Włochy mniej znane. Region Marche

Pięć zmysłów nie wystarczy, by docenić Marche, potrzebny jest szósty...
Bywa zwany Italią w miniaturze, jako że posiada morze i plaże, góry i wzgórza, bogatą kulturę i wyborną kuchnię. Malownicze pagórki przecinają pasma pól i oliwnych gajów, na ich czubkach stare miasteczka i osady, gdzieniegdzie samotne farmy - wszystko z kamieni, cieniutkich cegieł i dachówek. Nic dziwnego, że przedstawia się światu jako... tańsza, lecz nie mniej interesująca wersja Toskanii (leży na tej samej szerokości geograficznej, tyle że po wschodniej stronie Półwyspu Apenińskiego).

"Marche, gdzie magia jest rzeczywistością - kuszą wróżki-czarodziejki, unosząc się nad malowniczym pejzażem w reklamowym spocie regionu. - Pięć zmysłów nie wystarczy, by docenić Marche, potrzebny jest szósty".

Od dwóch lat jego twarzą jest także Dustin Hoffman, który usiłuje nawet deklamować po włosku "Nieskończoność" Giacomo Leopardiego (jeden z największych poetów Italii pochodził stąd, urodził się w 1798 r. w Porto Recanati), a na koniec woła: "Marche możesz odkrywać w nieskończoność!".

Amerykańskie pisma lubią umieszczać ten mało znany region wśród najbardziej polecanych kierunków, zwłaszcza na jesień życia. Fakt, żyje się tu dobrze i długo, najdłużej we Włoszech - kobiety 83 lata, mężczyźni 80, a i stulatków jest wielu.

Serenella Moroder, regionalna minister odpowiedzialna za turystykę, zapytana o symbole Marche, wymienia trzy: Urbino, Loreto, Leopardi.

Każdy przecież słyszał o Urbino, od 1998 r. na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, idealnym renesansowym mieście, które rozkwitło w czasach księcia Federica da Montefeltro, mecenasa uczonych i artystów. I o Loreto, z jego bazyliką kryjącą Święty Domek - według legendy nazaretański dom Maryi, cudownie tu przeniesiony.

Region utrzymuje się z rolnictwa (żniwa dwa razy w roku) i rzemiosła, ale od kilku dekad rozwija też przemysł. - To kolebka "Made in Italy" - od butów do ekskluzywnych jachtów - mówi signora Moroder. I dodaje: - Siamo la reggione che fa camminare il mondo! (Obuwamy świat).

Bo Marche to prawdziwe obuwnicze zagłębie. Swoje fabryki mają tu słynne marki, jak choćby Tod's czy Prada, ale i zwykłe firmy. I trudno nie wyjechać stąd choćby z jednym pudełkiem, tym bardziej że liczne outlety kuszą atrakcyjnymi cenami.

- Marche to poniekąd odpowiednik naszych kresów - leżały na rubieżach państwa papieskiego - mówi Beata Jackiewicz z Agencji Rozwoju Regionalnego, która mieszka tu od dziewięciu lat. - A gościnność mieszkańców nie ma sobie równych. Zgodnie z łacińską maksymą: "Dla wina i przyjaciół zawsze znajdzie się czas".

Oni sami porównują swój region do... grzebienia. Jego zęby - poprzedzielane rzekami pagórki - biegną od wybrzeża w głąb lądu, wznosząc się wciąż wyżej i wyżej, po rękojeść w postaci majestatycznych Gór Sybillińskich, zaliczanych do najpiękniejszych na półwyspie.

- Abbiamo sempre le valigie in mano (Mamy zawsze walizki w ręku) - mówi Raimondo Orsetti, dyrektor ds. turystyki regionu Marche, mając na myśli to, że wszędzie tu blisko...

Włochy. Marche - San Benedetto del Tronto

Dla wakacjuszy Marche to przede wszystkim 180 km wybrzeża z pięknymi czystymi plażami (16 z nich szczyci się prestiżową Błękitną Flagą). Jego symbolem jest Monte Conero - wrzynający się w Adriatyk wyniosły cypel (572 m), flankujący najpiękniejszy fragment Riviery del Conero. I wystające z morza dwie skały o nazwie Due Sorelle. Na urwistym brzegu wznoszą się ładne portowe miasteczka - Sirolo i Numana.

Znany kurort San Benedetto del Tronto (48 tys. mieszkańców) to zarazem najważniejszy port rybny we Włoszech. Na jego słynnym Mercato Ittico codziennie - prócz weekendów - licytuje się świeżo złowione ryby i owoce morza (wielka atrakcja turystyczna, ale należy się zjawić już o 4 , bo o 6 po targu ani śladu). Nic dziwnego, że w centrum miasteczka postawiono nawet pomnik kobiecie plotącej sieci. A w menu nigdy nie może zabraknąć słynnej zupy rybnej - brodetto San Benedetto.

Jednak największą sławę zyskał za sprawą lungomare - nadmorskiej promenady z trzema rzędami pięknych palm (w sumie 8 tys.!) przetykanych wielkimi oleandrami. Długa na 4 km i szeroka na 30 m naprawdę robi wrażenie. I pomyśleć, że jej powstanie w 1927 r. uznano za ekstrawagancję. Dziś wzbogacono ją o ogródki tematyczne wzdłuż plaży i ścieżkę rowerową.

Nawiasem mówiąc, palmy rosną tu świetnie. Zobaczymy je nawet w ciasnych zaułkach, w wykuszach i w pozostałościach murów obronnych San Benedetto.

Mnie zachwyciła także galeria 120 rzeźb (co roku przybywają nowe) wykutych w głazach tworzących falochron przy molu południowym. Niedaleko stąd jakiś artysta umieścił zaś napis: "Lavorare, lavorare, lavorare, preferisco il rumore del mare" - innymi słowy, lepsze od pracy jest słuchanie szumu morza.

Włochy. Marche. Ascoli Piceno

Herb Marche to zielony dzięcioł zapożyczony od starożytnego ludu Picenów. Ich bogata kultura kwitła tu już w epoce żelaza. Podążając jego śladem, nie możemy ominąć Ascoli Piceno - nieznanej perły Marche (52 tys. mieszkańców, 25 km od San Benedetto, jedzie się pół godziny).

Po drodze łagodne pagórki pól i łąk - szarozielone i brunatne, bo to już druga połowa października. Sporo gajów oliwnych z równiutkimi szeregami drzewek o powykręcanych pniach, gdzieniegdzie winnice. Na zboczach pasą się stada owiec (dziś przekonamy się, jak pyszne mają tu sery!). Krajobraz rzeczywiście w typie toskańskim, tylko cyprysów za mało.

Askolańczycy szczycą się, że miasto istniało na długo przed założeniem starożytnego Rzymu. Według Strabona i Pliniusza w zamierzchłej przeszłości przywędrował tu z daleka lud Sabinów, który zmieszał się z miejscowymi plemionami i tak zrodzili się Piceni (drogę wskazywał wędrowcom zielony dzięcioł - z łac. picus). Jak głosi legenda, przybysze zasypali pobliską przełęcz kamieniami, dlatego przez wieki żaden najeźdźca nie podbił Ascoli. Rzymianom udało się to dopiero w I w. p.n.e.

W centro storico króluje jasny kamień (tutejszy trawertyn i piaskowiec) pokryty patyną minionych wieków i płaszczem wyblakłych dachówek.

Zniewalająco piękne są jego place. Jak Piazza Arringo z fontanną ozdobioną morskimi stworami, niegdyś zamieniany zimą w ślizgawkę. Stojący przy nim renesansowy pałac z XV w. jest siedzibą Museo Comunale i... magistratu. Jego dziedziniec przypomina mały park - z palmami i odlanymi w brązie popiersiami zasłużonych obywateli. Jest też kilka sarkofagów. Najpiękniejszy należał do Rzymianki Pontuleny - prócz jej portretu wykuto na nim zwierciadło, grzebień i flakon perfum. Swego czasu służył jako ołtarz w katedrze, taki "recykling" jest tu powszechny.

W pinakotece wita nas burmistrz Guido Castelli. Jest przekonany, że Polacy docenią Ascoli Piceno - z uwagi na wysoki poziom życia, ciekawą przeszłość, lokalne smakołyki i... ciszę.

- Cenimy sobie nasz spokój. Tu się słyszy kroki spacerujących mieszkańców! - zapewnia burmistrz.

Na ścianach pinakoteki m.in. Tycjan, Guercino, Canaletto...

Także przy Piazza Arringo wznosi się Duomo - katedra św. Emidiusza, z renesansową fasadą ujętą romańskimi wieżami. Zdobiący ją łuk triumfalny to dzieło Cola dell'Amatrice (malarz, architekt i rzeźbiarz, przyjaciel Michelangela). Ściany świątyni oczywiście z trawertynu, trzy nawy dzielą dwa rzędy potężnych kolumn podtrzymujących krzyżowe sklepienie z malowanym gwiaździstym niebem. Jej chlubą jest skrzący się kolorami i złotem poliptyk Carla Crivellego z 1473 r. w kaplicy św. Sakramentu, z Madonną z Dzieciątkiem i świętymi (pochodził z Wenecji, prawdopodobnie zmarł w Ascoli ok. 1495 r.)

W podziemiach krypta ze szczątkami św. Emidiusza (273-309) - pierwszego biskupa Ascoli i męczennika, patrona miasta - cała w płaskorzeźbach z marmuru. Uważa się, że to za sprawą jego wstawiennictwa miasto nie poniosło żadnych ofiar podczas kilku trzęsień ziemi. Można tu również przyjrzeć się fragmentom rzymskich murów i bazyliki (ona zresztą dostarczyła budulca dla Duomo). Św. Emidiusz spoczywa w rzymskim sarkofagu, a sklepienia krypty podpiera kilkadziesiąt rzymskich kolumn - każda inna. W jej sąsiedztwie rozciąga się podziemny cmentarz, ale nie ma tam wstępu, w głębi widać nisze i katakumby.

Obok katedry wznosi się oktagonalne romańskie baptysterium z XII w. (ulubiony zabytek naszej tutejszej przewodniczki Lelli Palumbi).

Włochy. Marche. Ascoli Piceno

Piazza del Popolo wybrukowano dużymi płytami z jasnego kamienia; aż lśnią, wypolerowane przez stulecia. Niemal ze wszystkich stron otaczają go ostrołuki i kolumnady - prawdziwy salon miasta. Zdaniem Lelli to jeden z najpiękniejszych włoskich placów, zawsze gwarny, pełen spacerowiczów. - Jeśli chcesz spotkać znajomych, nie umawiając się wcześniej, wystarczy, że zjawisz się właśnie tu - mówi Lella. I dodaje, że owe portyki dobudowano w XV w., by zamaskować fasady brzydkich domostw dookoła. Każdy łuk opłacił jeden sklepikarz, stąd różnią się rozmiarami i wyglądem.

Tu właśnie rozgrywany jest finał słynnej Quintany - turnieju rycerskiego wzorowanego na średniowiecznym, z udziałem sześciu dzielnic, zawsze w pierwszą niedzielę sierpnia. Ale zabawa zaczyna się już w drugą sobotę lipca, od paradnego orszaku, który przemierza Ascoli Piceno. Na finał mieszkańcy otwierają swoje domostwa - można zajrzeć niemal do każdego, a nawet zjeść kolację za drobną opłatą.

Moją uwagę zwraca narożnik z szyldem Caffe Meletti. W XIX w. Silvio Meletti opracował recepturę likieru anyżkowego o nazwie Anisetta Meletti, a potem otworzył tu kawiarnię w stylu belle époque. Likier jest wytwarzany do dziś i cieszy się zasłużoną sławą (muszę przyznać, że należy teraz do moich ulubionych!).

Po sąsiedzku wznosi się dawny pałac handlarzy wełną, w którym później urzędował podesta - prefekt odpowiadający za porządek w mieście. Piękny Palazzo dei Capitani del Popolo (XII w., przebudowany w renesansie przez Cola dell'Amatrice) gości wystawy i imprezy kulturalne. Gdy w południe rozbrzmiewa dzwon na jego wieży, wiadomo, że zbliża się pora obiadu.

W ścianie kościoła św. Franciszka, który zamyka plac od północy, odciśnięto matryce cegieł z 1568 r. - kto stosował inne miary, podlegał karze 13 skudów (wymuszało to jednolity styl w architekturze). Ów święty odwiedził Ascoli w 1215 r. i na pamiątkę tego wydarzenia jakiś czas później zaczęto wznosić kościelno-klasztorny kompleks, co potrwało parę wieków. Na jego dziedzińcu od zawsze rozkłada się rynek warzywny.

Świątynia jest akurat zamknięta, ale można podziwiać przyklejony do bocznej fasady portal, którego strzegą niesamowite lwy o obfitych grzywach. Po obu ich stronach po cztery cieniutkie kolumienki - coś na kształt instrumentu, nie bez powodu zwane kamiennymi organami. Gdy przesunąć po nich dłonią, wydają dźwięk podobny do ksylofonu.

- Każdy powinien na nich zagrać "na szczęście" - oświadcza Lella (oczywiście nie musi nas do tego namawiać). I wyjaśnia, że to św. Franciszek wprowadził do Kościoła radość, muzykę i śpiew. Mawiał: "Suonate, cantate, siete felici quando pregate" (Grajcie, śpiewajcie, bądźcie szczęśliwi, modląc się).

Włochy. Marche. Ascoli Piceno

Średniowieczna część Ascoli Piceno to prawdziwy kamienny labirynt wąziutkich uliczek zwanych tu rua. Niekiedy zaledwie można rozłożyć w nich ramiona (na większości obowiązuje zakaz ruchu, zresztą i tak mieszczą się tylko rowery i skutery, a kiedyś osiołki). Ich liczne odnogi kończą się ślepymi ścianami. Pomagało to ukryć się przed najeźdźcą, który łatwo się w gęstwinie rua gubił, otoczony przez mury niemal pozbawione okien. A te są grube na blisko metr, solidne, budulca dostarczył rzymski amfiteatr i Koloseum. Nad bramami herby i łacińskie maksymy.

Pewną orientację dają liczne kościoły (niestety, czynne krótko) oraz domy wieże. W średniowieczu możne rody wzniosły ich ponad 100, przetrwało dziesięć. Ten przy rua dei Longobardi zamieniono na schronisko młodzieżowe.

Rzymianie najpierw zniszczyli Ascoli, a potem je odbudowali i do dziś na planie miasta widać dwie główne drogi przecinające się pod kątem prostym - decumanus (wschód - zachód) i cardo (północ - południe). Pozostałe ulice biegły paralelnie, dopóki nie wyrósł wspomniany labirynt. Dużo tu podziemnych przejść łączących ważne budowle - służyły do ucieczki przed wrogiem.

Przekraczamy bramę Solesta i oto naszym oczom ukazuje się łuk rzymskiego mostu na rzece Tronto. Powstał w I w., za panowania Augusta, zachowały się nawet koleiny z owej epoki. Jak zapewnia Lella Palumbi, to jedyny taki zabytek na świecie, który można zwiedzać od środka. Za czasów Mussoliniego udostępniono bowiem turystom tunel skryty w środku kamiennej konstrukcji. Przeciskamy się z trudem, zgięci wpół. Nad naszymi głowami potężne zworniki trzymają konstrukcję z gigantycznych głazów.

Ascolańskich przysmaków kosztujemy na ostatnim piętrze Palazzo dei Capitani. Słynne oliwki nadziewane mięsnym farszem, panierowane i smażone w głębokim oleju (wyborne!), podobnie przyrządzone fasolki, plastry cukinii i serca karczochów (ale już bez nadzienia), ciauscolo - mielona surowa kiełbasy z Maceraty, cantuccini - kruche ciasteczka z migdałami, no i sery. Moje podniebienie podbija pecorino fresco tartufato - świeży owczy ser z drobinami trufli (rosną w Marche, czarne i białe, przysparzając regionowi sławy wśród smakoszy). Co za zniewalający zapach i smak! Wśród win króluje zaś miejscowe rosso piceno superiore, w różnych odmianach. Włochy.

Włochy. Marche. Montemonaco

Pora udać się w górę "grzebienia". Pagórki ustępują miejsca coraz wyższym górom, niekiedy o dziwnych kształtach, tylko częściowo porośniętych zielenią. Ponieważ jesteśmy poza sezonem, zachwyca spokój, jakim emanuje skłaniający do kontemplacji "niemal toskański", szarozielony pejzaż. Nasz busik mijają nieliczne samochody, gdy zmierzamy do miasteczka Montemonaco (1080 m n.p.m., 35 km od Ascoli Piceno).

Liczy zaledwie 600 mieszkańców, ale tylko 400 stałych - reszta zjawia się na wakacje. Przy stromych uliczkach wiekowe domostwa z cegiełek, piaskowca i trawertynu, pod żółtopomarańczowymi dachówkami. Zdobią je donice pełne kwitnących róż i pelargonii. I byłaby to jeszcze jedna z wielu uroczych dziur w Marche, gdyby nie wspaniałe góry wokół oraz postać mitycznej wieszczki Sybilli. Jesteśmy bowiem na terenie liczącego 72 tys. ha Parco Nazionale dei Monti Sibillini (boczna grań środkowych Apeninów, raj dla miłośników pieszych wędrówek).

Do Museo della Grotta della Sibilla trafić łatwo - na jego fasadzie wymalowana prorokini w błękitnej szacie. Natchniona przez bóstwo, przepowiadała w ekstazie przyszłe, zwłaszcza katastroficzne wydarzenia, a także spisywała je w księgach. Oczywiście miała wiele wcieleń w wielu krajach. Malowali ją m.in. Michelangelo, Pinturicchio, Ghirlandaio.

Tutejsza żyła w grocie na górze (uległa zniszczeniu w latach 60 XX w.). Mówiło się o niej od 69 r. p.n.e., ponoć jako pierwszy opisał ją Swetoniusz. W latach 1420-50 Antoine de la Sale obejrzał grotę i zdał relację w dziele "Raj królowej Sybilli". Według legendy mogła żyć bardzo, bardzo długo - tyle lat, ile ziarenek piasku zmieściło się w jej dłoni. Było ich tysiąc. Ale starzała się, gdyż nie poprosiła o dar wiecznej młodości.

Muzeum wygląda na miejsce stworzone przede wszystkim dla dzieci. Na parterze zrekonstruowana grota Sybilli, ale na razie nie ma co oglądać - remont. Pozostałości tej prawdziwej znajdują się dwie godziny wspinaczki stąd, 1540 m n.p.m.

- Góry Sybillińskie otacza magiczna aura, czuć ją na każdym kroku - zapewnia signora Rosangela Censori, która opiekuje się muzeum, a podczas święta Trzech Króli przebiera za Befanę - czarownicę przynoszącą włoskim dzieciom podarunki (u nas kojarzone z Gwiazdką czy Mikołajem). - A Montemonaco jest ich perłą. Nasze okolice od wieków przyciągają wszelkiej maści wróżbitów, astrologów, magów, poszukiwaczy przygód. Nie brak tu i duchów.

Dwie godziny wędrówki stąd leży przecież Lago di Pilato. Gdy po latach cesarz Tyberiusz skazał Poncjusza Piłata na śmierć, miał zostać przywieziony właśnie tutaj. Wóz z jego ciałem, ciągniony przez bawoły bez woźnicy, wjechał do wody i zatonął. Gdy wieje potężny wiatr lub nadciąga burza, mówi się, że to sprawka czarownic znad jeziora Piłata.

Z kolei w Gola del Infernaccio (wąwóz piekła) diabeł miał rzucać kamieniami w wędrowców; pomieszkiwali tam pustelnicy.

Idziemy ścieżką tematyczną Królestwo Magii, a signora Rosangela pokazuje nam imponujący Monte Vettore, najwyższy szczyt w tym łańcuchu (2476 m) oraz Górę Sybilli (2173). Z tej odległości zdaje się być naga, cała w odcieniach żółci. W czterech piątych jej wysokości widać schronisko i do tego miejsca da się jeszcze dojechać, dalej trzeba się wspinać. Ponoć najlepiej zjawić się tu w okolicach 13 sierpnia, by podziwiać spadające gwiazdy - deszcz Perseid zwany też łzami św. Wawrzyńca.

Wędrujemy ku porastającym zbocza kasztanowym zagajnikom. Sezon na marroni w pełni, a Marche z nich słyną. Za chwilę dowiemy się więc, jak odróżniać jadalne kasztany od niejadalnych, no i które są najlepsze. A na odjezdnym signora Censori poczęstuje nas kasztanowym ciastem (mnie najlepiej jednak smakują jako calde arroste - pieczone na blasze).

O tym, jak żyło się w Marche niegdyś i co można uczynić dziś, by chronić naturę, opowiada arcyciekawe Museo Antropogeografico w dawnym klasztorze Franciszkanów z XV w., w zabytkowym miasteczku Amadola (pół godziny drogi z Montemonaco, śliczne ceglane budowle przyklejone do zbocza). Jego spory dziedziniec okolony kolumnadą zdobią freski przedstawiające dzieje św. Franciszka.

Gdy odjeżdżamy, niebo przybiera dramatyczny wygląd - piętrzą się na nim atramentowe chmury. Czy to Sybilla daje jakieś znaki?

***

Marzy mi się, by znów tu wrócić i pokonać Grande Anello dei Monti Sibillini - Wielki Pierścień liczy 120 km, można go podzielić na dziewięć odcinków, spać w schroniskach. Pętla omija najwyższe szczyty, widoki niebywałe.

Kusi także Ciclovia Adriatica - ma liczyć tysiąc kilometrów i prowadzić przez pięć regionów. Fragment biegnący przez Marche jest już podobno gotowy. Można by więc przejechać całość na rowerze...

Tekst pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej