Australia, Nowa Zelandia. Lato w środku zimy

Na drugiej półkuli wszystko stoi na głowie: ziemia jest czerwona, ptaki niebieskie, papugi żyją w norach, ludzie - pod ziemią, a gdy spod niej wyjdą - lecą głową w dół. Australia, Nowa Zelandia
Australia

Latem, czyli naszą zimą, w Australii jest dosyć upalnie: od grudnia do lutego temperatury na południu kontynentu rzadko spadają poniżej 30 stopni (na północy trwa wtedy pora deszczowa), ale dzięki delikatnej bryzie funkcjonuje się całkiem przyjemnie. Wiejący od oceanu wietrzyk sprawia, że to doskonały czas na przejażdżkę Wielką Droga Oceaniczną (Great Ocean Road), wijąca się nad morskimi przepaściami i klifami na długości prawie 250 km. Zanim powstała w latach 30. ubiegłego wieku do położonych na brzegu osad można było się dostać jedynie od strony morza albo po długim i wyczerpującym marszu przez busz. Kiedy w końcu ogromnym wysiłkiem udało się ją zbudować, niemal natychmiast stała się atrakcją dla przyjezdnych. Dzisiaj jest punktem żelaznym turystów oferującym nieziemskie widoki, wodospady i rozległe plaże oraz możliwość spotkania z 12 Apostołami (tak właśnie nazywa się 12 ostańców skalnych wystających z morza),.

Australia wycieczki

Można powiedzieć, że jak na miejsce położone na drugiej półkuli, w południowej Australii rzeczywiście wszystko stoi na głowie: kraina o powierzchni przynajmniej kilku sporych państw europejskich, liczy sobie zaledwie 1,5 mln mieszkańców rozrzuconych pomiędzy pustką bez dróg i elektryczności. Tysiąc razy łatwiej niż któregokolwiek z nich spotkać tu kangura, a jeśli się pojedzie w kierunku morza - strusia emu, pingwina, czy nawet skrywającego się eukaliptusowych drzewkach misia koala. Ludzie, jeśli tu już są, najpewniej korzystają z wysokiej fali, żeby posurfować, a gdy już skończą, ruszą uprawiać miejscowy sport narodowy - barbecue. W tej konkurencji wystartują marszem do sklepu, boso główną ulicą, co nie zrobi wrażenie na nikim poza przyjezdnymi. "Dont worry, mate" - będą słyszeć ci od rana do wieczora, co szybko przetłumaczą na australijską zasadę nadrzędną: "nie przejmuj się brachu".

W outbacku, czyli "brzuchu" kontynentu, zasady tej zastosować się jednak nie da. To kraina dla silnych samotników, którym niestraszne dzikość, kurz i wyjątkowa niegościnność natury. Księżycowy krajobraz, choć trudno w to uwierzyć, z kolejnymi kilometrami przechodzi w marsjański. Weźmy na przykład takie Coober Pedy, miasteczko poszukiwaczy opali, przeniesione niemal w całości do starych kopalnianych szybów: spiekota na powierzchni - standardem są tu temperatury powyżej 45 st. C - nie dała jego mieszkańcom na niej żyć. Pod ziemią wiedzie im się za to całkiem nieźle: mają biura, sklepy, hotele, a nawet kościół.

Jednak dziwem, przy którym nawet schowane pod ziemią miasteczko się chowa, jest Uluru. Gigantyczny czerwony monolit wyglądający jakby wyrastał wprost z ziemi, święte miejsce Aborygenów, położone niemal w centrum Australii, mimo konieczności przebycia tysięcy kilometrów przyciąga jak magnez kolejnych turystów. Gdy zachodzi słońce, głaz wraz z nim zmienia barwę przybierając kolejne odcienie brązów, pomarańczy, fioletów i różów. Podobnie o wschodzie i zachodzie mienią się inne monolity, samotne kamienie o kształtach balonów (m.in. Kata-Kjuta) rozrzucone w buszu. Żeby jednak ten spektakl w outbacku zobaczyć, najpierw trzeba przylecieć do Alice Spings, czyli na najbliższe lotnisko oddalone od Uluru o - bagatela - 500 km. Na miejscowe warunki to tyle co nic, jesteśmy wszak w Czerwonym Środku - sercu kontynentu spalonym słońcem; kolejne kilkaset kilometrów przenosi do następnej atrakcji - głębokiego kanionu Kings Canyon, wyglądającego jakby był stworzony z czerwono-brązowego żużlu.

Nowa Zelandia

Nowa Zelandia jest krajem równie dalekim, co tajemniczym, uosabiającym dziką przyrodę i przygodę; nazwana z maoryska Aotearoa (czyli Kraj długiej białej chmury), przez holenderskiego odkrywcę Abela Tasmana została przemianowana na Ziemię Stanów, a później - od nazwy prowincji w jego rodzinnym kraju - Nową Zelandię. To prawdziwy koniec świata - do "sąsiedniej" Australii jest stąd 2 tys. km, na leżącą w przeciwnym kierunku Antarktydę - 2 400, a na Fidżi, które wiele osób traktuje jako kolejny punkt przystankowy na bilecie dookoła świata, mniej więcej tyle samo. I jeżeli już szukać miejsca, któremu z Nowej Zelandii najbliżej, będzie to Mordor: nie dość, że tu jest na wyciągnięcie ręki, rasy ludzkiej nie odstrasza, tylko ją przyciąga. Dzięki Peterowi Jacksonowi i trylogii "Władca Pierścieni", za plenery do której posłużyły właśnie rozległe, dzikie przestrzenie Nowej Zelandii, tuż po premierze na wyspę ściągnęło 30 proc. turystów więcej dając przy okazji pierwszy tak spektakularny wybuch set jettingu, czyli podróżowania tropem dekoracji filmowych. Najbardziej skorzystał z niego pewien farmer, niejaki Ian Alexander, który zaledwie kilka lat temu głowił się, czy przyjąć propozycję mało znanego reżysera i pozwolić mu zamienić swoją farmę na scenerię sielskiego Hobbitonu. Teraz równą zagwozdkę zadał mu fakt, że pod jego ogrodzenia ciągną tłumy turystów chcących zobaczyć miejsce, z którego Frodo wyruszył ku Górze Przeznaczenia.

Dzisiaj tysiące turystów rusza stąd na wielki objazd Wysp Południowej i Północnej - wulkanicznych, górzystych, pełnych fiordów, gejzerów, gorących źródeł, głębokich jezior tektonicznych, rwących rzek i lodowców. Ponieważ geologicznie Nowa Zelandia jest młodziakiem, jej "dojrzewanie" wciąż trwa: na wyspie Północnej ścierające się płyty prowadzą do kolejnych wybuchów wulkanów i trzęsień ziemi, a na Południowej wypiętrzające się góry tworzą polodowcowy krajobraz. Trzy czwarte tutejszych roślin nie występuje nigdzie indziej na świecie, za to te, które występują, "podzieliły" Nową Zelandię między Amerykę i Azję: flora Wyspy Południowej przypomina roślinność Patagonii, a Północnej - dawną malajską. Są tu i drzewiaste paprocie, i wiecznie zielone zarośla i lasy pełne splątanych lian. Z ciekawszych zwierząt można tu spotkać papugi kea gnieżdżące się w szczelinach skalnych, żółtodziobe pingwiny i miejscowe nietoperze, a niewątpliwym symbolem wysp jest kiwi: ptak, który przestał latać przez miliony lat niezagrożony przez drapieżniki, których na samotnej Nowej Zelandii po prostu nie było, przetrzebiony dopiero przez fretki i oposy sprowadzone przez białych osadników. Właściwie kiwi jest tu wszystko: oprócz nielota także owoc wyhodowany z chińskiego agrestu, miejscowe przeboje, a nawet ludzie - Nowozelandczycy często sami mówią na siebie "kiwi", choć czasem tego mówienia zrozumieć nie sposób, bo przecież ich english, to kiwi-english. Choć większość miejscowych nazw pochodzi z języka miejscowych autochtonów Maorysów i choć są oni coraz bardziej zauważalni, dzisiaj stanowią tylko co dziesiątego obywatela wysp zamieszkałych przez potomków przybyszy z innych kontynentów (przede wszystkim Europy), mówiących wspólnym językiem z własnymi naleciałościami, a przede wszystkim - akcentem. Wśród Pakeha - tak się tu mówi na białych - położony 17 tys. km od Polski kraj zamieszkuje całkiem spora Polonia. Najwięcej naszych rodaków przybyło na wyspy jeszcze za czasów i tuz po II wojnie światowej, wśród nich było kilkaset sierot ewakuowanych z terenów ZSRR.

Nowa Zelandia wycieczki

Zamieszkujący Nową Zelandię kiwi na brak powodów do dumy narzekać nie mogą. Wystarczy wymienić: Rotorua i okolice z bulgocącymi błotami, gejzerami, gorącymi źródłami i unoszącym się nad tym całym bogactwem siarkowodorem; Waiotapu słynące z kolorowych, dymiących jeziorek; jaskinie Waitomo zamieszkałe przez "świecące robaczki", czyli poczwarki muchówki emitujące światło, które zwabia owady, Park Narodowy Tongariro z górującymi nad nim charakterystycznymi stożkami wulkanów czy Taupo - jezioro powstałe w zapadłym kraterze. Cieśnina Cooka, nazwana tak na cześć drugiego żeglarza, który dotarł na ten kraj świata w nieco ponad 100 lat po Abelu Tasmanie wychodząc przy okazji na tym nieco lepiej niż poprzednicy, którzy - w pewnej części - posłużyli Maorysom za obiad, prowadzi na Wyspę Południową: bardziej dziką, mniej zaludnioną, gdzie łatwiej niż człowieka spotkać pokaźne stadko owiec. Tu urzeka słynny Park Tasmana ze szlakiem prowadzącym wzdłuż wybrzeża (fragmenty można pokonać tylko w czasie odpływu), lodowce Franz Josef i Fox, czy Zatopka Milforda przypomionająca fiord, w której spotykają się wody słodkie i słone przypominające kolorem herbatę. Wokół rosną lasy zamieszkałe przez papugę, która wygląda jak sowa i nielota przypominającego kurę. Na dodatek ta pierwsza (kakapo) żyje w norach, a ten drugi (takahe) jest intensywnie niebieski. Takie cuda tylko na Nowej Zelandii. Powrót po nich do rzeczywistości mogą zapewnić jedynie sporty ekstremalne, a na brak tych na wyspach narzekać nie można: popularny jest rafting, spływy rwący rzekami na desce, zorbing, paralotniarstwo, a przede wszystkim - bungy. Skoki z głową w dół i liną przywiązaną do nóg w głęboką przepaść narodziły się właśnie tu inspirowane skokami rytualnymi jednego z plemion wysp na Pacyfiku.

Komentarze (4)
Australia, Nowa Zelandia. Lato w środku zimy
Zaloguj się
  • Gość: Gosc

    Oceniono 2 razy 2

    Nie wiem czy sie smiac czy plakac - latwiej spotkas pingwina jak czlowieka, magnez przyciaga i jest tu poltora miliona ludnosci. Artykul chyba byl pisany jakies 200 lat temu, bo jescze bylo 12 Apostolow wtedy. Kata-Kjuta (poprawnie Kata-Tjuta) to wcale nie monolity....

    NZ tez nie jest bez bledow ;-(

    Skladam gratulacje Marcie Kowalskiej. Jezeli byla w tych krajach to juz o tym sie pochwalila swiatu. Szkoda, ze zmarnowala tylko pieniadze - zmyslac glupoty mozna nie ruszajac sie z domu. Jezeli nie byla ani w Au ani na NZ - to moze powinna sie tam wybrac i zobaczyc ile jest rozbierznosci miedzy artykulem a rzeczywistoscia.

  • Gość: Podpisz się

    0

    Byłam rok temu. Polecam. Oprócz opisamych miejsc z bliska zobczyłam pingwiny żółtookie. To niesamowite przeżycie.

  • finli

    0

    Zapraszam na relację z podróży po Australii:
    t-faruq.blogspot.com/2012/09/australia-dzien-5-wyspa-kangurow.html

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX