Ceny połączeń krajowych wołały wtedy o pomstę do nieba, a między portami regionalnymi - z pominięciem Okęcia - nie latało nic. Dzisiaj oprócz Lot-u można podróżować Eurolotem (od 99 zł za np. trasę Wrocław-Gdańsk), a kilka dni temu z lotami krajowymi i takimi samymi cenami wystartował Olt Express.

Wreszcie ruszyło się coś z połączeniami do Wenecji, i to z kopyta. Długo nie latało tam tanio nic, a w tym sezonie pojawiły się: Ryanair w Wrocławia, Air One z Warszawy i Volotea z Krakowa. W Ryanair jak to w Ryanair - da się polecieć tam i z powrotem za kilkadziesiąt złotych. Lądujący na głównym weneckim lotnisku Air One sprzedawał w promocji bilety powrotne za mniej niż 40 euro, a w rozpoczynającej lada moment loty Volotei jeszcze 2 tygodnie temu można je było kupić za 19 euro (w jedną stronę i niemal na każdy termin). Kilka lat temu, za pierwszy wyczekany promocyjny bilet do Wenecji zapłaciłam 299 zł - i tak się ciesząc, bo wcześniej trudno było o ceny poniżej 800 zł. Za tyle samo i w tej samej promocji Lot-u udało mi się polecieć do Petersburga. Dziś do Petersburga jeżdżę przez Rygę: najpierw samolotem z przesiadką w jakimś porcie skandynawskim (kilkadziesiąt złotych), i dalej za grosze autobusem SimpleExpress (można nim pokonać także całą drogę). W regularnych promocjach Lot-u "Szalona środa" za plus/minus 300 zł da się dolecieć praktycznie w każde miejsce w Europie - w ostatnie lato właśnie za tyle odwiedziłam Gruzję.

Tanie loty - tanie linie za dodatkowe opłaty

"Nie złorzeczę, że tanie linie żądają dodatkowych opłat za bagaż, lądują daleko od miast i puszczają irytujące reklamy. Oczywiście wolałabym, żeby było inaczej, ale gdyby tak się stało, tanie linie nie byłyby już tanie. To nie organizacja charytatywna tylko biznes, który ma zarabiać. Niech więc sobie zarabiają jak chcą - ja dzięki temu mogę tanio latać.

Być może nie miałam z nimi żadnej >chamskiej< przygody także dlatego, że nigdy niczego specjalnego nie oczekiwałam. Tanie linie to nie klasa biznes na trasie z Europy do Singapuru, tylko taki podniebny PKS: pokazuję bilet, wsiadam, zajmuję miejsce, wysiadam. Nie żądam od konduktora darmowego wina, czy własnego telewizorka. Dostaję dokładnie to, za co zapłaciłam. Moje jedyne wymaganie: dotrzeć na miejsce sprawnie i bezpiecznie" (cytat z książki "Lecę dalej. Tanie podniebne podróże").

Jedynym, co mnie martwi jest to, że znienawidzi mnie redaktorka, z którą omawiałam ten tekst. Kilka dni wcześniej za bilety na trasie Łódź-Londyn-Łódź zapłaciła 240 zł.

*Autorka wydanej właśnie książki "Lecę dalej. Tanie podniebne podróże". Opisuje w niej 12 wycieczek na 12 miesięcy roku odbytych dzięki promocjom w tanich i regularnych liniach lotniczych oraz podpowiada, jak takie bilety kupić i co zrobić, żeby się tanim lataniem nie rozczarować.

Tekst pochodzi z "Gazety Wyborczej"

Chcesz się dowiedzieć więcej o tanim lataniu? Przeczytaj!

Komentarze (3)
Tanie latanie. Cała prawda o tanich lotach
Zaloguj się
  • s0ap

    Oceniono 1 raz 1

    Warto obejrzeć, aż chce się pakować plecak!
    bopsi.com/video/commercial-flight-behind-the-scenes

  • Gość: Karol

    Oceniono 4 razy 2

    droga autorko tekstu: propo tych przesiadek, uwazaj jak kiedys jeden z lotow bedziesz miec opoziony lub skasowany, i wtedy caly misterny plan.. wiadomo. cala podroz runie jak domino i bedziesz kminic jak sie dostac z pola kukurydzy w Skandynawii do Polski. last minute ticket nie kosztuje 1zl. powodzenia i Wesolych Swiat.

  • Gość: Arek

    0

    Chyba planuje wszystko 4-5 miesięcy wcześniej !?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX