Wolontariat w Iraku - minimalne wydatki, wielka satysfakcja

19.12.2011 06:00
Zabawy z dziećmi w osiedlu uchodźców koło Irbilu

Zabawy z dziećmi w osiedlu uchodźców koło Irbilu (Fot. Olga Ślepowrońska)

Od kilku lat moją pasją jest jeżdżenie po świecie i prowadzenie w slumsach warsztatów dla dzieci rozwijających kreatywność. Przez cały rok zarabiam, robiąc to samo w polskich domach kultury i przedszkolach, a później przez kilka miesięcy pracuję za darmo. Byłam już na Syberii, w Portugalii, Indiach. Tym razem wyruszyłam do Iraku.
Wolontariat na świecie - jak to zorganizować?

Zazwyczaj sama piszę projekty moich działań i wysyłam do różnych placówek w kraju, do którego się wybieram. Na Syberii były to warsztaty o Polsce w domach kultury, w slumsach Portugalii (Lizbona, Porto i Pombal) uczyłam dzieci robić wielkie bańki mydlane. Do Indii pojechałam z organizacją AISEC prowadzić zajęcia artystyczne dla dzieci chorych na HIV. Gdy projekt się skończył, wyruszyłam do Bombaju, gdzie w slumsach skręcałam z dziećmi kolorowe balony, uczyłam je robić maski z papier mâché, tańczyliśmy zwariowane tańce. W jednych z nich refrenem było słowo "Czikuczaka". Gdy zbliżałam się do osiedla, witał mnie dziki wrzask: "Czikuczaaaakaaa!!!".

Organizacje, dzięki którym prowadzę warsztaty, na ogół zapewniają jedzenie i nocleg, więc moje wydatki są minimalne - wystarcza mi to, co zaoszczędziłam w Polsce. Pracując w biednych dzielnicach, szukam innych sposobów utrzymania się, np. w Indiach statystowałam w filmie Bollywoodu, w Portugalii robiłam pokazy baniek mydlanych na ulicach.

Taka forma podróżowania jest dla mnie ważna z wielu przyczyn. Rodzice dzieci, z którymi pracuję, stają się bardziej otwarci: zapraszają do domów, na wesela, opowiadają swoje historie (jeśli pozwala język).

Wolontariat w Iraku - stopem do Iraku przez Turcję

Wyjazd z przyjaciółką do Iraku był spontaniczny - nie byłyśmy umówione z żadnym ośrodkiem. Kupiłyśmy cukierki, kredki, spinki i inne drobiazgi, które cieszą dzieci pod każdą szerokością geograficzną. 15 sierpnia odebrałam Kingę z lotniska w Stambule i ruszyłyśmy stopem w stronę Iraku...

Turcja to raj dla autostopowiczów, dlatego droga do Djarbakiru, gdzie wsiadłyśmy w autobus do granicy, zajęła nam tylko cztery dni. Dalej wszystko potoczyło się jak w bajce. W autobusie siwowłosy mężczyzna wylał na mnie herbatę. Zaczęliśmy rozmawiać po rosyjsku - okazało się, że jest syryjskim Kurdem i jedzie z synem do niewidzianej od ośmiu lat siostry mieszkającej w Iraku. Pod koniec podróży zaproponował kolację u swojej rodziny.

Wolontariat w Iraku - iracka kuchnia i portret prezydenta

Wkrótce po przekroczeniu granicy siedziałyśmy na podłodze salonu w domu naszych nowych znajomych. Jak wilki rzuciłyśmy się na rarytasy kurdyjskiej kuchni: aromatyczne bryani (ryż z rodzynkami, migdałami i mięsem), delikatną zupę z soczewicy, sałatkę z pomidorów z kawałami lodu, chlebki nan. Jedliśmy ze srebrnej tacy stojącej na podłodze wśród licznych poduszek.

Centralne miejsce w salonie zajmował wielki portret prezydenta i kurdyjska flaga w wazonie. Włączony non stop telewizor nie zagłuszył jednak 17-osobowej rodziny. Wszyscy mieli dużo do opowiedzenia po tylu latach rozłąki. Dzieci biegały po kanapach i wchodziły wszystkim na głowę. Seniorka rodu rozłożyła się na podłodze z przytulonym do niej wnukiem, młodsze kobiety kursowały między salonem i kuchnią.

Po pewnym czasie wszyscy przenieśliśmy się na dach - w Iraku prawie wszystkie domy mają płaskie dachy, które służą za nocny taras (w dzień jest za gorąco, by przebywać na zewnątrz). Gospodarze zachwyceni, że odwiedziłyśmy ich kraj, pytali o nasze plany. Nieśmiało wskazałyśmy na plecak pełen zabawek i bąknęłyśmy coś o warsztatach dla dzieci. No problem! Okazało się, że znają pracownika PAO (Public Aid Organization), największej w Iraku organizacji broniącej praw człowieka. Możemy przeprowadzić warsztaty w placówkach, którymi opiekuje się fundacja: w więzieniu dla dzieci, w przedszkolu, w ośrodku dla uchodźców...

Wolontariat w Iraku - jedziemy do Erbilu (stolicy Kurdystanu) z plecakiem pełnym balonów

Z plecakiem pełnym balonów i paletką do robienia baniek pojechałyśmy do Erbilu - stolicy Kurdystanu i siedziby PAO. Dużo tu imponujących centrów handlowych i pełnych gruzu ulic, hoteli o nazwach Tokio czy Barcelona i sfor wygłodniałych psów. Nad wszystkim unosi się gryzący w oczy kurz.

Poruszałyśmy się taksówkami, bo nie ma tam autobusów ani tramwajów. Obejrzałyśmy cytadelę z V w., obecnie bardzo zniszczoną, także przez wojenne zawieruchy. Jeszcze po 2000 r. mieszkało w niej ponad 800 rodzin, które wysiedlono na czas remontu. Ponieważ jest to najstarsze zamieszkiwane miejsce świata, pozostała jedna rodzina, żeby zachować tę ciągłość (po renowacji osiądą kolejne).

Tuż za wysoką bramą do Cytadeli stoi olbrzymi posąg Sharafaddina, burmistrza miasta z XII w. U jego stóp rozciąga się wspaniały taras z widokiem na klockowate, pastelowe domy, podświetlane fontanny o wyszukanych kształtach i parki na planie promienistego słońca.

Potem udałyśmy się na bazar, gdzie nasze zmysły bombardowała kakofonia zapachów, kolorów i smaków. Spróbowałyśmy słodkich jak ulepek łakoci z miodu i orzechów. Handlarze głośno zachwalali swoje towary, ryczały objuczone osły, prezydent w gustownym turbanie zerkał z talerzy, dywanów, plakatów i magnesów. Błyszczały ubranka zakładane chłopcom po obrzezaniu, maszyny wyrabiały tradycyjne buty klash, ciekła krew z rąbanej nogi barana...

Oszołomione natłokiem bodźców wróciłyśmy do domu kolejnej rodziny, u której ulokowali nas znajomi z autobusu.

Wolontariat w Iraku - zajęcia odbędą się w... więzieniu

Kiedy wieczorem pracownik PAO poinformował nas, że zajęcia odbędą się w więzieniu dla dzieci, trochę się wystraszyłyśmy. Jak się okazało - niepotrzebnie. W jasnej, czystej sali zabaw na ścianie wisiał kolorowy plakat nawołujący do pokoju na świecie. Gdy weszły dzieci, okazało się, że żadne nie ma więcej niż dziesięć lat! Maluchy są tu z matkami, ojcowie przebywają w innej placówce. Zgodnie z tym, co mówili pracownicy fundacji, wystarczy, że w rodzinie jest kilku buntowników, by pozostali jej członkowie trafili do więzień pod pretekstem zagrażania bezpieczeństwu Kurdystanu. Głównie są to Kurdowie z Syrii.

Dzieci z radością przystały na nasze zabawy. Mimo ponurych warunków życia są radosne i pełne energii. Wkrótce wspólnie tańczyliśmy w rytm melodii wygrywanej przez wąsatego keyboardzistę w turbanie, a potem robiliśmy kolorowe latawce.

Wolontariat w Iraku. Przedszkole w Kurdystanie - nowość

Kolejną placówką było przedszkole, w Kurdystanie - nowość i znak przemian. Do tej pory przedszkola nie były potrzebne, gdyż matki opiekowały się dziećmi w domu. Ale Kurdowie, chcący mieć opinię narodu otwartego i nowoczesnego, mówią o potrzebie edukacji dziewczynek i niezależności finansowej kobiet. Z drugiej strony obawiają się, że zmiany spowodują rozpad rodziny i wyznawanych przez nich wartości. Jednym z programów, które wdraża PAO, jest pomoc w usamodzielnieniu się kobiet, głównie przez pracę. Organizacja otwiera zakłady krawieckie, w których pracują tylko kobiety - w tym czasie ktoś musi się zająć ich pociechami.

W przedszkolu powitało nas 12 maluchów w wieku od dwóch do pięciu lat. Gdyby nie chusty opiekunek, można by zapomnieć, że jesteśmy w kraju muzułmańskim. Przez kilka następnych dni urządzałyśmy tam różne zajęcia, np. zawijanie w tęczową płachtę, masaż z balonem napełnionym wodą lub kaszą.

Wolontariat w Iraku - w osiedlu dla uchodźców

Na koniec odwiedziłyśmy osiedle dla uchodźców na pustkowiu daleko od miasta. Każda rodzina ma swój dom, a warunki życia zależą od tego, co udało im się przemycić z Syrii. Niektórzy tygodniami przedzierali się do Kurdystanu przez góry, dlatego nie mają praktycznie nic (w każdy domu są jednak portret prezydenta i flaga Kurdystanu).

Dzieci z entuzjazmem zabrały się do rysowania i lepienia, a w tym czasie ich rodzice opowiadali o swojej sytuacji. Choć wielu jest świetnie wykształconych, a w Syrii zostawili dobre posady, uważają, że z powodów politycznych lepiej im będzie w Iraku, gdzie wszystko zaczynają od nowa. Chcąc nas jak najlepiej ugościć, srebrną tacę zastawiali wszystkim, co mieli, częstowali przepyszną kawą. Gdyby projekt trwał dłużej, wróciłybyśmy do Polski okrągłe jak kulki...

Od powrotu śnią się nam ryż z migdałami, piękne tańce, majestatyczne góry i otwarci ludzie. Wrócimy do Kurdystanu, by zrobić dłuższy projekt związany z edukacją emocjonalną. Jako termin wybrałyśmy Newroz, kurdyjski Nowy Rok przypadający 21 marca, ale obchodzony od 18 do 24. Nasza wyprawa potrwa oczywiście dłużej. Trzymajcie kciuki!

***

Tekst pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Zobacz także
  • Wolontariuszki z Polski, które pracowały w szkole w Indore na tle Tadź Mahalu w Agrze Wakacje z nauką i pracą. W świat z AIESEC
  • Rende Paese Wakacje z pracą. Kalabria
  • Praca i wakacje. Chiny - pokaż, jak uczysz
Skomentuj:
Wolontariat w Iraku - minimalne wydatki, wielka satysfakcja
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

  • Hotele
  • Szukaj hotelu

  • Szukaj hotelu w Zurychu

  • Szukaj hotelu w Bazylei