Kaprun - Zell am See - Austria
26.01.2001
, aktualizacja: 08.02.2006 14:15
"O śniegu u nas się nie mówi - on tu po prostu jest!" - głosi hasło reklamowe regionu narciarskiego Kaprun-Zell am See.To prawda, nawet jeśli brakuje go w niższych partiach gór, zawsze - nawet latem - można jeździć na nartach na tutejszym lodowcu.
Położony w Ziemi Salzburskiej Europa Sport Region to miejsce, które Polacy upodobali sobie szczególnie. Nic dziwnego - to praktycznie najbliżej od nas położony teren narciarski z lodowcem, przy czym dojazd jest tu dobry, a i tak można znacznie skrócić drogę - korzystając z zimowych czarterów samolotowych do Salzburga.
Zimą roku ubiegłego pod względem odwiedzających region narodowości plasowaliśmy się na czwartym miejscu. W tym sezonie także nas na stoku widać (i słychać) . Nie dziwią w tej sytuacji wydane po polsku foldery, mapki, informatory. Wiele tablic pisanych jest w trzech "urzędowych" językach: po niemiecku, angielsku i właśnie po polsku.
Jeden ski-pass - kilka miejsc
Jeden karnet narciarski na cały Europa Sport Region daje nam możliwość szusowania po 130 km tras rozciągających się na wysokości od 757 do 3029 m n.p.m. Największe możliwości mamy na lodowcu Kitzsteinhorn oraz na kopulastej górze Schmittenhöhe - są tam trasy zarówno dla początkujących, jak i bardzo zaawansowanych narciarzy. Maiskogel to propozycja głównie dla narciarskich rodzin. Dla dzieci i początkujących przeznaczono łagodny stok Lechneberg w centrum Kaprun. Niestety, każde z wymienionych miejsc to inna góra - niemożliwe jest przemieszczanie się między nimi bez zdejmowania nart, choć komunikację upraszczają bezpłatne ski-busy.
Na lodowcu można jeździć przez cały rok, natomiast na niższych wysokościach sezon narciarski trwa zasadniczo od grudnia do kwietnia. 40 km tras (zwłaszcza dolne partie Schmittenhöhe) w razie potrzeby jest sztucznie dośnieżanych. Narciarzom służy ok. 60 wyciągów różnego typu - od orczyków i krzesełek po gondole i wielkie kabiny. Oprócz zwykłych tras są też przygotowane specjalnie odcinki z muldami (na mapach oznaczone jako "Buckelpiste"), zaś dla snowboardzistów zrobiono fun parki, half pipe i tzw. Jumping City. Trzeba przyznać, że snowboardzistów w Kaprun jest szczególnie wielu, ku niechęci narciarzy, którzy coraz częściej głosują za tym, by wydzielić deskarzom odrębne trasy. Zarzuca się im "zwożenie" śniegu, co wynika z ześlizgowej techniki jazdy na desce, oraz stwarzanie zagrożenia na stoku (miejscowi ratownicy to potwierdzają - większość wypadków to wina zbyt szybko i bez wyobraźni jeżdżących snowboardzistów). A w kwestii wypadków -
warto potraktować poważnie informację zamieszczoną w dostępnych na miejscu folderach: "Prosimy o zrozumienie, że koszty ratunkowe są odpłatne". Pamiętajmy, że nie każda polisa ubezpieczeniowa pokrywa koszty zwożenia ze stoku - większość z nich zrefunduje nam jedynie koszty udzielenia pomocy lekarskiej, zaś transport obciąży nasz rachunek. Według oficjalnego cennika przewiezienie klienta z lodowca do szpitala w Zell am See to równowartość ok. 5700 zł, zaś zwiezienie skuterem śnieżnym ze szczytu lodowca do stacji kursujących w dół gondolek - 340 zł.
Tragiczna kolejka
Narciarstwo na lodowcu Kitzsteinhorn rozpoczęło się wraz z wybudowaniem kolejek - gondolowej i zębatej, biegnącej w wykutym w skale, około trzykilometrowym tunelu. W listopadzie ub. roku świat zszokowała wieść o pożarze zębatki. Zginęło wtedy ponad 150 osób. Dziś, po dwóch miesiącach od tego tragicznego zdarzenia, wszystko - przynajmniej na pozór - wróciło do normy. Z danych miejscowego biura promocji Kaprun wynika, że wypadek nie spowodował zasadniczo anulowania zarezerwowanych wcześniej pobytów - wprawdzie w listopadzie były w Kaprun pustki, ale już w grudniu w stosunku do roku ubiegłego, zanotowano 10 proc. wzrost przyjazdów. Na stokach znowu rozbrzmiewa wesoła muzyka, roześmiani i rozkrzyczani narciarze są dowodem na to, że życie toczy się dalej. Chwila zadumy przychodzi zwykle podczas wjazdu na lodowiec - z okien gondolek widać zamurowany wlot do fatalnego tunelu. Przy zamkniętej górnej stacji tragicznej kolejki (trzeba przejść obok niej w drodze do restauracji w tzw. Alpin Center) wiszą dwa wieńce. Największe wrażenie robi jednak krzyż przy stacji dolnej. Wśród położonych przy nim pamiątek po ofiarach jest złoty medal jakiegoś zawodnika, odznaka instruktora, pluszowy delfinek i różne zabawki.
- Nie będziemy już odbudowywali spalonej kolejki - tłumaczy Hans Wallner, dyrektor biura informacji turystycznej w Austrii. - Jest to nieopłacalne. Dyskutujemy obecnie nad różnymi projektami - najprawdopodobniej powstanie jeszcze jeden wyciąg gondolowy. Jego uruchomienie planujemy przed najbliższym Bożym Narodzeniem.
Kicuś kontra Szmitek
Wśród gości Europa Sport Region nie brak takich, którzy o niższych partiach gór nawet słyszeć nie chcą i zdecydowanie wolą jazdę na lodowcu Kitzsteinhorn (zwanym Kicuś), oraz takich, którzy twierdzą, że nie ma to jak Schmittenhöhe (poufale - Szmitek). Prawda jest taka, że każda z tych gór jest po prostu inna. Lodowiec to kamienna pustynia, na której zawsze mamy gwarancję śniegu. Na sporo niższym Schmittenhöhe przy mniej śnieżnych zimach mogą pojawiać się kamienie (tak było np. w Nowy Rok) i nawet przy ciągłym dośnieżaniu niektóre partie stoków mogą być trudno przejezdne. Ale z drugiej strony - Schmittenhöhe oferuje aż 70 km tras, czyli dwa razy więcej niż lodowiec, przy czym są one bardziej urozmaicone i ciekawsze krajobrazowo.
Jeśli chcemy porównać warunki pogodowe w każdym z tych miejsc (widoczność, temperaturę, prędkość wiatru), wystarczy wejść na odpowiednią stronę internetową, a jeśli jesteśmy już w Austrii - włączyć telewizor na kanał zwany Panorama. Zwykle na lodowcu jest dużo zimniej i bardziej wietrznie niż w dolinach. W ciągu tygodnia zaliczyłam tam temperatury od -25 do +3 stopni, od zawiei śnieżnych i mgieł po bezchmurne, niebieskie niebo.
Największa wysokość, na jaką możemy wjechać na lodowcu, to poziom 3029 m, na który dostaniemy się tzw. zębatką lub 60-osobowym wagonikiem kolejki linowej, której podstawą jest ogromny, liczący 113,6 m wysokości słup nośny - największy tego typu na świecie. U góry czeka obłędny widok na otaczający nas masyw Wysokich Taurów. Trzeba jednak brać pod uwagę, że nie wszyscy znoszą dobrze takie wysokości, zwłaszcza jeśli jest to pierwszy dzień pobytu w tak wysokich górach. Ból głowy, apatia, złe samopoczucie - przy tego typu objawach najlepszą receptą może okazać się po prostu zjazd w dół.
Problemu aklimatyzacji nie ma na Schmittenhöhe, głównie dlatego że jest on znacznie niższy (2000 m n.p.m). Mówi się, że to "najpiękniejsza widokowo góra Austrii". Ze stoków mamy piękną panoramę Zell am See i jeziora, a ze szczytu przy dobrej widoczności możemy zobaczyć m.in. Grossglockner - najwyższą górę Austrii, i słynny Dachstein.
Najgwarniej na szczycie jest codziennie po 14, kiedy to znajdujący się tam bar zamienia się w narciarską dyskotekę. Zawsze znajdą się chętni do tańców na kontuarze, a zabawę podkręca fachowy DJ, no i gorące wino lub schnapsy.
Nie brak na Schmittenhöhe tras bardzo łatwych, ale w przeciwieństwie do lodowca, na którym jest tylko jedna nartostrada "czarna", sporo możliwości znajdą też i wytrawni narciarze. Jest tu m.in. trasa, na której rozgrywane są zawody Pucharu Świata (różnica poziomów - 900 metrów). Jeśli lubimy urozmaicenia techniczne, skorzystajmy z nowości wprowadzonej przez miejscową wypożyczalnię sieci Intersport, tj. z możliwości wymiany sprzętu w ciągu dnia. Dzięki temu rano możemy pojeździć np. na carvingach, po południu - wypróbować snowboard.
Swoistą atrakcją Schmittenhöhe jest "Galeria na stoku" - ustawione pod gołym niebem zaskakujące, często wręcz szokujące dzieła sztuki nowoczesnej autorstwa artystów z Austrii , Włoch i Niemiec. Jest wśród nich wyrastający ze zbocza góry ogromny stół i dwa krzesła, jest świerk z bananami ("To banany rosną na choince?"- dziwią się dzieci), są też abstrakcyjne, wysokie na cztery metry postacie Adama i Ewy.
Zimą roku ubiegłego pod względem odwiedzających region narodowości plasowaliśmy się na czwartym miejscu. W tym sezonie także nas na stoku widać (i słychać) . Nie dziwią w tej sytuacji wydane po polsku foldery, mapki, informatory. Wiele tablic pisanych jest w trzech "urzędowych" językach: po niemiecku, angielsku i właśnie po polsku.
Jeden ski-pass - kilka miejsc
Jeden karnet narciarski na cały Europa Sport Region daje nam możliwość szusowania po 130 km tras rozciągających się na wysokości od 757 do 3029 m n.p.m. Największe możliwości mamy na lodowcu Kitzsteinhorn oraz na kopulastej górze Schmittenhöhe - są tam trasy zarówno dla początkujących, jak i bardzo zaawansowanych narciarzy. Maiskogel to propozycja głównie dla narciarskich rodzin. Dla dzieci i początkujących przeznaczono łagodny stok Lechneberg w centrum Kaprun. Niestety, każde z wymienionych miejsc to inna góra - niemożliwe jest przemieszczanie się między nimi bez zdejmowania nart, choć komunikację upraszczają bezpłatne ski-busy.
Na lodowcu można jeździć przez cały rok, natomiast na niższych wysokościach sezon narciarski trwa zasadniczo od grudnia do kwietnia. 40 km tras (zwłaszcza dolne partie Schmittenhöhe) w razie potrzeby jest sztucznie dośnieżanych. Narciarzom służy ok. 60 wyciągów różnego typu - od orczyków i krzesełek po gondole i wielkie kabiny. Oprócz zwykłych tras są też przygotowane specjalnie odcinki z muldami (na mapach oznaczone jako "Buckelpiste"), zaś dla snowboardzistów zrobiono fun parki, half pipe i tzw. Jumping City. Trzeba przyznać, że snowboardzistów w Kaprun jest szczególnie wielu, ku niechęci narciarzy, którzy coraz częściej głosują za tym, by wydzielić deskarzom odrębne trasy. Zarzuca się im "zwożenie" śniegu, co wynika z ześlizgowej techniki jazdy na desce, oraz stwarzanie zagrożenia na stoku (miejscowi ratownicy to potwierdzają - większość wypadków to wina zbyt szybko i bez wyobraźni jeżdżących snowboardzistów). A w kwestii wypadków -
warto potraktować poważnie informację zamieszczoną w dostępnych na miejscu folderach: "Prosimy o zrozumienie, że koszty ratunkowe są odpłatne". Pamiętajmy, że nie każda polisa ubezpieczeniowa pokrywa koszty zwożenia ze stoku - większość z nich zrefunduje nam jedynie koszty udzielenia pomocy lekarskiej, zaś transport obciąży nasz rachunek. Według oficjalnego cennika przewiezienie klienta z lodowca do szpitala w Zell am See to równowartość ok. 5700 zł, zaś zwiezienie skuterem śnieżnym ze szczytu lodowca do stacji kursujących w dół gondolek - 340 zł.
Tragiczna kolejka
Narciarstwo na lodowcu Kitzsteinhorn rozpoczęło się wraz z wybudowaniem kolejek - gondolowej i zębatej, biegnącej w wykutym w skale, około trzykilometrowym tunelu. W listopadzie ub. roku świat zszokowała wieść o pożarze zębatki. Zginęło wtedy ponad 150 osób. Dziś, po dwóch miesiącach od tego tragicznego zdarzenia, wszystko - przynajmniej na pozór - wróciło do normy. Z danych miejscowego biura promocji Kaprun wynika, że wypadek nie spowodował zasadniczo anulowania zarezerwowanych wcześniej pobytów - wprawdzie w listopadzie były w Kaprun pustki, ale już w grudniu w stosunku do roku ubiegłego, zanotowano 10 proc. wzrost przyjazdów. Na stokach znowu rozbrzmiewa wesoła muzyka, roześmiani i rozkrzyczani narciarze są dowodem na to, że życie toczy się dalej. Chwila zadumy przychodzi zwykle podczas wjazdu na lodowiec - z okien gondolek widać zamurowany wlot do fatalnego tunelu. Przy zamkniętej górnej stacji tragicznej kolejki (trzeba przejść obok niej w drodze do restauracji w tzw. Alpin Center) wiszą dwa wieńce. Największe wrażenie robi jednak krzyż przy stacji dolnej. Wśród położonych przy nim pamiątek po ofiarach jest złoty medal jakiegoś zawodnika, odznaka instruktora, pluszowy delfinek i różne zabawki.
- Nie będziemy już odbudowywali spalonej kolejki - tłumaczy Hans Wallner, dyrektor biura informacji turystycznej w Austrii. - Jest to nieopłacalne. Dyskutujemy obecnie nad różnymi projektami - najprawdopodobniej powstanie jeszcze jeden wyciąg gondolowy. Jego uruchomienie planujemy przed najbliższym Bożym Narodzeniem.
Kicuś kontra Szmitek
Wśród gości Europa Sport Region nie brak takich, którzy o niższych partiach gór nawet słyszeć nie chcą i zdecydowanie wolą jazdę na lodowcu Kitzsteinhorn (zwanym Kicuś), oraz takich, którzy twierdzą, że nie ma to jak Schmittenhöhe (poufale - Szmitek). Prawda jest taka, że każda z tych gór jest po prostu inna. Lodowiec to kamienna pustynia, na której zawsze mamy gwarancję śniegu. Na sporo niższym Schmittenhöhe przy mniej śnieżnych zimach mogą pojawiać się kamienie (tak było np. w Nowy Rok) i nawet przy ciągłym dośnieżaniu niektóre partie stoków mogą być trudno przejezdne. Ale z drugiej strony - Schmittenhöhe oferuje aż 70 km tras, czyli dwa razy więcej niż lodowiec, przy czym są one bardziej urozmaicone i ciekawsze krajobrazowo.
Jeśli chcemy porównać warunki pogodowe w każdym z tych miejsc (widoczność, temperaturę, prędkość wiatru), wystarczy wejść na odpowiednią stronę internetową, a jeśli jesteśmy już w Austrii - włączyć telewizor na kanał zwany Panorama. Zwykle na lodowcu jest dużo zimniej i bardziej wietrznie niż w dolinach. W ciągu tygodnia zaliczyłam tam temperatury od -25 do +3 stopni, od zawiei śnieżnych i mgieł po bezchmurne, niebieskie niebo.
Największa wysokość, na jaką możemy wjechać na lodowcu, to poziom 3029 m, na który dostaniemy się tzw. zębatką lub 60-osobowym wagonikiem kolejki linowej, której podstawą jest ogromny, liczący 113,6 m wysokości słup nośny - największy tego typu na świecie. U góry czeka obłędny widok na otaczający nas masyw Wysokich Taurów. Trzeba jednak brać pod uwagę, że nie wszyscy znoszą dobrze takie wysokości, zwłaszcza jeśli jest to pierwszy dzień pobytu w tak wysokich górach. Ból głowy, apatia, złe samopoczucie - przy tego typu objawach najlepszą receptą może okazać się po prostu zjazd w dół.
Problemu aklimatyzacji nie ma na Schmittenhöhe, głównie dlatego że jest on znacznie niższy (2000 m n.p.m). Mówi się, że to "najpiękniejsza widokowo góra Austrii". Ze stoków mamy piękną panoramę Zell am See i jeziora, a ze szczytu przy dobrej widoczności możemy zobaczyć m.in. Grossglockner - najwyższą górę Austrii, i słynny Dachstein.
Najgwarniej na szczycie jest codziennie po 14, kiedy to znajdujący się tam bar zamienia się w narciarską dyskotekę. Zawsze znajdą się chętni do tańców na kontuarze, a zabawę podkręca fachowy DJ, no i gorące wino lub schnapsy.
Nie brak na Schmittenhöhe tras bardzo łatwych, ale w przeciwieństwie do lodowca, na którym jest tylko jedna nartostrada "czarna", sporo możliwości znajdą też i wytrawni narciarze. Jest tu m.in. trasa, na której rozgrywane są zawody Pucharu Świata (różnica poziomów - 900 metrów). Jeśli lubimy urozmaicenia techniczne, skorzystajmy z nowości wprowadzonej przez miejscową wypożyczalnię sieci Intersport, tj. z możliwości wymiany sprzętu w ciągu dnia. Dzięki temu rano możemy pojeździć np. na carvingach, po południu - wypróbować snowboard.
Swoistą atrakcją Schmittenhöhe jest "Galeria na stoku" - ustawione pod gołym niebem zaskakujące, często wręcz szokujące dzieła sztuki nowoczesnej autorstwa artystów z Austrii , Włoch i Niemiec. Jest wśród nich wyrastający ze zbocza góry ogromny stół i dwa krzesła, jest świerk z bananami ("To banany rosną na choince?"- dziwią się dzieci), są też abstrakcyjne, wysokie na cztery metry postacie Adama i Ewy.
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl













