Wyspa Borneo i Malezja

Borneo to cudowna egzotyka, gęsta dżungla, endemiczne gatunki zwierząt i świeże, zjawiskowo smaczne owoce. Ale Borneo to też ciągnące się setkami kilometrów uprawy palmy olejowej - dowód na to, że to jednak człowiek jest największym szkodnikiem na Ziemi. Oto wyjątkowa wycieczka po wyspie Borneo i Malezji.
Z Łuczakiem jedziesz?! - zawołał ze zdziwieniem, graniczącym z oburzeniem kolega Radek, kiedy dowiedział się, że Szanowna Małżonka wybiera się ze mną na Borneo. - Przecież to Jonasz! - niemal wykrzyczał.

Od razu chwyciłem encyklopedię i otworzyłem na "J". Trzeba przyznać, że Jonasz, prorok izraelski, miał trochę pecha. Nie dość, że pomylił statek i popłynął w przeciwnym kierunku, to podczas burzy wypadł za burtę, a gdy sztorm się uspokoił - został połknięty przez wielką rybę. Pominąłem już to, że w brzuchu morskiego potwora spędził trzy dni i trzy noce, ale skupiłem się na tym, że ostatecznie przeżył.

Cóż... Kolega Radek miał rację. Bo właśnie tak wyglądają moje podróże. Jeśli coś pechowego może się przydarzyć, to z pewnością się przydarzy. A kolega Radek wiedział, co mówi, bo sam tego doświadczył, kiedy parę lat temu na chwilę wpadliśmy do Szwecji i mieliśmy spore kłopoty, by wrócić. To było wtedy, gdy w małym pensjonacie w Malmö byłem zmuszony negocjować z właścicielem nawet godzinę pobudki...

Na Borneo miało być inaczej, co wielokrotnie przed wylotem obiecywałem Szanownej Małżonce. No i... pech chciał, że wcale nie było inaczej.

Przelot do Malezji

Lecimy przez Dubaj i Kuala Lumpur. Lądujemy w Kuching, w malezyjskiej prowincji Sarawak, o dziwo, bez niespodzianek. Uwielbiam ten moment. Tę chwilę wyjścia z hali lotniska w Azji Południowo-Wschodniej. Lubię tę falę ciepła uderzającą w twarz tuż za automatycznymi drzwiami terminalu przylotów, nawet w nocy. Lubię ten... no właśnie, w tej części świata trudno na pierwszy rzut nosa odróżnić zapach od smrodu.

Już wyobrażam sobie, jak w zwierzęcym szale zatapiam zęby w pysznych owocach, jak rozłupuję jaskrawoczerwone włochate rambutany, jak wydłubuję niewielkie kuleczki longana "smocze oko" z orzechowej, nakrapianej skorupki. Kocham słodko-kwaśny owoc mangostanu w mięsistej brązowej skórce, rozpływające się w ustach liczi, fioletowy dragon fruit w kształcie kalarepy, potężny owoc chlebowca i gwiaździstą kwaśną karambolę. Lubię nawet trukwę i przepęklę ogórkowatą, bezwstydnie zwisające z rozłożystych drzew.

No i te banany! W Polsce banan to po prostu banan. Występuje w warzywniakach i supermarketach. Na Borneo można się opychać kilkunastoma jego odmianami. Tubanan występuje także na drzewach.

Ubóstwiam wszystkie azjatyckie owoce. No, może z wyjątkiem durianu, lokalnego kontrowersyjnego przysmaku. No bo kto przy zdrowych zmysłach, zwłaszcza zmyśle węchu, chciałby jeść owoc o zapachu dojrzałego wysypiska śmieci?

No, ale rozmarzyłem się o owocach, a najpierw trzeba przecież znaleźć dach nad głową. Instalujemy się w trzecim hotelu z brzegu.

- A możemy obejrzeć pokój wcześniej? Spłuczka działa? Woda odpływa? - zadaję kilka zasadniczych pytań, pomny na katastrofę, która przydarzyła się nam dwa lata wcześniej na wyspie Penang, gdzie woda z ubikacji odpłynęła wbrew grawitacji do góry, zalewając posadzkę ostatecznie przetworzoną żywnością.

Spłuczka działa. Zostajemy na kilka dni.

Kuching w języku malajskim znaczy "miasto kotów", ale w mieście trudno je odszukać, chyba że policzymy te, które są tu pomnikami. Znacznie łatwiej o orangutany. Z tym, że poza miastem. Jedziemy do Semenggoh Wildlife Rehabilitation Centre. To jeden z celów wyprawy: zdążyć zobaczyć orangutany w naturze.

Malezja przewodnik

Widok tych wielkich małp, samców, matek z młodymi - nie zamkniętych w klatkach - jest oszałamiający, przez cały dzień robimy zdjęcia niemal na wstrzymanym oddechu. Ekscytujące to, ale smutne zarazem. Poza położonym na północy Sepilok Sanctuary orangutany w ich naturalnym środowisku można oglądać jedynie tutaj. Działalność człowieka zepchnęła je do dwóch maleńkich rezerwatów. Ich koniec nigdy jeszcze nie był tak bliski.

Wieczorem zamawiamy przewodnika, który nazajutrz zawiezie nas do oddalonej o 140 km wioski Lemanak, gdzie w tradycyjnych longhouse'ach mieszkają potomkowie "łowców głów", rdzennych mieszkańców Borneo.

- 130 ringitów to cały koszt? - pytam w biurze.

- Tak. Nic więcej - odpowiada stanowczo miła pani.

"Nic więcej" kosztuje 45 ringitów. Wydajemy je po drodze na obowiązkowy prezent dla dzieci - potomków potomków "łowców głów".

- A nie lepiej zawieźć im coś od nas? Jakąś pamiątkę? - proponuję przewodnikowi.

- Nie... one lubią czipsy.

Przewodnik jest rozmowny, żeby nie rzec - rozgadany. I bardzo miły. Uprzejmie prosi, byśmy popchali samochód, który nie chce zapalić. Wypychamy samochód z miasta. Pot się leje. Auto zapala.

Docieramy nad rzekę. Stąd do "łowców głów" najłatwiej się dostać łodzią, którą obsługuje jeden z tubylców. Lecz dłubanki nie ma. Przewodnik wykonuje serię nerwowych telefonów.

- Miał być... - mętnie tłumaczy.

- A gdzie jest? - dociekam.

- Jest pijany.

Po godzinie marszu brzegiem rzeki na skraju dżungli docieramy do longhouse'ów. Uprzejmie zdejmujemy buty. Taki tu zwyczaj. "Łowcom głów" nie udaje się ukryć zaskoczenia naszą wizytą. Po krótkiej rozmowie z przewodnikiem i wręczeniu dzieciom dwóch kartonów czipsów organizują dla nas jednak pokaz tańca. Dla mnie i Szanownej Małżonki. Tańczących jest więcej niż publiczności. Dajemy się wciągnąć na parkiet. Potem mamy degustację wina ryżowego, pokaz obsługi leśnych pułapek na zwierzynę, obróbki kauczuku i konkurs celności strzałów z borneańskiej dmuchawy na zatrute strzały. Ale nie strzelamy zatrutymi strzałami. I nie do małp, tylko do styropianu. Wracamy łodzią wydłubaną z jednego pnia drzewa. Jest sternik. Trzeźwy.

Park Narodowy Bako

Następny cel - park narodowy Bako. Liczba miejsc w jedynej wiosce na terenie rezerwatu jest ściśle ograniczona, trzeba je zarezerwować wcześniej. Zamawiamy trzy noce. Do osady w dżungli nie prowadzi inna droga prócz morskiej. Wsiadamy na łódź i dopływamy do przystani Bako. Żegnamy sternika Mohammada i umawiamy się na powrotny transport na godz. 10. Za cztery dni.

Domek przypomina te w starych ośrodkach nad Bałtykiem. Z tą różnicą, że w Pobierowie w ubikacjach nie ma pająków wielkości tarantuli, no i małpy nie skaczą po dachach. Na ścianie w pokoju uwagę przykuwa naddarta kartka z napisem "Uwaga! Makaki kradną!". Zgodnie z sugestią sprawdzamy pobieżnie, czy okna i drzwi są zamknięte, i wychodzimy na cały dzień do dżungli. Chcemy odnaleźć zagrożone wyginięciem nosacze, rudawe małpy ze śmiesznymi nosami. Może po drodze natkniemy się na raflezję, największy kwiat świata, który śmierdzi padliną. Raflezji nie ma, ale są nosacze. Kolejny cel podróży osiągnięty.

Nosacze na Borneo spotyka się częściej niż orangutany. Żyją nie tylko w przybrzeżnych lasach namorzynowych, ale także w lasach deszczowych wzdłuż rzek. Oznaką ich obecności są poruszające się gałęzie w koronach drzew. Trudno o dobre zdjęcie, bo nosacze nie zbliżają się do ludzi tak chętnie jak makaki.

Obserwacja zajmuje cały dzień. W końcu trzeba ruszyć w drogę powrotną, by zdążyć przed zmrokiem. Choć ścieżka ma tylko półtora kilometra, powrót zajmuje dwie godziny. Spacer w dżungli nie ma nic wspólnego z przechadzką po sosnowym lesie. To jest przedzieranie się. Poza tym trzeba mieć oczy dookoła głowy jednocześnie patrzeć pod nogi i kontrolować, czy jakaś żmija nie spada akurat z gałęzi. Na dodatek temperatura przekracza 30°C, wilgotność dochodzi do 90 procent.

Wracamy do wioski zmęczeni, ale szczęśliwi. A w pokoju, jak w gangsterskim filmie: wybebeszone plecaki, porozrzucane ciuchy, kosmetyczka wywrócona na lewą stronę. Nalot jak na koloniach w Złotowie.

- Idę do recepcji zgłosić włamanie - oznajmiam.

- Najpierw zróbmy listę rzeczy skradzionych - proponuje Szanowna Małżonka.

Sporządzamy listę strat: siedem zupek chińskich z makaronem instant, dwa batoniki, rozerwana saszetka z szamponem, uszkodzone opakowania APAP-u i aspiryny. Jaka cholera kradnie zupki chińskie na takim odludziu? Przed wyjściem do recepcji zatrzymuje mnie ścienna karteczka z napisem "Uwaga! Makaki kradną!". Podchodzę do okna. No tak - jest przymknięte, a nie zamknięte. Zwierzęta są sprytne.

Malezja wycieczka

W dobrych humorach po zmroku zbieramy się na nocny spacer po dżungli. Po ciemku, w świetle latarki widać to, czego w dzień nie można dostrzec: patyczaki, pająki, modliszki, jaszczurki i węże, zarówno te spokojne, jak i te agresywne, śmiertelnie jadowite. I żaby, i owady, mnóstwo żab i owadów, których łacińskich nazw nie sposób zapamiętać. Niektóre z nich, być może, nawet ich jeszcze nie mają. Dżungla w nocy żyje intensywnie. Cykady robią taki hałas, jakby ktoś w fabryce na nocnej zmianie włączył naraz wszystkie frezarki.

Zaczyna padać. Trzeba się schować. Nawet drobny deszcz w dżungli to jak w Polsce nawałnica.

Pada przez całą noc, następny dzień i kolejną noc.

- I jeśli tak będzie padać jutro, to ja nas nie widzę w drodze powrotnej do Kuching - ostrzegam Szanowną Małżonkę..

Jak pech, to pech. Nazajutrz wciąż pada. Wydaje się, że nawet mocniej. Jest odpływ, więc do łodzi trzeba iść 200 metrów po kolana w wodzie. Nie ma co, zdejmuję ubranie, zostaję w samych majtkach. Wszystkie folie rzucam do ochrony plecaka ze sprzętem fotograficznym.

W małym porcie, pod daszkiem, sprawdzam stan bagażu. Aparaty i obiektywy uszły z życiem. Z dna plecaka wydobywam koszulki. Tylko jedna z nich ma suchą plamę w okolicach lędźwiowo-krzyżowych. I tę zakładam. Jedziemy na dworzec autobusowy w Kuching, a stamtąd 700 km na północny wschód do miasta Miri. Przez 14 godzin jazdy ciągle pada.

W Miri oddajemy do prania i suszenia dosłownie wszystko. Wychodzi 9 kilogramów. Wraca 7 kilo. Wody odeszły.

W okolicach miasta zamierzamy zwiedzić wychwalane w przewodniku Lonely Planet jaskinie.

- Droga zamknięta. Powódź - oznajmia operator busa.

Ale przecież są jeszcze inne atrakcje...

- Droga zamknięta. Powódź - mówi inny kierowca.

Aby uniknąć zalania w trakcie przeciskania się przez królestwo Brunei, łapiemy samolot do Kota Kinabalu, stolicy północnej prowincji Sabah, a stamtąd autobus na sam skraj Borneo, do Sandakanu. Na całej 400-kilometrowej trasie, po obu stronach drogi przerażające widoki: dżungla całkowicie wykarczowana pod plantacje palmy olejowej. Oleju używa się nie tylko do celów spożywczych, ale przede wszystkim jako biopaliwo. Obserwujemy ze smutkiem, jak ekologia wygrywa z ochroną przyrody.

W okolicach Sandakanu odwiedzamy najsłynniejszy na świecie rezerwat orangutanów - Sepilok. Przygotowywane do wypuszczenia na wolność zwierzęta żyją tu na skrawku dżungli wielkości Ojcowskiego Parku Narodowego. Jednak trudno ich życie nazwać wolnością. Orangutany muszą być dokarmiane, nie umieją samodzielnie zdobywać pożywienia. Przerażające. Na Animal Planet wyglądało to bardziej radośnie.

Malezja przewodnik i Kota Kinabalu

Po powrocie szukamy przewodnika, który może nas zabrać na podglądanie żółwi morskich.

- 250 ringitów - mówi właściwy człowiek.

Drogo.

- A jakie są szanse, że w ogóle zobaczymy żółwie? - dopytuję.

- Około 50 procent - słyszymy.

Mało.

Trzy lata wcześniej w Nowej Zelandii też było 50 procent szans na obserwację wielorybów i akurat trafiliśmy na te drugie 50procent.

Rezygnujemy. Tym bardziej że zaczyna padać.

Deszcz jest przelotny, trwa tylko trzy dni. Ulice Sandakanu zamieniają się w rzeki. Chcemy się wyrwać z miasta i wrócić do Kota Kinabalu autobusem.

- Autobus nie jedzie - kierowca na "dworcu" rozkłada bezradnie ręce.

- A tamten drugi? - pytam.

- Tamten też nie jedzie.

- Dlaczego? Któryś musi jechać!

- Żaden nie jedzie. Droga się zapadła.

Pech chce, że to akurat jedyna droga. Naszczęście lotnisko działa.

W Kota Kinabalu wreszcie świeci słońce. Dzięki samolotowi wyprzedzamy deszcz o kilka dni.

W towarzystwie rodziny z Hongkongu zwiedzamy zamglony park narodowy góry Kinabalu (4193 m n.p.m.), najwyższego wzniesienia na Borneo. To jeden z niewielu fragmentów prowincji Sabah nie wykarczowanych jeszcze pod ekologiczne uprawy. Na szczyt nie wchodzimy, bo na wycieczkę trzeba zaplanować cztery dni. Odpoczywamy na plażach maleńkich wysp u wybrzeża Kota Kinabalu. Nurkujemy z maską i fajką. Jest bajecznie. Ale do czasu.

Tutejsze meduzy nie przypominają tych łagodnych galaretek z Bałtyku. Poparzenie jest okropnie bolesne. Mocny ból utrzymuje się przez kilka dni, natomiast czerwone pręgi - przez kilka lat. I jeszcze jedna rada: do snorkelingu warto zakładać koszulkę. Janie założyłem, co skutkuje poparzeniem drugiego stopnia. Bąble na całych plecach dokuczają przez następny tydzień. Szanowna małżonka bierze na siebie wszystkie plecaki. Zupełnie zapominam o poparzeniu przez meduzę.

Kuala Lumpur

Wracamy na kontynent. Ostatni tydzień w stolicy Malezji Kuala Lumpur uświadamia, że będziemy tęsknić za tym równikowym klimatem. Do następnego razu.

Powrotny samolot ma lecieć do Frankfurtu nad Menem z przesiadką w Dubaju. W boeingu stojącym na płycie lotniska KLIA w Kuala Lumpur panuje nerwowa atmosfera. Po dwóch godzinach niepewności słychać głos z kokpitu:

- Dzień dobry państwu, mówi kapitan. Z przyczyn technicznych wylot się opóźni. Nie polecimy do Dubaju, tylko do Singapuru.

- Dlaczego? Co się stało? - pytają zdezorientowani pasażerowie.

- Nie mamy paliwa, a nie możemy zatankować, bo lotnisko nie ma sprzętu do obsługi takiego modelu maszyny - informuje szefowa załogi pokładowej.

No masz ci los...

Po kolejnej godzinie ponownie słychać głos z kokpitu.

- Proszę państwa, mówi kapitan, nie polecimy do Singapuru, ale do Bangkoku.

Na oparach paliwa lecimy do Bangkoku. To pierwsza nasza wizyta w tym mieście, szkoda, że tylko na lotnisku. Po tankowaniu samolot wzbija się i zmierza do Dubaju. Tam jednak spóźniamy się na wykupiony lot do Frankfurtu. Trzy godziny kompletnego chaosu. Ale w końcu lecimy. Tyle że we Frankfurcie spóźniamy się na opłacony autobus do Polski. Można się załamać.

Jest noc, wszystkie autokary odjechały. Niespodziewanie podjeżdża jeszcze jeden, od innego przewoźnika. Jest bardzo spóźniony, bo musiał zabrać pasażerów z innego, zepsutego autobusu jadącego z Zagłębia Ruhry. No i jedzie do Katowic, a nie do Poznania. Jeden telefon pilota załatwia jednak sprawę. Autobus do Poznania zaczeka na nas w Kassel. Dzięki, Sindbad!

Malezja - informacje praktyczne

Na Borneo najlepiej dostać się samolotem albo z kontynentalnej części Malezji, albo z Indonezji. Aeroplan to dość tani środek lokomocji. Tańsze od narodowych linii są samoloty Air Asia, ale nie ma gwarancji dostania się na pokład.

Malezyjską część Borneo zajmują dwa "województwa": Sarawak i Sabah. Oddziela je od siebie sułtanat Brunei. Malezyjska część Borneo jest mniejsza od indonezyjskiej, ale i tak półtora miesiąca na jej zwiedzenie to mało. W Malezji płaci się ringitami. 1 RM to mniej więcej złotówka, trzeba mieć przy sobie euro lub dolary. Choć z dolarami może być kłopot, bo banknotów starszych serii kantory nie chcą przyjmować.

Za skromne noclegi płaci się ok. 50 ringitów, tam, gdzie trzeba rezerwować je wcześniej (np.w parku Narodowym Bako), jest drożej, ale nie należy spodziewać się wysokich standardów.



Tekst i zdjęcia: Jacek Y. Łuczak Tekst jest fragmentem powstającej książki "Jonasz na krańcach świata"

***

Więcej podobnych tekstów przeczytasz w serwisie Logo24

Komentarze (1)
Wyspa Borneo i Malezja
Zaloguj się
  • Brzoza Marlena

    Oceniono 2 razy 0

    Koniecznie muszę przeczytać ksiażkę.Napisane w stylu lekkim, na wesoło, bez zbędnych szczegółów.
    Ten fragment czytałam dwa razy...drugi raz męzowi który uwielbia podróże tak samo jak ja..
    Naszym marzeniem jest zobaczyc Borneo i Bankog.
    Marlena.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX